
Kolejny dzień powitał mnie pogodą grożącą deszczem, ale naprawdę nie padało, jak ruszałam. Aż mi się w to teraz nie chce wierzyć, z perspektywy czasu, ale przez chwilę nic z nieba nie leciało!
Niedługo później zaczęła się mżawka. Po mżawce przyszła ulewa. Mrau… Nie boję się zmoknąć, kluczowe było zabezpieczenie plecaka, ale przyznam, że przez tyle czasu w deszczu ciężko się wędruje. A jeszcze śliskie kamienie zmuszają do dość wolnego tempa. Dodam, że ambitnie wystartowałam w okularach i po chwili nic nie widziałam, a absolutny brak wiaty oznaczał dla mnie tyle, że wymieniałam je na soczewki pod drzewem, które wcale nie chroniło (ale udawajmy, że tak :D). Ostatecznie całość nie byłaby taka tragiczna, bo zrobiłam sobie przezornie herbatkę na drogę, miałam jeszcze kanapkę i jakoś się szło, ale…




Uruchomił mi się ten sam ambitny mechanizm, co przy pierwszym wieczorze, kiedy nie mogłam po prostu odpuścić i spać na mieście, tylko musiałam się pchać w góry po ciemku. Mianowicie – nie mogłam zostać tylko grzecznie na szlaku, bo napotkana ścieżka prowadziła do potencjalnie pięknych skałek. Jak można obojętnie przejść obok takiej szansy?!
No piękne skałki, piękne. Nie powiem, że nie. Wyobraźcie sobie tylko na momencik tę ścieżkę. Namalujcie sobie w głowie obraz przeprawy przez torfowiska nieskalane od dawna ludzką stopą… Zaraz. Torfowiska? Czy ciebie, Ewa, pogrzało? Ano właśnie, tu mnie macie. Od kilku godzin lało, a ja sobie hyc, hyc, po torfowiskach, niczym jakaś sarenka. Chyba sarenka z horroru! No zapadłam się, co tu dużo mówić, w wodę. Nie dość, żeby mnie uznać za wariatkę zagrażającą własnemu życiu. Ale dość, żeby w moich butach powstały bajorka. Brawo ja!


Przemoczona, wymęczona i nieco zrezygnowana, miałam jeden cel – schronisko. Pierwsze lepsze. Schronisko.
W końcu, z całą moją zawziętością, udało mi się do takowego dotrzeć. Odrodzenie. Czy to nie nazwa w sam raz? 😀 Zawitałam, zamówiłam obiad, ściągnęłam przemoczone buty i dosiadłam się do stolika zajmowanego przez 4 osoby. Jak się później okazało, trójka była wspólną ekipą, a pojedyncza koleżanka, imieniem Angela, zrobiła sobie sama jednodniowy wypad na szlak. Przesympatyczni ludzie, sporo rozmawialiśmy. Później grupka ruszyła w dalszą drogę, do nas dosiadło się dwóch chłopaków. I tutaj obiecane określenie na mój wypakowany plecak 😀 Otóż panowie określili go mianem „winogrona taktycznego” ze względu na to, jak dużo rzeczy miał poprzyczepianych od zewnątrz (bo w środku mało miejsca). Czy to nie idealna nazwa? 😉
W każdym razie po jakimś czasie czułam się dostatecznie rozgrzana, żeby założyć z powrotem moje super mokre buty i powędrować dalej. Angela już wcześniej wyszła, mówiąc, że będzie schodzić do miasta (zostawiła mi jabłuszko, jak się dowiedziała, że owoce mi się skończyły – kochana <3), zatem pożegnałam się z chłopakami, dźwignęłam swoje taktyczne winogrono i w drogę!



