CHEAT POST : LONDON, BABY!

Rozpoczynamy nową serię wpisów, moi drodzy, a mianowicie: CHEAT POST 😀 Już spieszę z wyjaśnieniem – blog jest podróżniczy, jednakże nazwany ZA LISIM OGONEM PO POLSCE, co solidnie definiuje położenie geograficzne opisywanych we wpisach wycieczek. Niemniej – kto mi zabroni pisać też o innych podróżach? 😀 Możecie w komentarzach zgłosić veto w tym temacie, macie do tego pełne prawo! Obiecuję trzymać się statystyk większościowych na rzecz Polski, ok? 😉

Nie będę się jakoś wybitnie rozpisywać, kochani. Dość powiedzieć (śladem Joey’a z Przyjaciół), że… London, baby!

Wyprawa ponownie odbyła się w tandemie – ja i Daniel. Trochę spontan, bo bilety kupione mniej niż 48h przed odlotem 😀 Generalnie wszystko wzięło się stąd, że od lat obiecuję sobie, że na św. Patryka wybiorę się do Dublina. I ta Irlandia na 17.03. rokrocznie staje się moim niespełnionym celem (jako i w tym roku) 😀 2023 nie był inny i również wraz z upływem marca zaczęłam się rozglądać za opcjami, tylko jakoś strasznie drogo to wychodziło! A co wychodziło tanio? Jak myślicie?

Brawo! Londyn.

So what? Irlandia poczeka kolejny rok, ale ja i tak wzbiję się z lądu i wezmę kurs na zagranicę? No tak wyszło! Londyn miałam już okazję w moim życiu odwiedzić, więc zależało mi na odrobinie zróżnicowania tych wypraw. Przede wszystkim to dyferencjonowanie (to słowo istnieje?) zaszło na poziomie… kultury wysokiej – MUSICALE!!!

Osobiście muzykę kocham całym sercem, więc pomysł, choć kosztowny, wydał mi się doskonały. Plan obejmował przede wszystkim Króla Lwa ❤ To cudo niestety kosztuje miliony monet, a grane codziennie od lat stwarzało szansę na wykupienie najtańszych biletów na miejscu last minute, więc zaryzykowaliśmy. Jeszcze z Łodzi jednak kupiliśmy bilety na The Book Of Mormons i była to w zasadzie jedyna rzecz, opłacona jeszcze przed wyjazdem (poza biletami na samolot i miejscem parkingowym przy lotnisku :D). Napomknę jeszcze, że Daniel przyjechał mnie właśnie odwiedzić w Łodzi, a lot mieliśmy z Wrocławia, więc moje rodzinne miasto nie miało nawet okazji zabłysnąć w jego oczach (chociaż gdybym chciała, by zabłysnęło, musiałabym znaleźć innego przewodnika dla niego, bo sama nie opływam miłością do Łodzi :o).

Nie przedłużając – czas start! Przygoda rozpoczęła się nocą 15/16.03., planowane lądowanie w Wielkiej Brytanii jakoś po 8 rano, koło 9 bus w stronę noclegu po drugiej stronie Londynu. Lecieliśmy z przekonaniem, że mamy cały czwartek na zwiedzanie. Ale wiecie, jak to jest z planami, nie? 😀 Lot się nawet nie opóźnił, a dalej? Na busa czekaliśmy chyba z 1,5h dłużej niż zakładał nasz harmonogram, nie mówiąc o solidnym marznięciu podczas oczekiwania. Później uciekł pociąg, ale to przecież chwila różnicy, więc niby spoko, tylko że podczas przedłużającego się oczekiwania na autobus, po opuszczeniu stacji, zaczęła już pojawiać się irytacja. Trafiliśmy na strajk metra, więc wszyscy Londyńczycy przeskoczyli na komunikację naziemną i oto efekty. Było koło południa i nawet moje niezmierzone pokłady pozytywnego myślenia się wyczerpywały.

