Upały? To ja uciekam! PART 1.

Mój sposób doboru destynacji podróżniczych w tym roku mocno ewoluował 😀 Wiedziałam, kiedy mam dłuższy urlop. Czego nie wiedziałam? Co z nim zrobić!

Zbliżał się termin wyjazdu, a ja wciąż miotałam się między różnymi pomysłami. Pewnego dnia rano, zmęczona ciągłym researchem, wpisałam po prostu w wyszukiwarkę „najpiękniejsze góry świata”. Wykluczyłam kilka pierwszych opcji z jakiegoś randomowego artykułu, bo wydawały się nierealne do zorganizowania jako pierwsza całkowicie samodzielna wyprawa za granicę lub po prostu za drogie, po czym mój wzrok padł na Islandię i coś kliknęło. „A może?” – pomyślałam, po czym zaraz sprawdziłam terminy i ceny lotów. Bodaj dzień później kupiłam bilety. Miałam dwa tygodnie do wylotu. Teraz, z perspektywy czasu? Dużo 😀 Wtedy? Wiedziałam, że dam radę, ale czułam, że muszę się spiąć. Już tłumaczę, czemu.

Plan na Islandię był z perspektywy wydatkowej minimalistyczny i zakładał spanie w namiocie przez nieomal cały wyjazd 😀 Dodatkowo zawierał kilkudniowy trekking po górskim szlaku, na który należało zaopatrzyć się w odpowiedni sprzęt oraz żywność. Ostatecznie musiałam zamówić kilka (naście?) rzeczy i przelecieć się po sklepach. Dodatkowo zrobić research, jak zaplanować podróż. Dwa tygodnie na Islandię z kilkudniową wędrówką górską w trakcie? Da się zrobić! Kto, jak nie ja? 😉

Podczas analizy możliwości i wyzwań, wkręciłam się na parę grup na mediach społecznościowych, dzięki czemu udało mi się złapać kontakt z kilkoma Polakami, mieszkającymi na Islandii, bądź też uprzednio tam podróżującymi. Zdecydowanie najbardziej kluczowy dla wyprawy okazał się Zbychu, do którego z całego serca polecam odezwać się każdemu, kto się na Islandię wybiera ❤

To już prawie koniec o przygotowaniach, bo nie chcę Was zanudzać! Muszę jednak dodać, że z researchu wynikało, iż objechanie całej wyspy jest możliwe nieomal jedynie, jeśli wypożyczy się samochód. Moim pierwotnym planem był autostop, jednak wiele części Islandii jest mało zamieszkałych i mogłabym stracić całe dni na próbach przemieszczania się po obwodzie wyspy. Przeprojektowałam więc pomysł tak, by w pierwszym tygodniu obyć się bez auta, zwiedzić pobliże Reykjaviku, dostać się poprzednio zakładanym sposobem w kilka miejsc i zaliczyć trekking. Drugi tydzień? Objazd. Wypożyczenie auta i płacenie za paliwo solo? No nie brzmi jak plan. Internet daje jednak wiele możliwości, więc znalazłam dwóch towarzyszy na moją podróż, z czego jedna osoba na sam objazd, a druga na cały wyjazd. No dobra, jak nowe, to nowe, lecimy z tematem!

Dość tego przynudzania, czas na Islandię, prawda? A mogę jeszcze jedną, malutką dygresję? 😀 Mocno liczyłam na to, że podczas mojego pobytu na wyspie, wybuchnie wulkan ❤ Zbyszek mówił, że trzęsienia ziemi wskazują na to, że nastąpi to niebawem. No dawaj, panie losie, postaraj się dla mnie!

Z powodu opóźnień samolot, wbrew planom, wylądował na Islandii późnym wieczorem, więc pierwszego dnia udało się jedynie zobaczyć odrobinę Reykjaviku po drodze do Zbycha, u którego zapewniony był pierwszy nocleg. Na rano zaplanowane było wejścia na niewielką górę w pobliżu stolicy, w ramach rozgrzeweczki. No ale upału to ja się nie spodziewałam… Nie po to uciekałam z Polski na Islandię! 😮 Niemniej Esja była dobrym planem, niezbyt wymagającym, a po niej pozostawało jeszcze trochę czasu, gdyż Zbyszek zdecydował się spędzić z nami ten dzień, a był zmotoryzowany ❤

