Upały? To ja uciekam! PART 2.

A wracając na Islandię…

Poprzedni wpis skończyłam dotarciem do ostatniego (a dla większości turystów pierwszego) obozu szlaku Laugavegur, czyli Landmannalaugar. Na miejscu czekał już nasz nowy towarzysz podróży, wraz z wypożyczoną gablotą i naszymi bagażami 🙂 Szczęśliwie czekały też gorące źródła, w których z ogromną przyjemnością się zanurzyłam i oddałam relaksowi oraz socjalizacji z turystami z różnych zakątków świata. Wieczór zatem zaliczony do udanych i tym optymistycznym akcentem przechodzimy do drugiej części podróży – tej zmotoryzowanej 🙂

Wychodzi na to, że do podziwiania piękna gór na wyspie nie trzeba mieć kondycji i samozaparcia do trekkingowej włóczęgi, o ile ma się względnie porządne auto (chociaż oczywiście nie ima się to widoków z wędrówki 😉 ) 😀 Wracając z campu na obrzeża wyspy, przekroczyliśmy Dusterkiem kolejne rzeki, minęliśmy wspaniałe krajobrazy, a przy okazji można było nieco odpocząć. Przyznam, że po tylu dniach wędrówki i całodobowego przebywania na świeżym powietrzu, w aucie zaczęło uderzać we mnie gorąco i znacznie gorzej się poczułam. Istnieje uzasadnione podejrzenie, że były to początki jakichś wspaniałych zapaleń dróg oddechowych, niemniej poradziłam sobie bez lekarzy i chłonęłam dalej uroki Islandii 🙂

Po przebiciu się do głównej drogi Islandii (jedynki), przejechaliśmy przez miasto Vik i ruszyliśmy ku zaplanowanym uprzednio turystycznym destynacjom tej części wyprawy. Punkt pierwszy? Plaża Reynisfjara. Nazwy może nie kojarzycie, ale jak podrzucę fotki, to pewnie niektórym z Was kliknie 😉

Przyznam, że miejsce ładne i robiące wrażenie, ale zdecydowanie nie należy do mojego top 5 tego wyjazdu. No i naprawdę widać, że popularne, bo mimo średniej pogody było naprawdę mnóstwo ludzi (ja po prostu jestem takim świetnym fotografem, że się to tak nie rzuca w oczy 😀 ). Wystarczyło jednak odejść o kilkadziesiąt kroków, żeby znaleźć odrobinę prywatności i lepszy kontakt z naturą ❤

Kolejna destynacja, Dyrhólaey, nie była mocno oddalona, ale i tak po drodze udało się wyhaczyć piękne miejsce na śniadanko, bo… Warto jeść w cudownych miejscach (pozdrowienia dla Daniela) 🙂

I jak, gotowi na następny punkt podróży? 😉 Dyrhólaey leży powyżej plaży Reynisfjara z ładnym na nią widoczkiem. Ale! Nie tylko na nią 🙂

Zdjęcia to zdjęcia i nie macie pojęcia, jak przy tej skale się mewy darły 😀 Normalnie hałas jak w ptasiej Warszawie 😀

A po krótkim spacerku mój plan zakładał udanie się na pierwszy z lodowców, które chciałam odwiedzić podczas tej wizyty na Islandii – Sólheimajökull w geoparku Katla (kolejny obiekt UNESCO na wyprawie 😉 ). A czy najpiękniejszy lodowiec? No na tamtą chwilę pierwszy, więc wtedy jeszcze tak. Czy na całej wyprawie, to możecie zgadywać! Dwie foteczki i lecimy dalej.

Dzień chylił się ku końcowi, ale mój niecny plan zakładał jeszcze jedną atrakcję nim ruszymy ku miejscu odpoczynku tej pięknej niedzieli. Kanion Fjaðrárgljúfur. Z całym moim kilkuletnim doświadczeniem w poznawaniu innych kultur podczas podróży (również po Polsce!) wiedziałam, że będzie to idealne miejsce na piwko 😀 Ale piwo zero! Akurat na Islandii o alkohol wcale nie jest tak łatwo. Panuje taka częściowa prohibicja i w zwykłym markecie procentów nie doświadczycie. Ale czy mnie chodziło o procenty? Nie! O lokalny smak złotych trunków 🙂

Niemniej, zanim kanion – kochani moi, pojęcia nie macie, jakie nieprawdopodobnie, niemożliwie genialne widoczki mijaliśmy po drodze. No bajka! To naprawdę game changer, że oglądanie Islandii nawet przez okno samochodu, jadąc główną drogą, zapiera dech w piersiach ❤ Lećmy więc z resztą niedzieli, coby Was już nie zanudzać 😉

Te fale na lewym zdjęciu powyżej to nie oznaka, że jesteście pijani, tylko fotka robiona przez okno w trakcie jazdy 😀 Taka dygresja, bo miałam już zamykać opowieść o tym dniu (nothing to see here!).

