
Jak lecieć za ocean, to od razu z przytupem! Nie byłam nigdy jeszcze w żadnej Ameryce, nie mówiąc już o Południowej. Jak wybrałam Boliwię, co tam się działo, jakie nauki i wspomnienia? Niebawem się dowiecie 😉
- To see
- Tips & tricks
- Ceny 2024
- Whole Story
- Początki, czyli jak do tego doszło
- Day 0 | czyli podróż i Madryt
- Day 1 | czyli Santa Cruz i Samaipata
- Day 2 | czyli AFASI i La Paz
- Day 3 | czyli Chacaltaya
- Day 4 | czyli Uyuni i Tupiza
- Day 5 | czyli 1. dzień z La Torre Tours | El Sillar, Nazarenito, Ciudad del Encanto, San Pablo de Lípez, San Antonio de Lípez, Quetena
- Day 6 | czyli 2. dzień z La Torre Tours | Laguna Colorada, “Sol de Mañana” Geysers, Desierto de Dalí, Laguna Verde, hot springs, Villamar (Huayllajara)
- Day 7 | czyli 3. dzień z La Torre Tours | Italia Perdida, Laguna Turquiri/Negra, Cañón de la Anaconda, Salar de Uyuni, Villa Candelaria
- Day 8 | czyli 4. dzień z La Torre Tours | Isla Incahuasi, Salar de Uyuni, Colchani, Cementerio de Trenes, Uyuni
- Day 9 | czyli Salar de Uyuni one more time
- Day 10 | czyli długa droga z Boliwii do Peru
- Day 11 | czyli Rainbow Mountain (Vinikunka) i Ollantaytambo
- Day 12 | czyli Machu Picchu
- Day Final | czyli powrót do Polski
- Pierwsze razy
To see
Boliwia
- Park Narodowy Amboró

- Samaipata

- Santa Cruz

- Fundacja AFASI
https://www.afasi.org/en

- La Paz

- Muela del Diablo

- Chacaltaya

- Salar de Uyuni
- solna pustynia i zabawy z perspektywą
- Incahuasi Island
- podmokły fragment i perfekcyjne odbicia
- rzeźby solne




- El Sillar

- Ruiny kopalni San Antonio de Lípez

- Laguna Colorada

- Gejzery Sol de Mañana

- Salar de Chaiviri

- Desierto de Dalí

- Laguna Verde

- Italia Perdida

- Laguna Negra

- Cañón de la Anaconda

- Cementerio de Trenes w Uyuni

- Uturuncu (nieodwiedzone)

- Titicaca Lake (nieodwiedzone)

Peru
- Cusco

- Rainbow Mountain (Vinikunka)