Po upalnym trekkingu wybraliśmy się do Þingvellir, wpisanego na listę UNESCO, co było zgodne z moim planem (nie wszystko podczas tego wyjazdu trzymało się mojego excelka, musiałam nieco improwizować 😀 ). Warto było się tam wybrać, naprawdę urokliwe miejsce, idealne na spacerek 🙂 Po drodze zaś podjechaliśmy do pierwszego dla mnie wodospadu na Islandii, mianowicie Þórufoss, który wydał mi się zachwycający ❤ Z perspektywy czasu wiem, że to była jedynie zajawka cudów natury, które miały nadejść 😀

Dalej już dałam trochę pola do popisu gospodarzowi, który zdecydował się pokazać nam plażę z całkiem normalnym białym piaskiem (co jest na Islandii nietypowe) – Skarfaklettur oraz dość ciekawe miejsce, którym była artystyczna chatka reżysera Hrafna Gunnlaugssona, który z wyrzucanych przez wodę śmieci tworzy naprawdę interesującą sztukę, pod wiele wyjaśniającą nazwą Recycled House. Tu na pewno bym bez Zbyszka nie trafiła, dziękuję! 😉

I to by było na tyle w kwestii pierwszego dnia zwiedzania. Zostałam jednak postawiona przed niemałym dylematem, bowiem pojawiła się opcja lotu widokowego awionetką, której wcześniej nie miałam w planie, ale wydawała się bardzo kusząca. Przeredagować pod to cały harmonogram? A pewnie, górą spontaniczność!

Następnego dnia zostałam więc kierowcą w obcym kraju 😀 Pożyczonym samochodem ruszyłam w kierunku kolejnych atrakcji z serii Golden Circle – Geysir oraz Gullfoss. I tak miałam je w planie na ten dzień 😉 Wybitnie turystyczne miejsca, ale jest to całkowicie zrozumiałe, bo naprawdę robią wrażenie. To ciekawe, że na Islandii tak popularne atrakcje są darmowe – polecam 🙂

I teraz dalsza część niespodzianek. Pisałam Wam, że liczyłam na wybuch wulkanu podczas mojego pobytu? No, to właśnie 😀 Nie był to idealny moment, bo właśnie byliśmy w drodze na lotnisko, kiedy dostaliśmy telefon, że lot odwołany, bo właśnie wybuchł wulkan 😀 Także mieszane uczucia! Nie będzie awionetki, ale jest spora szansa na zobaczenie na żywo buchającej lawy! Tylko, że trzeba odrobiny cierpliwości, bo trasa nie jest jeszcze dostępna ze względu na opary siarki. W ramach pocieszenia na wieczór kupiłam sobie pizzę i poszłam na spacer nad wodospadzik 🙂 W końcu jeden z towarzyszy podróży tego roku nauczył mnie jeść w ładnych miejscach ❤ A następnego dnia rano zaczynała się trasa autostopem 🙂

Do głównego punktu dnia następnego udało się dotrzeć stopem za jednym razem! Przemiła mieszkanka miasta Hveragerði przewiozła nas z Reykjaviku niemal pod sam szlak, który miałam w planach 🙂 Hveradalir (Kerlingarfjöll) Trail to malownicza trasa wśród buchającej pary, zwieńczona termalnymi źródłami. Dzień był piękny, więc i wędrówka przyjemna. Ze względu na ciężar plecaków, zostawiłyśmy większość bagażu w knajpce na dole i ruszyłyśmy z niewielkimi pakunkami. Na Islandii, moi drodzy, nie trzeba się martwić o kradzieże. Ja początkowo sceptycznie do tego podchodziłam, ale wyszłam ze swojej strefy komfortu i uwierzyłam w ludzi 😀

Już tłumaczę moją minę na powyższym zdjęciu 😀 Otóż temperatura wody okazała się dużo wyższa niż myślałam. Przy pierwszym wejściu zamoczyłam stopy i wyskoczyłam jak oparzona. Kolejne podejście przebiegało więc powoli i ostrożnie, z odrobiną narzekania i śmiechu 😉 Tyle by było z ucieczki na Islandię przed ukropem w Polsce 😀

Kolejną destynacją dnia były wodospady Seljalandsfoss, do których również dotrzeć miałyśmy stopem. Tutaj było już nieco trudniej, ale etapami, etapami, kroczek po kroczku. Na bodaj trzy razy dotarłyśmy do celu 🙂 Islandczycy są niezwykle uprzejmi i chętnie pomagają, a jedyny problem stanowi mały ruch na drogach. Zatem następna porcja fotek dla Was!