Nic więc dziwnego, że po dotarciu do znajomych na nocleg, zdecydowaliśmy się podrasować sobie nastrój kawą i odrobiną relaksu, tak zasłużonego wielogodzinną podróżą. Postanowiliśmy jednak nie spisywać tego dnia na straty i ostatecznie koło 15 dotarliśmy do pierwszego punktu wycieczki – Natural History Museum 🙂

Niewątpliwie szokujące, że tak gigantyczna instytucja kulturalna dopuszcza do swoich zdumiewająco bogatych zbiorów absolutnie darmowo 😮 Dobytek ten miałam okazję zapoznać podczas mojego poprzedniego pobytu w Londynie, niemniej dzień, dwa, trzy – to wciąż za mało na zapoznanie się ze wszystkimi zbiorami tu zgromadzonymi, a ponadto przez 10 lat, które minęło od moich poprzednich odwiedzin, zdążyło się nieco zmienić 😀 Na przykład pojawił się dinozaur interaktywny 😮 Czy on już był i ja nie zajrzałam w ten spot? To możliwe? Hmmm… Nie. Niemożliwe. Zatem, Panie i Panowie, nowość!

Wieczorem rozpoczynało się nasze pierwsze londyńskie spotkanie ze sceną, więc po odwiedzinach w muzeum zdążyliśmy jedynie zahaczyć odrobinę uliczek po drodze do teatru i heja!

Fun nie z tej ziemi! Polecam wszystkim, którzy by mieli okazję się na tenże musical wybrać 🙂 Osobiście udało nam się na farcie pierwszą połowę podziwiać z balkonu, a drugą z drugiego rzędu na dole, więc wszelkie możliwe doznania zapewnione – sztos! Z całą pewnością wydarzenie to na długo pozostanie w mojej pamięci 🙂 Rewelacyjna zabawa, świetni aktorzy, genialny humor – nic dodać, nic ująć ❤

Drugi dzień: jak strzelacie – zgodnie z planem czy nie? 😀

Szok! Mieliśmy pomysł, by cały dzień poruszać się na rowerach i zwiedzać sobie miasto jako takie, wraz z jego różnymi ciekawymi zakątkami, czarownymi zakamarkami, imponującymi budowlami i klimatem codzienności. Problem zaczął się, gdy okazało się, że deszcz nie zamierza tego dnia ustępować. Gdy, w desperacji, zdecydowaliśmy się sprawę zignorować, zupełnie niespodziewanie wyszło na jaw, że moja hobbicia postura nie pozwala zupełnie na pożyczenie roweru od naszych gospodarzy 😀 Ja tam się staram lubić bycie małą, ale to był taki moment, w którym się zaiste zirytowałam 😀

Improwizacja na szczęście nie jest obca ani mnie, ani Danielowi! O, Losie, nie wygrasz z nami!

Priorytetem był zakup biletów na musical tego wieczoru, a wciąż nie brakowało nam nadziei na złowienie miejsc na Lion Kinga (choć wszelkie znaki na niebie i Ziemi sugerowały, że sprawa jest przegrana). Po odwiedzinach w kilku miejscach (i zapewne nie zaskoczy Was, że nagle wyszło słońce, jak tylko zmarnowaliśmy pół dnia na zastanawianie się, co zrobić z tą paskudną pogodą, które ostatecznie zupełnie niespodziewanie zaowocowało zarzuceniem opcji rowerowej ze względu na niziołkowatość Waszego narratora) nastało pierwsze pozytywne zaskoczenie… Nie. Stop. To zdecydowanie za słaby przekaz jest. STAŁO SIĘ! ŚWIATŁOŚĆ! BILETY! LION KING!

No, teraz chyba rozumiecie skalę radości 😀

A widzicie okoliczności przyrody, towarzyszące robieniu tej fotki? Nie? To może ja przybliżę :D:D:D

Wystarczyło olać deszcz i wyjść. Przypadek? 😀

No więc co dalej? Przecież nie jesteśmy w dziczy, tylko w centrum Londynu! Nasza ówczesna sytuacja zupełnie nie wykluczała zatem odbycia wycieczki rowerowej – wystarczyło dwukółka wypożyczyć 🙂 Stacji w rowerami na mieście pełno, więc niebawem mogliśmy już bezproblemowo zwiedzać z perspektywy siodełka.