- Ollantaytambo

- Machu Picchu

Tips & tricks
- Pamiętajcie o szczepieniach. Najlogiczniejszą ścieżką jest umówienie się do lekarza medycyny podróży, który omówi z Wami szczepienia mocno zalecane, wskazane i wszelakie, jakie mogłyby się przydać. Nie wiem, czy wiecie, ale na malarię np. szczepień nie ma, za to taki lekarz może Wam przepisać tabletki profilaktyczne. Zgłoście się z tematem kilka miesięcy przed podróżą, bo niektóre szczepienia muszą być przyjęte miesiąc – dwa przed wycieczką, a może być konieczna więcej niż jedna dawka. Po co się potem stresować? Z moich doświadczeń w Medicover preparaty zapewniali oni i im płaciło się pełną stawkę, w Salve dostałam receptę i musiałam zrobić rundkę po aptekach, by wrócić na podanie leków. Obie opcje mają swoje plusy i minusy. Pamiętajcie też sprawdzić obowiązkowe szczepienia, jak na żółtą febrę. Możecie sobie sami sprawdzić zalecenia i regulacje na https://medycynatropikalna.pl/kraj/boliwia/, żeby też wiedzieć, o co zapytać lekarza (przezorny zawsze ubezpieczony!).
- W kwestii noclegów, ja osobiście korzystałam z opcji Couchsurfing i Booking. Aplikacja Booking działa jak najbardziej, także tutaj nie ma problemów. Co do Couchsurfingu – jest to platforma, gdzie podróżnicy zapewniają sobie nawzajem tzw. spanie na kanapie (warunki mogą być różne). Zarówno w Boliwii, jak i w Peru, były takie osoby. Pamiętajcie jednak poczytać o nich opinie, zapoznać się z warunkami noclegowymi i wcześniej się do gospodarzy odezwać. Czasem warto skorzystać z tej platformy nie tyle do samych noclegów, co do zdobycia wskazówek od lokalsów, czy umówić się z nimi na spacer z oprowadzaniem.
- Co do Bolivianosów, waluty lokalnej, raczej nie zdobędziecie ich w Polsce, ale możecie nabyć je na miejscu za dolary. Tylko sprawa jest dość wrażliwa. Ponoć na ulicy możecie dostać dwa razy lepszy kurs niż w kantorach, ale przez to zdarzają się kontrole i można pójść za to do więzienia. Żeby zaś upewnić się, że macie legalną gotówkę, zwróćcie uwagę na stempelek kantoru na każdym banknocie. Wiedzcie też, że zamiana USD na BOB nie jest problemem, ale z powrotem już tak. Więc nie wymieniajcie kasy z za dużym zapasem, bo nikt Wam jej nie wymieni z powrotem. Jakiś zapas jednak mieć trzeba, bo w Boliwii płatność kartą jest bardzo mało popularna, a często wręcz niemożliwa. Być może jednak w sklepach dałoby radę zapłacić USD, tylko nie wiem, jaki kurs Wam sprzedawcy zaoferują.
- Choroba wysokościowa. Wiele miejsc w Boliwii i Peru znajduje się na wysokościach powyżej 4, a nawet 5 tys. m n.p.m., więc zdecydowanie można się spodziewać wysokościówki. Można oczywiście wykupić leki na receptę już w Polsce, ale muszę przyznać, że kosztują krocie. Ponadto używa się ich raczej jako ratunku. Nie mówię, żebyście o tym również nie pomyśleli, bo to Wasze zdrowie i życie, a choroba wysokościowa jest niebezpieczna. Kluczowa sprawa – pamiętajcie o aklimatyzacji! Jeśli poważne objawy dopadną Was podczas wspinaczki – zawróćcie. Ale co mogę Wam podpowiedzieć, to lokalny specyfik – sorojchi pills. Skład tabletek nie jest mocno skomplikowany, zawierają głównie aspirynę, kofeinę i salofen. Chodzi o łagodzenie bólu, nudności, rozrzedzenie krwi i przyspieszenie jej przepływu, żeby lepiej rozprowadzać tlen. Przynajmniej taka jest moja interpretacja. Mnie specyfik ten został polecony przez innego podróżnika, można je sobie bezpiecznie przyjmować każdego dnia na wysokościach, żeby łagodzić objawy. Nie jest to oczywiście recepta na brak problemów, więc ponownie zaznaczam, żebyście nie ignorowali symptomów. Niemniej zakupić to sobie i profilaktycznie przyjmować nie zaszkodzi 🙂
- W różnych krajach poza Europą mówi się o „innych bakteriach” niż u nas. Nie spotkałam się jednak dotąd z czymś tak drastycznym, jak w Boliwii. Generalnie nie pijcie wody z kranu, oczywiście. Możecie na wypadek sytuacji podbramkowej mieć ze sobą tabletki uzdatniające wodę, ale najlepiej poić się jedynie butelkowaną wodą, upewniwszy się, że korek był wcześniej zakręcony i zapieczętowany. Ale to, o czym na pewno musicie pamiętać to fakt, że Wasze rany i ranki mogą się zupełnie nie goić, jeśli będą narażone na kontakt z tamtejszą wodą. Ja pojechałam z zarysowaniem na nodze, które paprało się przez cały wyjazd, mimo częstego odkażania. Poznana w drodze dziewczyna dostała od UNICEFu zalecenie po zastrzyku, żeby 2-3 dni się nie myć, bo nawet rana po ukłuciu może się zaognić. Miejcie to więc w głowie. Zadraśnięcie i macie dużo mniej punktów życia podczas takiej podróży 😀 Uważajcie też na swoje oczka, bo moje bardzo źle zniosły te bakterie.
- W Boliwii nie dogadacie się po angielsku. Nie i już. Ja po hiszpańsku nie umiem, więc miałam spory problem, a aż taka skala nieznajomości angielskiego mnie zaskoczyła. Więc Was ostrzegam, żebyście Wy nie byli zaskoczeni.