Następny cel tego dnia miał być już ostatni, a przez to nieco ryzykowny. Mianowicie basen Seljavallalaug, zasilany naturalnie gorącym źródłem, przy którym jednak nie ma pozwolenia na nocowanie. Niemniej czasem trzeba improwizować, a mój wcześniejszy research wykazał, że nie powinno być z tym problemu i na pewno nie będę tam nocować jako pierwsza 😀 Ponownie autostop nie przysporzył nam zbyt dużych trudności i sprawnie dotarłyśmy w pobliże ścieżki prowadzącej do basenu.

Miejsce malownicze, niewiele odwiedzających. Dostałam również od Zbycha cynk, że w pobliżu są mniejsze, całkiem naturalne źródełka, do których można dotrzeć przechodząc przez lodowatą rzekę. Trzeba to było sprawdzić. Po dotarciu do basenu i pozdrowieniu kilku wypoczywających, zostawiłam bagaż i ruszyłam na poszukiwanie. Początkowo poszłam w zupełnie złym kierunku, dzięki czemu odkryłam inne, acz przepiękne, miejsce, w którym nie było ani jednego człowieka 😉 Aż wzruszył mnie nieprawdopodobny urok tej opuszczonej ścieżki ponad rzeką. Później zaś, po zejściu i obraniu innego kierunku, udało się znaleźć mini naturalne źródełka i spędzić przyjemnie wieczór 🙂

Jedzonko liofilizowane przygotowane, ludzie sobie poszli, namioty rozbite. Tylko trochę pogoda groziła deszczem. Więc z duszą na ramieniu – do spania 🙂

Kolejny dzień był już początkiem czterodniowego trekkingu po szlakach Fimmvörðuháls i Laugavegur Trail. W większości sugerowany czas na tę trasę to 6 dni, a proponowany kierunek to z północy na południe. Ale ja to ja – wszystko pod prąd 😀 Start zaplanowałam na południowym krańcu, czyli przy wodospadzie Skogafoss. Trekking niestety musiał się już odbyć z całym dobytkiem na plecach, więc nie ma zmiłuj!

Przy wodospadzie i na początku szlaku roiło się od turystów, jednak im dalej na północ, tym mniej ludzi dookoła, a momentami mijałam ich wręcz sporadycznie. Nocleg zakładałam w obozie Thórsmörk, na połączeniu szlaków Fimmvörðuháls i Laugavegur, co oznaczało, że cały pierwszy z wymienionych był do zrobienia na jeden raz. 25km i mniej więcej 1400m przewyższenia nie brzmiało nierealnie, chociaż z 20kg plecakiem stanowiło momentami niemałe wyzwanie 😀

Różnorodność krajobrazu budziła niepohamowany zachwyt. Początkowo soczysta zieleń, wodospady i owieczki, później skały, dalej śnieg i wulkaniczny pył, następnie rudo od jakichś pierwiastków, by na koniec ponownie znaleźć się w krainie rodem z Władcy Pierścieni. Nieziemskie to były przeżycia. Owszem, skrabanie się z gigantycznym ciężarem generowało poważne trudności, ale, rany julek, naprawdę warto!

Dodam, że zapoznałam podczas drogi przemiłych panów, jak się później okazało, z Czech. A w skrócie historia wyglądała jak następuje.