Tym razem nocleg bez opcji „prysznic”, ale trochę się ogarnęłam pod zimną wodą umywalki w zimnej budce 😀 Still – worth it!

Kolejny dzień? O, kochani. Nie macie pojęcia. Pierwszym celem był Skaftafell National Park, do którego musieliśmy jednakowoż kawałek drogi dojechać. A jakiej drogi? Kto zgadnie?

Pięknej drogi!

Jak już jesteście tacy dobrzy w zgadywaniu… To pierwszy posiłek dnia gdzie? No?

W ślicznym miejscu!

Swoją drogą, misie moje kolorowe, z całą stanowczością polecam te islandzkie chlebki ze zdjęcia powyżej ❤ Jeszcze z takim pysznym, ziołowym masełkiem, mmmm… Nie przedłużając – gotowi na Skaftafell?

Czy Wy to rozumiecie, że takie miejsca na Islandii są za darmo? Bo ja nadal mam mózg… w kawałkach, coby nie przeklinać 😀 Za parking trzeba zapłacić, ale grosze. I macie piękne doświadczenia na całe życie!

Dodatkowo, jak widać na załączonym obrazku, pogoda również rozwalała czachę, skoro na Islandii, na którą uciekałam od upałów, chodziłam w szortach i staniku sportowym 😀 Niemniej powietrze przyjemne, gorące, ale nie duszne, więc ten niewielki trekking po terenie parku był niewątpliwą przyjemnością. Jaka skala spacerku? Niecałe 10km 🙂 A możecie mi zaufać, że warto!

I jak wrażenia? Zupełnie niespodziewanie – kolejny lodowiec 🙂 Bardzo przyjemne widoczki, prawda? To jeszcze jedno zdjęcie z parku mi musicie wybaczyć i ruszamy w stronę lodowca Jökulsárlón, a trasa jest oczywiście…. (znacie odpowiedź!).

No dobra, to teraz brace yourselves, bo nadchodzi najbardziej urokliwy lodowiec, jaki widziałam 😉

Jökulsárlón to niesamowite miejsce. Być może nie daje szansy na przyjrzenie się gigantycznej masie lodowej z bliska, ale za to częstuje ucztą dla oczu pod zupełnie innymi względami, prezentując swoje piękno dryfującymi po jeziorku rzeźbami. No spójrzcie sami!

Ja tak tylko zasugeruję, cobyście przyjrzeli się panom za mną na tym zdjęciu 😀 Ja sobie beztrosko kontempluję przyrodę, a fotograf z zaskoczenia uwieczniający tę chwilę przy okazji łapie w kadr bardzo ciekawą scenkę 😉

Szanowny kolega, który podróżował ze mną, postanowił organoleptycznie skosztować inspiracji i posmakował odrobiny lodu z jeziorka. I proszę! Słona! Czemu? A to dlatego, że woda tutaj miesza się z wodą z oceanu, ponieważ kawałek dalej znajduje się ich połączenie.

O tutaj. Foteczka z jazdy przez most 🙂

Co dalej? Teoretycznie w planach nie było już nic konkretnego na ten dzień oprócz pokonania jak największego odcinka drogi po obwodzie wyspy. Niemniej po takim czasie jedzenia liofilizowanego żarełka, zupek chińskich, kanapek i przekąsek, zamarzyło mi się podnieść morale sensownym pożywieniem. W Höfn zatrzymaliśmy się, by zatankować, więc po szybkim researchu zdecydowałam się na karczmę Hafnarbuðin w okolicy portu, serwującą burgerki. Jeden z najlepszych wege burgerów, jakie jadłam, omnomnom! Morale boosted! Zatem zdjęcia z drogi i z burgerów i zaraz lecimy dalej 😉

Końcówka dnia spędzona w drodze z nadzieją w sercach, że znajdziemy jakiś nocleg. Biorąc pod uwagę brak turystycznych destynacji po tej południowo-wschodniej części wyspy, postanowiliśmy ściąć nieco fiordy, zbaczając z jedynki. Tam zaś udało nam się trafić na naprawdę przyjemny i korzystny zakątek noclegowy – pole kempingowe Stóra Sandfell Tjaldvæði. Ostatnie obrazki z tego dnia przed Wami 🙂