- Przekroczenie granicy Boliwia/Peru jest dość ciekawym procesem, nie możecie przewozić na przykład owoców. Nie pytajcie mnie, czemu. Ale poza standardową kontrolą nie ma się czego obawiać, najwyżej zabiorą Wam trochę jedzenia 😀 Niemniej może poczytajcie sobie o tym wcześniej, co można, a czego nie.
- Generalnie przy wjeździe do Boliwii (a właściwie już przy wejściu na pokład samolotu) trzeba było wypełnić specjalny formularz, więc polecam zorientować się w tym szybciej niż ja, bo ja wypełniałam go stojąc w kolejce na pokład, na szybko w telefonie. Bez tego nie wejdziecie. Nazywało się to Declaración Jurada. Możecie dopytać na lotnisku bądź poszukać sami czy też skontaktować się z ambasadą po wskazówki.
- Jeśli przyjmujecie jakieś poważniejsze leki lepiej również skontaktować się z Głównym Inspektoratem Farmaceutycznym (
inspektorat@sanepid.gov.pl), bo może istnieć konieczność potwierdzenia konieczności ich przyjmowania. Ja co prawda swoje tabsy ze sobą miałam i nikt się nie przyczepił, ale lepiej w razie czego takowe uzasadnienie ze sobą mieć. - Jeśli planujecie odwiedzić Machu Picchu, zarezerwujcie sobie bilety ze sporym wyprzedzeniem. I zwróćcie uwagę na wybór trasy. Korzystając z usług biur, które organizują takie wycieczki, również spójrzcie uważnie, który Circuito jest wliczony w cenę, bo możecie nie zobaczyć tego, na czym najbardziej Wam zależy:
https://www.machupicchu.gob.pe/circuits-and-routes/?lang=en - W Boliwii popularnym środkiem transportu są busy. Często macie opcję wykupienia miejsca w tzw. cama bus, czyli takim do spania. Jeśli jednak chcecie czuć się komfortowo, musicie być gotowi na to, że może być w nich zarówno okrutnie gorąco, jak i piekielnie zimno. Nie oddawajcie całego bagażu do luku, weźcie ze sobą sporo warstw, żeby nie zamarznąć. Szczególnie nocą.
- Pamiętajcie, że na wysokościach, na których położone jest sporo miejsc w tych krajach, noce są naprawdę zimne. Nie chłodne – zimne. Nawet latem. Temperatura zazwyczaj spada spokojnie poniżej zera. Bądźcie gotowi na mroźne noce!
- Co warto mieć ze sobą w samolocie? Z nietypowych rzeczy – mnie lekarz medycyny podróży polecił skarpetki uciskowe, by kontrolować krążenie podczas 12-godzinnego lotu. Osobiście nie czułam się w nich dobrze, ale możecie spróbować sami, bo generalnie brzmią jak dobry pomysł. I pamiętajcie dużo wstawać podczas lotu. Z ciekawostek, na moim locie również przydałyby się słuchawki na mini jacka, bo wtedy można skorzystać z telewizorków wbudowanych w oparcia siedzeń przed Wami, na których znajdziecie np. jakieś filmy. Słuchawki można za opłatą również wypożyczyć. Jednak jeśli nie chcecie płacić, to warto mieć je ze sobą. Mało kto ma jeszcze przy sobie słuchawki z takim wejściem.
- Podczas lotów wewnętrznych nieco stresowałam się restrykcjami względem wielkości bagażu podręcznego. Aż zobaczyłam lokalsów z kilkoma wielgachnymi torbami na ramionach i głowach 😀 Więc, przynajmniej w 2024, absolutnie nie było się czym przejmować, nasze plecaczki nie mogą się temu równać!
- Mój pobyt nie był obfity w komary, ale miałam ze sobą przeciwkomarową świeczkę w puszce, bo to naprawdę fajny, lekki, nieduży i przyjemny sposób. Szkło się nie stłucze, bo to puszka, a zapach może zarówno umilić wieczór, jak i odstraszyć natrętne owady. No, jeszcze do tego udrożnić drogi oddechowe. Więc nie zaszkodzi! Pro tip 😉 Przykładowa świeczka: https://yush.pl/sklep/mosquito-swieca-sojowa-na-komary-w-puszce-traveler/
- W Boliwii bardzo popularną formą oporu przeciwko władzy są blokady drogowe. I są NAPRAWDĘ CZĘSTE. Spodziewajcie się na nie trafić. Może to pokrzyżować Wasze plany, miejcie backup plans i miejcie luz. Nie mamy na wszystko wpływu, a po co tracić nerwy. Po prostu spodziewajcie się niespodziewanego 😀 Jeśli któregoś dnia nie będziecie w stanie opuścić miejscowości, w której się znajdujecie – reagujcie szybko. Piszcie do organizatorów Waszych atrakcji, na które nie zdążycie, oni są świadomi sytuacji i spróbują Wam pomóc: przełożyć termin bądź zwrócić pieniądze. Będzie dobrze 🙂
Ceny 2024
ORIENTACYJNE ceny atrakcji, noclegów, komunikacji itp. za 1 os.
- Loty Warszawa > Madryt > Santa Cruz i Lima > Madryt > Warszawa z bagażem podręcznym : ~5400 PLN
- Wewnętrzne loty Boliwia i Peru z bagażem podręcznym : 200 – 450 PLN za lot (ja odbyłam 3; Santa Cruz > La Paz : ~200 PLN, La Paz > Uyuni : ~450 PLN, Cusco > Lima : ~340 PLN)
- Jednodniowa wycieczka z Samaipaty do Amboro National Park : ~370 PLN
- Wycieczka AFASI Foundation z przejazdem z Santa Cruz : 130 USD
- Trip 4-5 dni z Tupizy do Uyuni przez wiele atrakcji, łącznie z Salar de Uyuni, z La Torre Tours : ~1700 PLN
- Bus z La Paz (Boliwia) do Cusco (Peru) : ~160 PLN, bus z Uyuni do La Paz: ~80 PLN