Generalnie jako piechur wędrowiec włóczykij mam całkiem niezłe tempo. Niemniej po kilku godzinach trekkingu zaczął mi mocno doskwierać kręgosłup, więc musiałam robić sobie przerwy na zdjęcie plecaka. No i raz na jakiś czas próbowałam poczekać na towarzyszkę wyprawy, ale jednak różnica między nami była zbyt duża, biorąc pod uwagę chłód i wiatr, więc oczekiwanie doszło do skutku dopiero po drugiej stronie przewyższenia, gdzie mogłam nieco się schować i spróbować uniknąć zapalenia płuc. Wracając – panowie Czesi mieli podobne do mnie tempo i zaczęliśmy się wzajemnie wyprzedzać podczas postojów. Za którymś razem, gdy dotarli do miejsca, gdzie odpoczywałam, poleciłam im, żeby też się tam zatrzymali, bo wygodne i schowane przed mroźnymi podmuchami. Przy następnym „przecięciu” oni się przywitali i tak jakoś się zapamiętaliśmy. Kiedy dotarłam do obozu, pierwsze osoby, jakie zobaczyłam, to byli… panowie z Czech oczywiście 😀 Zrzuciłam bagaże, spytałam, czy mogę się dosiąść i tak się zaczęło. Razem wypatrywaliśmy mojej towarzyszki, rozmawiając. Panowie byli zestawem ojciec + syn, z czego ojciec mówił tylko po czesku, syn po czesku i nieco po angielsku, a ja umiem w polski i angielski. Więc tak sobie na wszelkie możliwe języki trajkotaliśmy i szło to na tyle dobrze, że nieco przestawiłam swój dalszy plan trekkingowy, żeby dostosować go do ich planu 🙂

Po jedzeniu szybki prysznic, namiot i spanko. Rano rozpoczynał się kolejny dzień marszu, tym razem 17 km. I pierwsze przejście przez rzekę 😀 Kręgosłup i stopy wołały o pomstę do nieba, ale pozytywne nastawienie plus gorący prysznic pozwalały odrobinę o tym zapomnieć 🙂

Początkowo szlak przypominał mi nasze ojczyste tereny, dopiero po wyjściu z lasu ujawniły się islandzkie widoki 😉 Niebawem zaś – rzeka. Wiedziałam, że takie atrakcje są w pakiecie, więc miałam ze sobą buty do wody. Trzeba było tylko… Przejść 😀 Nogawki odpięte, pantofelki założone, plecak rozpięty, buciory przewieszone przez szyję, kijki w dłoń i… Ale zimne!!! Adrenalinka podskoczyła, ale ostatecznie naprawdę nie było to problematyczne 🙂 A piękna, słoneczna pogoda ułatwiała zniesienie lodowatych igiełek, wbijających się w stopy.

Niedługo później szlak zaczął przypominać czarną pustynię. Było płasko, piaszczyście (tylko w innym kolorze), wietrznie i upalnie. No tego się nie spodziewałam, lecąc na Islandię 😀

Dodam, że tamten fragment drogi poskutkował takim obiciem mojej twarzy drobinkami piachu, niesionymi przez wiatr, że później musiałam kilka razy dziennie smarować się kremem 😀 Więc tak – pustynia jak się patrzy 😀 W pewnym momencie obejrzałam się za siebie i zobaczyłam na własne oczy niesione wiatrem kłęby.

Kolejny nocleg zaś odbył się naprawdę wysoko, w Emstrur, miejscu z tak porywistymi podmuchami, że pierwszy raz obłożyłam namiot kamieniami. From Ewa with love ❤

Kamienie okazały się od tego dnia (a raczej tej nocy) już codzienną praktyką 😀 Kolejny dzień ponownie przywitał strudzonych wędrowców pustynią. O czym nie wspomniałam wcześniej? Z Czechami czasem się mijałam, czasem spotykaliśmy się na postojach, czasem szliśmy razem. Przemili panowie decydowali się nawet niekiedy poczekać na moją towarzyszkę i wtedy razem sobie odpoczywaliśmy 🙂 Naprawdę świetni ludzie! Miłośnicy gór zazwyczaj się dogadają, ale takiej sympatii się nie spodziewałam 🙂

Zarówno poprzedniego, jak i tego, dnia, ponownie trzeba było przekraczać rzeki – mniejsze i większe, niektóre naprawdę mało przyjemne. Niemniej ostatecznie szlak nie był wybitnie trudny czy wymagający. A nocleg? Kolejny odbył się w tak malowniczym miejscu, że zapierało dech w piersiach. Álftavatn. To jeziorko… ❤

I tutaj spryt małej Ewy zasadził w jej umyślne ziarnko idei, którą zdecydowała się zrealizować 😀