A jak tam Wasz wtorek? Bo właśnie zaczynam opisywanie mojego z tamtego lipcowego tygodnia. Nie zazdrośćcie! 😉

Po opuszczeniu noclegu skierowaliśmy się do najbliższego miasta, Egilsstaðir, by zatankować i przygotować się na dzień w… DUM DUM DUM! Interiorze! Faktycznie plan zakładał większość dnia w trudnym terenie głębi lądu Islandii, z dużą dozą optymizmu licząc na to, że nasze nie do końca dostosowane do aż takich srogich warunków auto jakoś da radę, bo alternatywa odbiłaby się dla planu na resztę podróży dość tragicznie. Przymus zawrócenia oznaczałby powrót i wybór łatwiejszej, niemniej okrężnej, drogi, więc zależnie od tego, na jakim etapie by nas to spotkało, mogło oznaczać praktycznie 2 dni straty. Zatem należało uzbroić się w pozytywne myślenie 😀

Pierwszy, jeszcze spokojnie osiągalny, cel? Stuðlagil Canyon. Nazwy może nie kojarzycie, ale jest to naprawdę znany cud natury, który na zdjęciach wydał mi się interesujący. Na żywo? Bez porównania! Zasadniczo nie wiem, jak to się nazywa profesjonalnie (zaraz Wam sprawdzę!), ale ja takie formacje skalne nazywam organkami, bo tak mi się kojarzą (i tu bym nie była sobą, gdybym Wam nie nadmieniła – w Polsce mamy przepiękny przykład tego zjawiska, a mianowicie Organy Wielisławskie na Dolnym Śląsku, wrzucę Wam też fotkę 😉 ). Uwaga, odrobina dokształcenia. Stuðlagil Canyon jest przykładem kolumn bazaltowych, a taka forma skalna to tzw. cios słupowy (niedawno oglądaliście zdjęcia z plaży Reynisfjara czy wodospadu w parku Skaftafell, gdzie również mieliśmy z tym do czynienia). Już miałam przyznać się do własnej ignorancji, ale wychodzi na to, że nasze Organy Wielisławskie to faktycznie analogiczna forma – ciosy termiczne również powstałe w efekcie działalności wulkanicznej. Ciekawe? Czy przynudzam? Bo mnie zaciekawiło 😀

Jak mówiłam, poniżej przykład naszych polskich organków (tylko nie miałam wtedy takiego dobrego aparatu, musicie mi wierzyć na słowo, że są przepiękne!).

Żeby Wam teraz przywrócić ducha Islandii, po tym polskim akcencie, łapcie konie 😀

Co się działo dalej? Interior welcome to! ❤ Czarne pustynie żwiru, mas polawowych, kamieni i rzek, przez które trzeba było przejeżdżać. Trochę jakby się człowiek znalazł w zupełnie innym miejscu świata, niż te piękne zielone łąki, pasące się konie i owce, schodzące lodowce… Pokochałam różnorodność Islandii 🙂

Z ciekawostek napotkaliśmy tajemniczą budkę po środku niczego. I, jak myślicie, co to było? Toaleta! Level w kontraście do naszych polowych budek czy innych typów toi toi? No bez porównania. Ładnie, higienicznie, płyn do dezynfekcji dłoni, całość w drewienku, stojąca na palecie przygniecionej głazami, coby nie odleciała… Luksus! 😀

I teraz hit. Generalnie celem tej karkołomnej przeprawy był krater wulkanu Askja. Zawiodły dwa czynniki: 1. pogoda, nieco związana z porą dnia, bo przejazd zajął nam dużo więcej czasu, niż było w planach, 2. mój research (biję się w pierś). Już spieszę z wyjaśnieniem. Może zacznijmy od tego, jak wyglądał szlak do krateru Viti, kiedy do niego dojechaliśmy…

Trochę klimacik jak z okładki płyty rock-metalowej, nie? 😀 Totalna mgła, ledwo było widać najbliższy słupek oznaczający trasę. Ale przyznam, że całkiem zrobiło to na mnie wrażenie! Niemniej, gdy dotarliśmy do Viti (i tutaj kolejna geograficzna ciekawostka, Askja leży na największym polu lawy na Islandii, zwanym Odaðahraun), zastał nas widok nieomal… niewidoczny 😀 Słownie 10 minut później jeziorka w kraterze już w ogóle nie było widać.

Całość krajobrazu prezentowała się tajemniczo, mrocznie… Magicznie. Niemniej gdyby nie pogoda i niedokładny research (mea culpa again), okrążylibyśmy krater. Przynajmniej ja, bo jednak reszta mocno zmarzła i morale znacząco spadło. Ale ja? Poszłabym przecież!