- Noclegi w Boliwii i Peru : ~40-70 PLN/noc
- Wycieczka Machu Picchu + 1-day trek Inca Trail : ~1600 PLN
Whole Story
Początki, czyli jak do tego doszło
Standardowo pytanie początkowe – skąd pomysł na taki cel podróży, Ewa? Ano poza jednym z celów na rok 2024, o których już wiecie, czyli (pół)maratonem, chciałam jeszcze przebić swój rekord zdobytej wysokości, który poprzednio osiągnęłam w listopadzie 2023 (Spoko loko, lecę do Maroko), czyli 4 tys. Główny plan zakładał wspinaczkę powyżej 5 tys. m n.p.m., ale czemu nie mierzyć ponad to? 😉 Od jakiegoś czasu więc przeszukiwałam już sieć pod kątem najłatwiejszych sześciotysięczników. Wpadło mi w oko Uturuncu – wulkan w Boliwii, mierzący sobie 6008 metrów wysokości nad poziomem morza. Zabrzmiało perfekcyjnie, a kolejnym targetem roku 2024 był pierwszy w życiu wyjazd do Azji lub Ameryki, więc dwie pieczenie na jednym ogniu! 🙂 Co z tych planów wyszło, to już zupełnie inna sprawa, którą poznacie w dalszej części historii, ale nadmienię Wam kilka ciekawostek związanych z organizacją tejże ekscytującej wyprawy.
Układając plan ramowy miałam w sumie tylko jedną stałą – Uturuncu. Nie okazało się to wcale najprostsze, gdyż wejście solo było niemożliwe. Odszukałam jednak parę fajnych wycieczek kilkudniowych na południe od Tupizy czy Uyuni, które poza lagunami, widokami i solną pustynią (must have!) miały również w rozpisce wejście na mój docelowy szczyt. Biorąc pod uwagę wysokość drogi w pobliżu startu, która miała wynosić ok. 5300 m n.p.m., plan zdawał się nie tylko wykonalny, ale wręcz doskonały.
Zakładana długość całego wypadu? 2 tygodnie. Tylko. Wiedziałam więc, że musi być intensywnie. No i zdecydowałam się na jeszcze jedno drobne szaleństwo. Być tak blisko Peru i cudu Machu Picchu i nie skorzystać? Skupiłam się więc na planie uwzględniającym doświadczenie tegoż miejsca. Oznaczało to jeszcze bardziej napięty grafik.
Organizując wyjazd, zajrzałam jak zwykle na stronę Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Jaka informacja tam do mnie krzyczała? „Ministerstwo Spraw Zagranicznych odradza podróże, które nie są konieczne na całe terytorium Boliwii, ze szczególnym uwzględnieniem Santa Cruz de la Sierra, La Paz (…)”. Hmmmm… Lądowałam w Santa Cruz. Kolejnym celem było La Paz. Idealnie? 😀
Czy miałam jakieś lęki? Oj, na pewno. To była wielka wyprawa. A w końcu w 2023 roku w ogóle pierwszy raz sama leciałam samolotem, więc przeskok ogromny. A poza całkiem normalnym stresem podróżniczym, ekscytacją odwiedzenia nowego kontynentu i spaniem u obcych ludzi? Była jedna sprawa, która nie dawała mi spokoju. Mianowicie od czasu maratonu coraz bardziej bolała mnie lewa noga. Zaczęło się nad kolanem, potem przeniosło na pod kolanem i niedługo później ciągnął mnie już cały bok nogi. W akcie desperacji wybrałam się nawet na pierwsze w swoim życiu tzw. suche igłowanie (miało się tego później pojawić więcej w moim życiu, ale wtedy jeszcze o tym nie wiedziałam). Czy coś to zmieniło? Otóż nie. Domyślacie się zatem, że miałam cały czas z tyłu głowy obawę, że bardzo utrudni mi to podróż. Ajajaj.
Co tam jeszcze z istotnych aspektów planowania?
Trzeba było ogarnąć szczepienia przed podróżą, co zajęło sporo czasu i pochłonęło niemało finansów. Ważne jednak, że się zabezpieczyłam. Dostałam też receptę na leki na malarię, profilaktycznie 🙂 Transporty, bo poza lotami do Boliwii (oczywiście nie było opcji bezpośredniej) i z powrotem, również do ustalenia były loty wewnętrzne i busy. Szykowało mi się sporo przemieszczania. Do tego kwestia noclegów, z których część załatwiłam sobie standardowo przez Booking, ale poza tym skorzystałam również z opcji Couchsurfingu. Odczuwałam pewien niepokój z tym związany, ale jak lepiej poznać kraj niż mieszkając u jego obywateli i dzieląc z nimi czas? 😉 Nie wiedziałam tylko jeszcze, jaką barierę będzie stanowił język…
Day 0
| czyli podróż i Madryt
Przyznam Wam się, że próbując spakować się w plecaczek, spełniający kryteria bagażu podręcznego, miałam swoje chwile zwątpienia. Pierwszy raz w życiu leciałam za ocean, miałam znaleźć się w Ameryce Południowej, a do tego miałam pełną świadomość, jak zróżnicowane będą temperatury oraz warunki, bo jednak miałam momentami znajdować się na NAPRAWDĘ znacznych wysokościach. Kilka razy wyrzucałam z powrotem na podłogę wszystko, co spakowałam, i modyfikowałam zawartość bagażu. Zaczęłam się pakować wieczorem, po urodzinowym spotkaniu u mojej siostry. I w zasadzie pakowałam się do nocy 😀 Po 3 był przewidywany start trasy moją srebrną strzałą do Warszawy, skąd miałam pierwszy lot. Próbowałam się położyć na jakieś 2h do spania, ale zaczęła chyba działać adrenalina, załączyły się nerwy i w rezultacie nie udało mi się w ogóle zapaść nawet w niespokojną drzemkę. Świetny start, prawda? 😀