Jakimś cudem już nie padało i nawet zapowiadało się jakieś drobne rozpogodzenie. Dalsza trasa prowadziła granią, planowałam zejść za Słonecznikiem, przejść dołem koło Wielkiego i Małego Stawu i dotrzeć na nocleg na glebie w Samotni. Planowałam. Wyszło inaczej 😀
Mijam sobie dziarsko Słonecznik, kiedy słyszę nawoływanie. Oto Angela odbywa tam właśnie odpoczynek z grupką kilku sympatycznie wyglądających chłopaków. Cóż miałam czynić? Podeszłam.


Panowie uraczyli mnie mocniejszym trunkiem na rozgrzanie, co przyjęłam z wdzięcznością i od razu kupili mnie swoją otwartością. Nie minęło 5 minut, a wiedziałam już, że idziemy na ten sam azymut, a nasze schroniska dzieli jakieś 10min. drogi z buta. Jedna zasadnicza różnica? Oni mieli zarezerwowany pokój. Ja miałam spać na glebie. Nie zastanawiałam się zbyt długo nad pytaniem, które od razu samo wypłynęło z moich ust: „Ej, a mogę z Wami spać?”.
Czy można uznać wpraszanie się na nocleg do obcych ludzi ledwie poznanych na szlaku za lekkomyślne? Może 😀 Ale tak czy siak miałam spać na glebie w schronisku pełnym obcych, a z chłopakami przeczuwałam, że przynajmniej z rana nie będę się musiała zrywać o 5 czy 6, bo raczej nikt o tej godzinie podnosić się nie będzie. Wydaje mi się, że moja propozycja nieco ich zaskoczyła, ale ostatecznie na nią przystali. Okazało się, że Angela wcale z nimi nie śpi i zaraz jednak chce schodzić do miasta, a moich przyszłych tymczasowych współlokatorów jest 6 na sześcioosobowy pokój (chociaż na Słoneczniku spotkałam ich tylko czterech), niemniej miałam materac i śpiwór, więc od razu zaproponowałam, że przygarnę po prostu glebę w ich pokoju. Tym sposobem ruszyłam dalej granią w wesołej kompanii, wraz z Angelą, która ponownie postanowiła nadrobić drogi, byle pobyć dłużej w naszym zacnym gronie 😉











Tempo poruszania się w tej ekipie znacząco zmalało względem mojej samotnej wędrówki, ale nie narzekałam 🙂 Szliśmy sobie akurat po prostym terenie, śmiejąc się, poznając i opowiadając przeróżne historie.
Dotarliśmy w końcu do Strzechy Akademickiej, gdzie czekała już na nas reszta chłopaków, którym przedstawiłam się wprost: „Cześć, jestem Ewa i dzisiaj będę z Wami spać” 😀 Przyjęli mnie jak swoją ❤
Ja oczywiście w pierwszej kolejności wzięłam prysznic, ale już niebawem wszyscy zjedliśmy, napoiliśmy się i byliśmy gotowi na wspólny wieczór. Tylko grzechem by było nie skorzystać z bliskości Małego Stawu, szczególnie biorąc pod uwagę malowniczy zachód słońca, którego doświadczaliśmy. Z dwójką chętnych wyruszyłam więc szlakiem w dół, w japonkach, bo zakładać butów na moje skrzywdzone stopy już nie miałam siły 😀