Otóż w mojej głowie owe Viti było celem samym w sobie i niebieską plamką jeziora na Google Maps. Błąd! Viti jest tak małe, że na mapie nawet go nie widać, a plamka, której szukałam, to jezioro Öskjuvatn. Polecam zerknąć w mapy i strzelić sobie w moim imieniu facepalma 😀 Ale nie ma tego złego, mam motywację, by wrócić 😀 I tak chciałam odwiedzić Islandię ponownie, ale zimą, by zapolować na zorzę, a w obecnej sytuacji muszę powtórzyć również letnie odwiedziny. Szczególnie, że (brawo za research, Ewa!) w Viti przy dobrych warunkach można się kąpać! Kąpać! W kraterze! Hell yeah, wracam tam!

Mimo wszystko ledwo widoczny krater przypominający mistyczną błękitną lagunę wywarł na mnie wrażenie, a droga przez zamgloną pustynię lawową dołożyła efekt WOW. Po drodze można się było również pozachwycać różnorodnością skał i kamieni od czarnych lawowych, przez kolorowe, zawierające minerały, po wszechobecny… pumeks 😉

W jedną i drugą stronę na trasę po wulkanie mijamy obóz Þorsteinsskáli w oazie Herðubreiðarlindir i przyznam, że aż się uruchomiły pojazdy rangerów, jak zobaczyli, że w taką pogodę tam zmierzamy 😀 Ale nie trzeba nas było ratować!

Czy to koniec przygód tego dnia? Prawie, ale nie do końca. Przede wszystkim nasza podróż przez interior potrwała o godziny dłużej, niż było w planach, więc ogarnięty nocleg w Akureyri znikał z horyzontu marzeń. Zaczęły się więc napięcia dotyczące decyzji, gdzie będziemy spać. Ale zanim – największa rzeka, jaką musieliśmy przejechać. Prawdziwy hardcore. Zdecydowanie nie na naszego dusterka. No nawet ja się zestresowałam, jak nas zaczęło znosić z nurtem… Już się szykowałam na wyskakiwanie prosto do lodowatej rzeki i zasuwanie kilka kilometrów z powrotem po pomoc, bo widzieliśmy tam rangerów. Ale przejechaliśmy!!!

Sukces byłby pięknym zwieńczeniem dnia, gdyby nie kłótnie o nocleg. Niestety skończyło się tym, że noc spędziłam w aucie pomiędzy moimi towarzyszami, czyli w praktyce leżąc na skrzyni biegów. Nie będziemy tego roztrząsać, nie chcę do tego wracać, snu nie zaznałam i o poranku byłam wściekła jak osa 😀 Niemniej Islandia szybko zrekompensowała mi wszelkie niewygody 🙂

Przez środę postaram się przebrnąć bez zbędnego ględzenia, bo trochę mi się ten wpis rozwleka, a tego dnia atrakcji było… nieprawdopodobnie dużo. Więc szybciutko, do brzegu, Ewa.

Start! Wodospad Dettifoss mieliśmy okazję oglądać tak wczesnym porankiem, że poza nami nie uświadczyliśmy żywej duszy ❤ Szkoda, że pogoda nie bardzo dopisała, ale i tak mieliśmy z nią do tej pory tonę szczęścia, więc nie ma co narzekać.

Z ciekawostek śniadanko gotowaliśmy sobie w toalecie dla matek z dziećmi na przewijaku, bo na zewnątrz za bardzo wiało, żeby utrzymać płomień 😀 No dobra, miało być bez dygresji! Lecimy dalej – kolejny krater 🙂 Tym razem łatwo dostępny z jedynki, bez wymogów co do pojazdu z napędem 4×4. Z resztą generalnie chyba już skończyliśmy wtedy z takimi przygodami, nie mieliśmy więcej w perspektywie problemów z samochodem 🙂 Krafla Viti to piękne i znane miejsce widokowe na północy wyspy (bo już jesteśmy na północy, jakbyście nie wiedzieli 😀 ). Jak było? Rano! Więc wciąż mało ludzi 😉 Do tego pięknie, parno i naprawdę atrakcyjnie.

Widoczne powyżej obłoki pary, buchające z kominów, to elektrownia geotermalna Krafla, jakby się ktoś zastanawiał 😉

W pobliżu tego imponującego (i tym razem dobrze widocznego) krateru znajdowało się pole lawy Leirhnjúkur, po którym prowadzi niedługa i nietrudna trasa, pozwalająca na podziwianie na własne oczy transformacji lawy w różnym wieku.