Otóż dzień wcześniej na wyspie wylądował nasz drugi towarzysz. W planach było spotkanie kolejnego dnia wieczorem w Landmannalaugar, czyli krańcowym punkcie szlaku, skąd następnego ranka ruszalibyśmy dalej wspólnie autem. Niemniej skontaktowałam się z nim wcześniej i okazało się, że w zasadzie nie ma już pomysłu na siebie i jest wolny. Zatem uknułam z nim niecny plan, że spróbuje już teraz dotrzeć do naszego obozu wypożyczoną terenówką (no, Dusterem, terenówka to za dużo powiedziane), żeby zabrać nasze bagaże, dzięki czemu kolejnego dnia mogłybyśmy iść z lekkimi plecaczkami. Przyznam, że całą akcję zaaranżowałam, żeby ułatwić drogę mojej towarzyszce, która źle znosiła marsz z ciężarami, ale nie ma co ukrywać, że sama też chętnie bym skorzystała z możliwości odrzucenia zbędnego balastu.

Dotarcie do nas w środku szlaku górskiego okazało się stresujące i podczas jego nocnej trasy do nas wciąż pisaliśmy, w pełnym napięciu, rozważając, czy jest to w ogóle realne, czy nie, gdy auto musiało pokonywać rzeki. Ostatecznie, mimo trudności, plan się powiódł, ale pogoda nie pozwoliła mi wyjść na powitanie nowego znajomego. Ulewa siekła od zmroku, a wichura sprawiała, że pół nocy podtrzymywałam namiot wszystkimi kończynami, żeby się przypadkiem nie połamał 😀 Na szczęście poranek powitał nas słońcem i niespodziewane (dla mojej towarzyszki) spotkanie przy śniadaniu okazało się pełnym sukcesem 🙂

Ostatni dzień trekkingu – z małym plecaczkiem! ❤ Dzień niesamowitych widoków, kolorów i buchającej z ziemi pary. Ponadto! Akurat (oczywiście w przeciwnym kierunku) odbywał się maraton po szlaku Laugavegur 😮 Pół dnia więc mijałam biegnących i idących mocarzy, życząc im powodzenia 🙂 A ten ostatni odcinek trekkingu obfitował w naprawdę nieprawdopodobne krajobrazy, więc wrażeń przybywało i przybywało ❤

Dodatkowo, po odpoczynku w obozie Hrafntinnusker, gdzie wraz z Czechami czekaliśmy na moją towarzyszkę, zdecydowałam się zboczyć ze szlaku do lodowej jaskini. Droga była o tyle stresująca, że wymagała przejścia po pokrywach lodowych, a temperatura powietrza nie pozwalała zaufać jej stabilności. Niemniej zarówno ja, jak i Czesi, podjęliśmy ryzyko 🙂 Było warto!

Jeden z najpiękniejszych momentów tej podróży. Lodowa pokrywa, zwisająca nad podmokłym, zielonym polem pełnym buchających parą źródełek… ZACHWYCAJĄCE! Odważyłam się nawet podejść dość blisko samej jaskini, zważając jednak na ostrzegawcze znaki i sprawdzając każdy krok przed jego postawieniem. W końcu jednak rozsądek zwyciężył i wycofałam się podziwiać ten widok z bezpiecznej odległości 🙂

Po emocjach związanych z kroczeniem po niestabilnej lodowej pokrywie, zapadającym się podmokłym gruncie i zagubieniem towarzyszki (pominę ten incydent milczeniem), kolejne godziny były niezmiennie oszałamiające widokami, ale już w spokoju dotarłam do ostatniego obozu, zamykając tym samym równocześnie kilkudniowy trekking oraz pierwszy tydzień podróży.

Myślę, że to odpowiedni moment, żeby zakończyć pierwszą część opowieści 🙂 Po dalsze przygody z Islandii zapraszam do następnego wpisu, który (mam nadzieję) pojawi się wkrótce ❤

Nie wahajcie się zostawiać komentarzy i kontaktować ze mną, Wasze wsparcie wiele dla mnie znaczy 🙂

P.S. Poniżej podrzucam mapkę Islandii z zaznaczonymi opisanymi w tym wpisie miejscami 😉 Żółte punkty to trekkingi, a niebieskie to miejsca niewymagające wymagającej wędrówki. W razie pytań pozostaję do dyspozycji ❤