Czy było warto? Ano! Ba, że było!
Wieczór i noc chętnie bym Wam opowiedziała ze szczegółami, ale może lepiej pozostawię całość ujętą w tych krótkich słowach: zabawa była przednia, testosteron się wylewał, Makao po przedziwnych zasadach było grane, odczucia miałam z kategorii wieczoru kawalerskiego, ogrom śmiechu, mnóstwo pozytywnych emocji i… za dużo alkoholu.
Czy rano miałam kaca stulecia? Tak. Czy panowie również? No ja myślę. Czy ktokolwiek żałował? Mam nadzieję, że nie. Ja nie, w każdym razie 😀
Po dżentelmeńsku odstąpiono mi łóżko, chociaż tej nocy raczej nie odczułabym różnicy, jakbym spała na podłodze 😉 Rano jęczałam jak na torturach (chociaż szanowni koledzy inaczej to określali :D), ale wstałam tylko z pół godziny po planowanej pobudce. Dostałam wspomaganie przeciwkacowe, spakowałam bambetle i… usiadłam do tego pokręconego Makao 😀 Panowie – Wasza charyzma wybiła mi skalę 🙂 Było tak wesoło, że jeśli ktokolwiek jeszcze spał o tej porze, to dzięki nam mógł rozpocząć swój dzień wcześniej, niż planował 😀
Trasa poprzedniego, jakże przyjaznego pogodowo, dnia, wyniosła mnie 24,5km, i prezentuje się mniej więcej tak:

Po śniadaniu z piwkiem (klina klinem?) i wielu apelach, żebym została w ekipie na kolejny dzień, w końcu wyrwałam się spod uroku tej zacnej kampanii i ruszyłam na Śnieżkę. Pierwszy kawałek drogi również pokonałam w męskim towarzystwie (chociaż tym razem w innej grupie), jednak niebawem zostałam ponownie sama ze sobą. Mój wskaźnik socjalizacji zasadniczo całkiem się ucieszył i ładowałam sobie bateryjki, maszerując zawzięcie na szczyt.
Jak pogoda na Śnieżce? Z moich doświadczeń wynika, że da się inaczej (chociaż słyszałam plotki, że nie), niemniej trafiłam na full wiatr i mgłę. Byle złapać foto i pieczątkę i uciekać, please.


W Domu Śląskim zrobiłam chwilę postoju na „drugie śniadanie”, zameldowałam się troskliwym kolegom z poprzedniego wieczora i ruszyłam na Czechy. Chciałam sobie zejść trochę z gór mało uczęszczanym szlakiem, po czym wrócić na polską stronę na grani w okolicy, znanego już, Odrodzenia.
Szaleństwo pogodowe zafundowało mi przepiękne krajobrazy, a zmęczenie nakłoniło mnie do krótkiej drzemki na trawie w pobliżu ścieżki, co naprawdę dobrze wspominam 🙂



Wędrowałam sobie dalej dziarsko ścieżką, mijając sporadycznie Polaków lub Czechów, z założeniem obiadowania w czeskiej knajpce. I, nie uwierzycie, okazało się, że uśmiechnęło się do mnie szczęście!
Gdy znalazłam rzeczony przybytek i zamawiałam przy ladzie, próbowałam wytłumaczyć miłemu panu, iż zamierzam usiąść na zewnątrz. Jego jednoznaczny gest kazał mi odwrócić głowę w kierunku drzwi, które odsłaniały zaskakującą rzeczywistość – na zewnątrz szalała burza! 😮 Akurat, jak zeszłam na obiadek ❤ Kiedy skończyłam jeść – ponownie się rozpogodziło 🙂



Wdrapałam się więc z powrotem na grań, korzystając z piękna i ciszy, które zapewniają góry na mało uczęszczanych szlakach. Niebawem znalazłam się na skrzyżowaniu, mijanym zaledwie dwa dni wcześniej, szokującym mnie tym, jak blisko miałam schronienie, które pogoda tak skrzętnie wówczas przede mną ukryła.
Miałam przed sobą jeszcze sporo kilometrów i zero sił (łącznie ten dzień był wyzwaniem w skali 28km i prawie 1200m przewyższeń, a na plecach wciąż ciężkie winogrono taktyczne). W planie nocleg na glebie na Szrenicy. Wiecie, gdzie jest Szrenica? Nie? To ja Wam powiem. Daleko.
Kto, jak nie ja? Mimo ogromu zmęczenia, zmasakrowanych stóp i niedomagających pleców, wciąż zachwycałam się mijanymi widoczkami, klimatem gór, możliwością obcowania z tym fantastycznym dziełem natury. Nie ma dla mnie w życiu lepszego uczucia, niż doświadczanie gór. A Śnieżne Kotły? No sztos! Oczywiście nie był to mój pierwszy raz na tym pięknym punkcie widokowym, ale to niczego nie zmienia. Jest niesamowity!