Drogi puste, noc spokojna, śmignęłam seico niczym… no faktycznie strzała 😀 4:40 siedziałam w busiku z parkingu na lotnisko, a o 5:50 startował mój samolot do Madrytu, gdzie lądowałam w okolicach 9:30. Tam zaś miałam realnie cały dzień. CAŁY, samolot do Santa Cruz w Boliwii startował przed północą. Nie był to mój pierwszy raz w Hiszpanii, ale był to mój pierwszy raz w Madrycie. Chciałam wykorzystać ten czas na delikatne zwiedzanie bez presji. I, biorąc pod uwagę panujący tam wtedy ukrop, dobrze zrobiłam, że się nie napinałam 😀 Pewnie wiecie, chociaż może nie wszyscy, że bardzo źle znoszę wysokie temperatury. Powyżej 30 stopni? Katorga!
W pierwszej kolejności w Madrycie ruszyłam do kantoru, ale zaraz później… Na śniadanie ❤ Po posileniu się przede wszystkim wybrałam się na niespieszny spacer. Głównie zdecydowana byłam na zwiedzanie spontaniczne, w zasadzie bez planu, obserwując tętniące życiem miasto. Jednym z niewielu punktów zaczepienia, które zaznaczyłam sobie na mapie, był Plaza Mayor, na którym zaskoczyły mnie wielkie, poruszające się maskotki, napędzane mechanicznie. Podsłuchałam debatę na temat tego, czy kierowane były jakimś systemem AI i skłonna jestem przychylić się do tej teorii, ale nie sprawdzałam, więc się nie wymądrzam. Z pewnością było to dla mnie ciekawe. Na tym samym placu zgubiłam też pilota do selfie sticka, bez którego był bezużyteczny, więc do planu dnia dopisałam zakup kolejnego (tego dnia rozpoczęła się moja wielka zła passa gubienia tych gadżetów :D). Parę madryckich fotek dla Was 🙂