Ile fotek z tej pięknej wycieczki tego pięknego dnia jesteście w stanie przyjąć? 😀 Jeszcze odrobinkę? 😉

Przejechaliśmy się uliczkami w okolicach centrum, zahaczyliśmy o Westminster Abbey, zupełnie przypadkiem trafiając na występ chóru, i dalej spacerek po Londynie aż do wyczekiwanego spektaklu 🙂 Z okazji wspomnianego dnia św. Patryka (który zasadniczo ostatecznie był przyczynkiem naszej wizyty w Wielkiej Brytanii) wstąpiliśmy jeszcze do jednego z pubów na Guinessa 😀

Taka fanka bajek, jak ja, naprawdę nie mogła spędzać dnia inaczej, niż przebierając nogami w oczekiwaniu na Króla Lwa 😀

Spektakl mieliśmy oglądać na stojąco, na szczęście jednak udało się znaleźć wolne miejsca, dzięki czemu znajdowaliśmy się w nieco lepszym położeniu. Nawet wypożyczyłam lornetkę! Z moją wadą wzroku robiło to robotę, szczególnie biorąc pod uwagę graficzną oprawę przedstawienia ❤

Co mam dużo mówić – muzykę znam na pamięć, niemniej usłyszenie jej na żywo, ze sceny, przyprawiało o ciarki! Do tego naprawdę nie sposób nie doceniać kunsztu wizualnego tegoż musicalu. To po prostu trzeba zobaczyć! Jeśli kiedykolwiek będziecie w Londynie – naprawdę, nie żałujcie grosza, ani czasu, na to wspaniałe widowisko: SZTOS!

Kolejny dzień przewidywał dwie ze sztandarowego pakietu londyńskich atrakcji, czyli Muzeum Figur Woskowych Madame Tussaud oraz London Dungeon. Podczas mojej ostatniej wizyty miałam okazję je odwiedzić i ciekawa byłam, co się zmieniło. Dla ciekawych – to i tamto owszem 🙂

Samo muzeum figur woskowych to dość specyficzna atrakcja, nie do końca dla mnie. Warto może raz odwiedzić, żeby dowiedzieć się, o co chodzi, niemniej przeciskanie się wśród tłumów ludzi, żeby zrobić sobie fotki z podobiznami sławnych osobistości niekoniecznie jest dla mnie szczytem marzeń 😀 Nie narzekam jednak, było spoko, niektóre atrakcje naprawdę przyjemne, fajne momenty.

Mieliśmy ograniczony czas ze względu na nasze dalsze kulturowe plany, czyli przedstawienie interpretacji The Tempest Shakespeare’a w Globe Theatre o 14:00.

To był ten moment, kiedy zdecydowanie moja znajomość angielskiego została wystawiona na ciężką próbę 😀 Gdyby nie fakt, że wyświetlano treść dialogów, nie mam pojęcia, czy zrozumiałabym choćby ćwierć przekazu 😮 Ale dałam z siebie wszystko! Było wesoło, przyjemnie i sama atmosfera tego miejsca przede wszystkim robiła robotę. Teatr na świeżym powietrzu, w klimacie minionych dawno czasów. Polecam doświadczenie 🙂

Kolejną atrakcją dnia, na którą naprawdę czekałam, były odwiedziny w The London Dungeon. O tym miejscu miałam świetne wspomnienia i ciekawiło mnie, czy drugie odwiedziny również tak mi się spodobają 🙂

To jest naprawdę genialnie przemyślana i zrealizowana zabawa. Aktorzy wczuwają się w swoje role, zapewniając fenomenalną rozrywkę, a ich interakcje ze zwiedzającymi zapewniają niepowtarzalne wrażenia. Szczerze wierzyłam, że miejsce to spodoba się Danielowi i miałam rację 🙂 Było bardzo wesoło i ciekawie – warte swojej ceny. Dla mnie na pewno bardziej niż figury woskowe 😀