Nie wiem, jakie na Was o robi wrażenie, ale ja osobiście uwielbiam te lagunki siarkowe ❤ Tylko nie przepadam za zapachem 😀 Niemniej widok? Bezcenny!

Krótki spacerek, a naprawdę urokliwy i ciekawy. Polecam 🙂 Wtedy jeszcze nie byłam pewna, czy uda mi się namówić moich towarzyszy podróży na dodatkowy przystanek – Hverir Boiling Mud. Mnie się nadal w głowie nie mieści, że takie miejsca są darmowe i jedyna opłata, to symboliczna kwota za parking. Pola gotującego się błota? Przecież za to by można zgarnąć fortunę i w Polsce pewno by tak było 😀

Wygląda fascynująco, prawda? A to dopiero początek. Udało mi się nawet namówić resztę ferajny na wdrapanie się na pobliską górę Namafjall, z której rozciągał się nieprawdopodobny widok. Na parujące błoto oraz szmat zieleni z jednej i ogromne, czyste jezioro Mývatn z drugiej strony ❤

Jeszcze ostatnie błotne fociszki przed cywilizacją w postaci miasteczka Reykjahlíð, ok? Tam było tak nieziemsko… Permanentny zachwyt ❤

No to gazu! W Reykjahlíð szybkie zakupy i lecimy do kolejnych atrakcji, poczynając od groty Grjótagjá, maleńkiej jaskini lawowej z mieniącą się, błękitną, gorącą wodą ❤ Ciekawostka, z której nie zdawałam sobie sprawy? Możecie znaleźć w Grze o Tron scenę z udziałem Jona Snowa, nakręconą w tym miejscu. Oczywiście doczytałam post factum 😀

Urokliwe miejsce, to na pewno 🙂 I chyba nie tylko my dojechaliśmy tam po przygodach z interiorem, biorąc pod uwagę wygląd powyższych aut 😀

Nie przedłużając, zahaczyliśmy dalej o szlak Dimmuborgir na krótki spacerek, po czym ruszyliśmy dalej naszą karetą wzdłuż wybrzeży jeziora Mývatn w stronę Akureyri z jeszcze jednym planem imponującego postoju po drodze 😉 Ja to zazwyczaj mam ambitne i napięte harmonogramy podczas podróży 😀

To kto ma pomysł, co jeszcze było do odwiedzenia po drodze? 😉

Jest trochę sztandarowych atrakcji na Islandii, niewiele z nich jest naprawdę popularnych na północy. Mamy tam już odhaczone: wodospad Dettifoss, Kraflę, Hverir, grotę Grjótagjá, Dimmuborgir, jezioro Mývatn, jedziemy do miasta Akureyri. Czego brakuje?

Wodospadu Bogów 😀 Goðafoss nie bez powodu nosi taką nazwę, wierzcie mi. Stając u jego stóp nie da się nie odczuć pokory wobec ogromu tego zjawiska, wobec wyższości natury.

Próbuję zbudować napięcie, podobnie jak we mnie ono narastało, gdy się zbliżałam do tego ogromu. Czujecie trochę ten dreszczyk, hm?

Już się pewnie przyzwyczailiście do tej wypowiedzi, ale zdjęcia naprawdę nie oddają tego, co się przeżywa w obliczu takiej potęgi ❤ „Zrób to sam” jest najlepszą radą, jakiej mogę Wam udzielić 😉

Po drodze do Akureyri widoki wciąż zachwycały, ale to również nic nowego na Islandii 😀

A miasto? Tam umówiona byłam z przemiłą Polką, która na stałe osiedliła się na wyspie. Poświęciła swój cenny czas, żeby nas trochę oprowadzić i przyznam, że to spotkanie było dla mnie naprawdę przyjemną odskocznią 🙂

Z czego najbardziej znane jest Akureyri? Ze świateł drogowych w kształcie serduszek 😀 Głupie? Urocze! Ponadto Marta wskazała nam budkę z hot dogami, prowadzoną przez Polaków, gdzie dostałam nawet porcję wege ❤

Tutaj również Polaków niemało, bo jednak jest to, po Reykjaviku, najbardziej znane miasto na Islandii. A jak ja je odebrałam? Sympatycznie 🙂 Zupełnie inaczej niż w stolicy. Portowe, spokojne miasteczko, pięknie otoczone naturą, więc z możliwością szybkich wypadów chociażby górskich. Brzmi jak coś dla mnie!