Jedynym punktem MUST HAVE na mojej mapie Madrytu była Katedra La Almudena. Czemu? Z zewnątrz budynek na pewno jest ładny, ale widziałam już w życiu wiele ładnych budynków. Z krótkiego researchu wiedziałam jednak, że świątynia jest bardzo kontrowersyjna ze względu na mieszankę stylów, a do tego wpadły mi w oko witraże, zdobiące jej wnętrze. Koniecznie chciałam odwiedzić to cudo 🙂









Jasne, każdy ma swoje wyczucie estetyki i każdemu podoba się co innego, ale nie powiecie mi, że to nie robi na Was wrażenia ❤ Osobiście byłam naprawdę zachwycona. Po wyjściu z tego urokliwego miejsca zdecydowałam, że muszę chwilę odpocząć i schroniłam się w cieniu na schodach za katedrą, z widokiem na Pałac Królewski. Nie zamierzałam tegoż obiektu zwiedzać, bo jednak większość dnia planowałam spędzić na powietrzu i unikałam turystycznych miejsc pełnych tłumów, ale z chęcią spędziłam trochę czasu z takim widoczkiem. Ponadto przed tym obiektem odbywały się różne pokazy. Czy to muzyczne, czy waleczne. Choć ludzi było sporo, to jednak znalazłam sobie kawałek schodka, coby przycupnąć i odetchnąć 🙂 Nieopodal jest też taras widokowy, który mogę zdecydowanie polecić, ładna panorama, zero pieniążków, takie atrakcje to ja lubię 😀 A potem spacerkiem ruszyłam dookoła i zobaczyłam sobie Pałac Królewski również od drugiej strony, razem z jego założeniami parkowymi ❤