Uwaga, uwaga, dla wszystkich zmartwionych – dałam radę! Mam nadzieję, że nikt nie miał wątpliwości 😉
Na miejscu ponownie zaskoczyła mnie możliwość zmiany planów, którą ochoczo przyjęłam. Ojciec z synem wynajęli 6-osobowy pokój i zapraszali strudzonych wędrowców do zajęcia wolnych łóżek (za sprawiedliwą opłatą, oczywiście). Gleba czy pokój? No bierę! Dołączył jeszcze jeden pan i oto wylądowałam w pokoju z trójką nieznajomych facetów, ale już w zupełnie innym klimacie, niż poprzednio.
I tu ponownie zmuszona jestem napomknąć, że miłośnik gór z miłośnikiem gór się dogada. Mimo różnicy wieku, świetnie nam się rozmawiało i dzieliliśmy się ze sobą wieloma fenomenalnymi historiami i doświadczeniami. Otwarte serca ❤ Troskliwi panowie przekonywali mnie również do zmiany środka transportu z seico (zwanym puszką śmierci) na jakiś bezpieczniejszy pojazd 😀 Ponownie napotkałam wędrowców pod wrażeniem mojej „odwagi” (sami oceńcie), ale przede wszystkim ciekawych decyzji, które mnie tam doprowadziły i szczerze zainteresowanych historiami, które miałam do opowiedzenia 🙂 Z wzajemnością!
Tym razem zdecydowałam się na nieco wcześniejszą ucieczkę w krainę snu, co absolutnie mi się nie udało przez pęd myśli (chrapanie współlokatora nie było dostatecznie donośne, bym zrzucała winę na niego :D). Dodam, że towarzysze poprzedniego wieczoru upewnili się, że dotarłam na kolejny nocleg cała i zdrowa. Kochani 🙂


Poranek przyniósł mi świadomość końca przygody. Musiałam przebyć ok. 18km, zejść z Karkonoszy, przeciąć Izery i odnaleźć moją srebrną strzałę. A dalej 4,5 – 5h jazdy w upale i home, sweet home. Brzmi wspaniale, prawda? 😀



Niemniej każda godzina na szlaku przypominała mi, by cieszyć się tym czasem, korzystać, podziwiać. Piękny dzień to był, bardzo mało ludzi na trasie, a dużo czasu sama ze sobą.
Poznałam przelotnie jeszcze kilka osób i ostatecznie koło 14:30 otwierałam drzwi seico. Nie zostawię komentarza względem trasy powrotnej autem po długim weekendzie… Możecie się domyślić.




Jak oceniam całość wypadu, jakie mam odczucia? FENOMENALNE.
Niesamowite przeżycia, mnóstwo emocji, ogrom nieprzewidzianych sytuacji, wielu świetnych ludzi, gros czasu sam na sam ze sobą i przyrodą. Czułam oderwanie od codzienności, czułam, że mnie to rozwinęło, czułam, jak wiele mi to dało.
W liczbach?
Czas: od środy 07.06. 21:30 do niedzieli 11.06. 14:30
Łączny dystans. ok. 103km
Suma podejść/zejść: ok. 4km, czyli jakieś 1333 piętra w tę i z powrotem
Najwyższy szczyt: Śnieżka 1603m
Dodatkowo z KGP: Wysoka Kopa 1126m
Pasma górskie: Góry Izerskie, Karkonosze
Schroniska na nocleg: 4
Plecak: ok. 15-20kg
Kraje: Polska, Czechy
Przygody i spalone kalorie: milion! ❤




Dodaj komentarz