Gdzie wybrać się dalej? Prosta sprawa. Południowy zachód wyspy zwiedzony dokładnie, samo południe również, wschód dość mocno ścięliśmy, a teraz byliśmy na północy, ale! Więcej północy, proszę! Bardzo chciałam poczuć klimat Oceanu Arktycznego. Morze Grenlandzkie, będące jego częścią, rozpościera się po horyzont, gdy zboczymy z jedynki i ruszymy dalej na północne fiordy. Taki był kolejny cel. Warto? No ba! Tego dnia przemierzyliśmy jeszcze sporo kilometrów trasy, przejeżdżając przez miasteczka Dalvík, Ólafsfjörður i Siglufjörður.

Miejscowości rybackie, spokojne i ciche. Nieomal puste. Tutaj już raczej nie docierają turyści. Chyba, że na statkach wycieczkowych. I ich strata!

Naprawdę ciężko mi wybrać tak mało zdjęć, żeby Was nie zasypać. Zachód słońca nad Morzem Grenlandzkim? Niezwykłe przeżycie!

Nocleg? Standardowo w campie, ja osobiście w namiocie, a towarzysze, również standardowo, w samochodzie. Szczerze powiedziawszy ceniłam sobie te samotne noce, bo nie jestem przyzwyczajona do przebywania wśród ludzi tyle godzin na dobę 😀 Ale fakt, że wiązało się to z niedogodnościami. Tylko czy niedogodności kiedykolwiek mnie zatrzymały? Zatem noc w Hofsós Camping Ground 🙂

Kolejny dzień to już prawie finał! Mianowicie czwartek, a w sobotę lot powrotny. Wytrzymacie ze mną jeszcze chwilę? 😉

Następnego ranka przejechaliśmy przez urokliwe miasteczko Sauðárkrókur w drodze do skansenu Byggðasafn Skagfirðinga (inaczej zwanego Glaumbær Farm & Museum), który był co prawda jeszcze zamknięty, ale zasadniczo i tak chcieliśmy zobaczyć go od zewnątrz. Czemu? Zobaczcie sami 🙂

Dwa powyższe zdjęcia? Budyneczek w Sauðárkrókur, pomalowany w atrakcje Islandii. Konie, maskonury, ryby. Śliczna grafika ❤ A drugie? W sąsiedztwie skansenu znajduje się kościółek z przynależącym do niego cmentarzem. A tam ciekawostka – na wielu nagrobkach maleńkie figurki ptaszków. Nie mam pojęcia, skąd taki zwyczaj, ale wyglądało to naprawdę uroczo. Szczerze przyznam, że więcej czasu spędziłam na spacerze po cmentarzu niż na przyglądanie się budynkom skansenu 😀

Jeśli chodzi o dalszy plan na ten dzień, trochę improwizowaliśmy. Ostatecznie postanowiliśmy ściąć w większości zachodnie fiordy, bo prawda jest taka, że żeby naprawdę je zwiedzić i poświęcić im dostatecznie dużo uwagi, trzeba by przeznaczyć na nie co najmniej tydzień. Ale naprawdę chciałam zobaczyć co najmniej jedno z trzech: foki, maskonury albo liski polarne ❤ Trzeba było zahaczyć fiordy, no bez dwóch zdań! Padło na półwysep Snæfellsnes, prezentujący piękny przekrój zróżnicowania krajobrazu Islandii 🙂 A po drodze…

Wspomnę jeszcze o jednym fajnym przypadku 🙂 Z daleka zobaczyliśmy buchającą z ziemi parę, więc postanowiliśmy zajrzeć sprawdzić, czy to kolejne gorące źródełka. A i owszem, ale jeszcze w przygotowaniu 😀 Otóż wydobywająca się z ziemi woda miała temperaturę zdecydowanie zbyt wysoką, by jej dotknąć, za to napotkaliśmy pracownika, budującego dla prywatnego właściciela basen i przebieralnię. Wyjaśnił nam, że przed zbiornikiem woda będzie mieszana z zimną i dopiero wtedy możliwa będzie relaksująca, ciepła kąpiel. A z takim widoczkiem? Czuję, że na tym można zbić fortunę 😀 Albo przynajmniej zorganizować sobie romantyczne gniazdko 😉

Tym sposobem zbliżamy się już do portowego miasteczka Grundarfjörður pod niezwykle znaną górą Kirkjufell, a co za tym idzie zajechaliśmy już naprawdę blisko końca naszego „cypelka” półwyspu.

Jak myślicie, co idzie za za tą bliskością końca „cypelka”? 😀 Bliskość Oceanu Atlantyckiego ❤ Niezmiennie imponujący „przestwór oceanu”! I moment, w którym należało znaleźć upragnione stworzonka, nim stracimy naszą szansę.