Po wyjściu z „lochów” pora była już zbyt późna na odwiedziny w kolejnych miejscach, ale na spacerek nigdy nie jest za późno! Przeszliśmy się więc po Londynie wieczorową porą 🙂

Niedzielę rozpoczęliśmy od Science Museum, którego zasobów starczyłoby na dwa pełne dni zwiedzania spokojnie 😀 A my, oczywiście, znów mieliśmy ograniczony czas, bo chcieliśmy podjechać w jedno miejsce na konkretną godzinę – o tym za chwilkę 😉

Musiałam Wam dać zdjęcie Daleka jako fanka serialu Doctor Who 😉 Kto nie zna – proszę się zapoznać 🙂

Kolejnym naszym celem był stadion Arsenal Emirates, na którym właśnie odbywał się mecz. Chcieliśmy zaznać klimatu, po czym obejrzeć go w pobliskim pubie. Jakież było nasze zdziwienie, gdy okazało się, iż prawo zabrania wyświetlania na żywo w pubach meczów z Premier League w godzinach ok. 15-17 w weekendy. Zostało to ustanowione naprawdę dawno temu, w latach 1960′, jednak nikt nie pokusił się o uchylenie tej wspaniałej reguły, więc w pobliskim pubie na ekranach odbywały się zupełnie inne rozgrywki, fani Arsenalu zaś zebrali się w kilku grupkach i oglądali streamy 😀 Dosiedliśmy się więc do jednej z takowych, by poczuć jednak klimat. Co ciekawe, różne opóźnienia w źródłach sygnału powodowały naprawdę urocze opóźnienia między reakcjami na gola i można było się pośmiać 😀

Niemniej – stadion zaliczony, pub też. Dalej w planach mieliśmy jeszcze spacerek, rowerki i… London Eye mniej więcej na zachód słońca 🙂 Piękne zakończenie dnia, naprawdę ❤

Coby wykorzystać ten ostatni wieczór w Londynie, udaliśmy się jeszcze na całkiem solidny spacerek (przez co spóźniliśmy się na miejsce noclegu na mecz FC Barcelony z Realem Madryt, ale jednak Londyn to Londyn, ja tam niczego nie żałuję, a drugą połowę i tak zobaczyliśmy 😀 ).

Jako że kolejny dzień był już naszym ostatnim, ale wieczorny samolot pozwolił jeszcze co nieco skorzystać z wizyty w Anglii, mieliśmy oczywiście całkiem niemało planów 🙂

Zaczęliśmy od zawiezienia bagaży do punktu, z którego później mieliśmy ruszać pociągiem na lotnisko, by przez resztę dnia nie martwić się już o konieczność wracania się po nie. Następnie wypożyczyliśmy rowerki i pojechaliśmy zahaczyć sobie z rana o zmianę warty przed Buckingham Palace. No szału nie robi, a ludzi jakby pieniądze rozdawali 😀 Niemniej zaliczony punkt, niech będzie 😉

Szybki lunch ze znajomym i ruszyliśmy w kierunku głównego planu dnia – British Museum. Po drodze udało nam się odwiedzić maleńkie, a jednak magiczne miejsce – mianowicie Neal’s Yard. Kawusia i przyjemny odpoczynek w naprawdę urokliwym zaułku ❤ W samym British Museum zaś naprawdę było co oglądać. Ogrom ciekawych zbiorów z różnych epok i miejsc świata. Niestety zamknięcie muzeum nastąpiło szybciej, niż przewidzieliśmy, więc musieliśmy dość niespodziewanie pożegnać się z tym dobytkiem.

Jako (umiarkowany, ale jednak) książkoholik chciałam również odwiedzić British Library, gdzie, na zakończenie, po parkowych spacerkach zostałam w ramach deseru zaprowadzona przez Daniela 🙂 Dziękuję!

Niestety na tym zakończyła się nasza londyńska spontaniczna wyprawa i był czas wracać. Pociąg, samolot, Polska…

Podsumowując – takie spontany, to ja lubię! Może jest to trochę cheat z zagranicą, ale powiedzcie szczerze – podobało się? 😉

Spóźnione pozdrowienia ze słonecznego Londynu! ❤