Nie macie pojęcia, jakie emocje mi towarzyszyły, gdy wyczułam taką szansę. Bardzo nie chciałam się zawieść, więc ekscytację strofowałam co chwilę chłodnym sceptycyzmem. Bo oto zbliżaliśmy się do plaży Ytri Tunga. Chcecie wiedzieć, z czego ona słynie? 😉

Foki!!! Nie żebym brzmiała jak zdarta płyta, ale zdjęcia nie oddają bliskości tych uroczych ssaków 😉

Chciałabym zapewnić Wam lepsze fotki, naprawdę, może kiedyś mi się uda uzbierać na aparat, który da radę z zoomem, ale w telefonie, którym robiłam zdjęcia na Islandii, nie da się robić nawet minimalnych przybliżeń ;( Musicie mi uwierzyć, że foki były blisko, było ich sporo, były nieprawdopodobnie urocze i pozwoliły mi na chwilę oderwać się od rzeczywistości ❤

A, plaża Ytri Tunga słynie również z jasnego piasku, tak rzadko spotykanego na Islandii. I czego jak czego, ale muszelek jako pamiątek nie planowałam przywozić z tego wyjazdu, a tu proszę 😀

Nocleg? Na żywioł. Zatrzymaliśmy się na parkingu określonym mianem „Rest stop” koło Haffjarðará, pilnując odległości od pobliskiego gospodarstwa, i tam już zostaliśmy. Zasady dotyczące obozowania na Islandii nie są idealnie doprecyzowane, więc nie było pewności, na ile możemy tam być. Towarzysze w aucie, to raczej bez problemów, ja namiot rozbiłam za niewielkim wzniesieniem i miałam pełną świadomość, jak dobrze widoczna jestem z drogi. Bardziej jednak niż to dodawała noclegowi emocji ciekawość, czy przechadzające się w pobliżu owce nie zainteresują się moją osobą, co chętnie bym przyjęła 😀

Nic takiego jednak się nie stało, więc po (jak zwykle nieprzespanej, bo przecież cały czas jasno, a mój sen i bez tego nigdy nie jest najlepszej jakości) nocy nastał czas na dalszą podróż. Dla mnie priorytetem była kąpiel. Na dużo niewygody się godzę podczas podróży, ale jak tylko się da, to staram się codziennie zmoczyć: w rzece, jeziorze, umywalce, pod prysznicem, pod wodą z baniaka. Cokolwiek 😉

Było jednakowoż naprawdę chłodno. A po nocy w namiocie? Po prostu zimno. Zaczęłam więc szukać na mapie gorących źródeł. Znalazłam? No ba, kto jak nie ja! I to rzut beretem!

Landbrotalaug Hot Springs nie są raczej wybitnie znanym turystycznie miejscem, ale naprawdę ciekawym, zobaczcie sami.

Ciekawie? 😉 Ten „kran” naprawdę mnie zaskoczył, piękna rzecz! Po posiedzeniu w płytkich bajorkach opłukaliśmy się z błota pod nieszczelnością tej fascynującej instalacji, tryskającą niczym prysznic od boku 😀

Piątek, dzień przed wylotem. Głównej atrakcji planowanej na ten dzień jeszcze Wam nie zdradzę, chociaż niektórzy zapewne się już domyślają 😉 Ale zanim, wymyśliłam nam nieduży trekking, śliczna trasa widokowa w niewielkim oddaleniu od Reykjaviku, mianowicie Glymur foss. Co mogło pójść nie tak? Kluczem tu jest słowo „wymyśliłam”, ponieważ był to względnie spontaniczny pomysł, a co za tym idzie, niepoparty sensownym researchem. To nie jest tak, że wpadłam na to tak całkiem z czapy, jak na gorące źródła rano. Miałam w mapach zapisane kilka nadliczbowych atrakcji w razie sytuacji improwizacji przy zmianach. Trasa była zapisana. Kółeczko niecałe 8km, różnica wysokości koło 400m – no betka, nie? Glymur Waterfall Trail. Kto by pomyślał, że szlak prowadzący przez rzekę nie uwzględnia mostów?

Nie, nie chodzi mi o powyższą kładkę 😀 I w zasadzie na pytanie „kto by pomyślał” powinnam odpowiedzieć: „ktoś, kto robił już trekking na Islandii i przechodził przez rzeki”. Czyli? Eh, Ewa, Ewa. Założyłam, że mała i znana trasa oznacza brak takich trudności, więc buty do wody zostały w aucie. Dobrze, że miałam chociaż kijki 😀 Przyznam, że miałam pewne poczucie winy za ten brak pomyślunku, więc postanowiłam przejść pierwsza i sprawdzić drogę dla moich towarzyszy. Lodowata woda to pestka w porównaniu z kłującymi kamyczkami, po których stąpałam. Zobaczyłam kusząco duże, piękne głazy, ale wyczułam podstęp i jedynie delikatnie dotknęłam ich stopą. Aha! Śliskie jak szklanka na jezdni zimą w naszej kochanej ojczyźnie! No, skracając – przeszłam i było ciekawie 😀 Warto? Ba 😉

Zapierające dech w piersiach. Rany, w życiu moim całym nie pomyślałam tak tyle razy, co przez te dwa tygodnie na Islandii 😀 No, dobra, przesadzam, bo góry zawsze budziły mój zachwyt, a spędziłam na wędrówkach ogromną część życia, ale jednak ta Islandia… Czyste piękno ❤

Uwaga, czas na Wielki Finał!

Werble!

WULKAN!!!

Na tę trasę wybraliśmy się nocą, żeby było jak najciemniej i efekt robił największe wrażenie 🙂 Po odpoczynku u Zbycha rozdzieliliśmy się na dwie grupy – ja i Zbyszek wybraliśmy się sami na dłuższą, ale bardziej widokową drogę, a reszta ekipy pojechała w inny punkt, bo ścieżek było wytyczonych kilka. Tak liczyłam na tę erupcję, lecąc na Islandię, że nic nie było w stanie zaburzyć mojej radości z możliwości doświadczenia, które się przede mną rysowało. Wiem, że czekacie na zdjęcia, więc zaraz będę jeszcze trochę ględzić, a na razie pierwsza dawka fotek 🙂

Robi wrażenie! A zdjęcia? Tak, tak, nie mogą oddać rzeczywistości 😀 Nie macie pojęcia (chyba, że ktoś z Was tego doświadczył, to zwracam honor), jakie to uczucie, gdy obserwuje się wnętrze ziemi wylewające się przed Wami rzeką lawy i buchające w górę płomieniami. Nie ma znaczenia wiatr, chłód ani smród. Nic nie ma znaczenia. Ten żywioł pochłania i hipnotyzuje. A à propos rzeki – nie miałam pojęcia, że lawa płynie tak wartkim strumieniem! Spodziewałam się powolnej masy, przetaczającej się niszczycielską siłą, a zastałam nurt solidnej rzeki. Co jeszcze? Ściany krateru obsuwały się niekiedy od kolejnych uderzeń buchającego ognia przy głośnych zachwytach zebranej publiczności, a tworzone tryskającą w niebo lawą obrazy mogły do złudzenia przypominać wiele kształtów, niczym chmury na niebie.

Ciemność? Tak, na Islandii latem nie ma nocy, ale chmury dymu zasłoniły niebo i efekty były naprawdę zdumiewające ❤ A, na zdjęciach obserwować możecie wulkan Fagradalsfjall, szczyt Litli-Hrutur. Tak jakby Was to ciekawiło 😉

No dobra, pozachwycałam się 😀 Tej nocy jeszcze zajrzeliśmy po drodze na zamkniętą o tej porze Blue Lagoon.

Następny ranek przyniósł doznania jak na kacu przez czas spędzony w oparach siarki. No takie są efekty, ale totalnie nie żałuję 😀 Dlatego małe dzieci nie są wpuszczane w pobliżu wulkanu. No i generalnie się zaleca maski. Ale komu straszny kac dla takich przeżyć? 😉

Ostatniego dnia zajrzeliśmy jeszcze do sklepu – rupieciarni Góði hirðirinn, gdzie można zdobyć naprawdę fajne skarby w niskich cenach 😉 Szybki spacer po centrum Reykjaviku i na lotnisko – koniec przygody!

I jak odbieracie Islandię? Mam nadzieję, że Was zachęciłam, o ile kogokolwiek trzeba przekonywać do wyjątkowości tego kraju 😉 Ja z pewnością tam wrócę!

Mam Wam jeszcze coś do powiedzenia, ale nie tyczy się to tylko Islandii, więc pogadamy w osobnym wpisie 🙂 Tymczasem już Was nie męczę, załączam zaktualizowaną mapkę i mam nadzieję w niedługim czasie przygotować dla Was filmik na media społecznościowe, więc trzymajcie kciuki 🙂 Dajcie znać, jakie wrażenie zrobiła na Was moja islandzka przygoda!

P.S. Przypominam, że na mapce żółte punkty to trekkingi, a niebieskie to miejsca niewymagające większej wędrówki 😉 Dodałam też zarys głównej drogi wyspy, jedynki, dla odniesienia. Naszą trasę spróbuję odwzorować na wspomnianym filmiku, na razie musicie się obejść punktami 😉