Po wykonaniu questa na zakup selfie sticka, swoje kroki skierowałam ku Świątyni Debod, którą to poleciła mi zobaczyć moja serdeczna przyjaciółka Marta (znana Wam z wpisu o Beskidzie, czyli Zielono mi… i spokojnie PART 2.), mijając dość znany pomnik Miguela de Cervantesa. W okolicach wspomnianej świątyni zaś położyłam się na trawie w cieniu drzew, chłonąc spokój, który niebawem miał się skończyć, bo plan na Boliwię był bardzo napięty. Przy okazji zasłyszałam okrzyki ochroniarzy, gdy ktoś zboczył z wyznaczonych miejsc na obszarze dookoła świątyni. W zasadzie osobiście chyba nie do końca bym wiedziała, gdzie chodzić można, a gdzie nie. Nie dotyczyło mnie to jednak, ponieważ, jak już wiemy, nie planowałam zwiedzania wnętrz 😉 Niedługo później pożegnałam się z ostatnią już panoramą Madrytu i ruszyłam w poszukiwaniu jedzonka!










Pozostały mi czas do powrotu na lotnisko postanowiłam spędzić w otoczeniu zieleni, zieleni i jeszcze raz zieleni. Jak pomyślałam, tak zrobiłam, więc niebawem znalazłam się w parku Retiro. Spodziewałam się wielu ludzi, ale wcale nie było tak źle i po krótkim spacerze znalazłam miejsce dla siebie. Zdecydowałam się potrzymać chwilę nogi w górze przed zbliżającym się 11-godzinnym lotem, więc miałam dość specyficzne wymagania, co do miejsca odpoczynku 😀






Na ostatnich dwóch zdjęciach są aspekty, które chcę poruszyć. 1. – tam, gdzie widzicie mój zmęczony pyszczek, możecie też zobaczyć dość dużą, podłużną ranę na jednym z moich ud, tuż nad kolanem (wbrew pozorom jest to noga lewa, ale aparaty mają swoje podejście :D). Otóż w noc przed wyjazdem, gdy się pakowałam, siedziałam sobie na podłodze, zszywając kieszeń w spodniach (idealny moment na takie naprawy, nie?), kiedy siedzący na mnie kocurek (mój ukochany Samwise Gamgee) wystraszył się jakiegoś głośnego dźwięku z dworu i nagle podskoczył, podczas któregoż to ruchu odbił się od mojej nogi. Generalnie taka rysa nie jest żadną nowością w moim życiu i nie miałam jeszcze żadnych podejrzeń, co tym razem stanie się dalej. O dalszej historii owej rany opowiem Wam już dalej, w sekcji boliwijskiej, ale ostrzeżenie zamieszczam od razu – lecąc do Boliwii nawet mała rana daje Wam znacznie większe punkty obrażeń, niż w jakiejkolwiek innej sytuacji. Ruszasz w podróż z przerwanym naskórkiem, krwawiącą rysą? Przemyśl, czy na pewno chcesz to zrobić…
A ostatnie z powyższych zdjęć? To była moja pierwsza styczność z tak wielkim samolotem ❤ Trzy rzędy po trzy siedzenia, z monitorkami. Mieliśmy tam filmy, gry, informacje o locie, widok, jak nam ów lot idzie i wiele innych. Z tego, co dla Was może być przydatne – żeby słyszeć dźwięk z tych urządzeń, trzeba by podłączyć się słuchawkami na mini jack, co jest technologią, z której większość z nas już nie korzysta. Można było oczywiście wypożyczyć taki zestaw słuchawek od linii lotniczych (nie pamiętam, za ile). Ale na przyszłość może warto ze sobą jedne takie mieć? Ja osobiście głównie korzystałam z pobranych offline filmów na telefonie (polecam bardzo przed podróżami pobrać sobie set takich programów, seriali, podcastów czy filmów, nawet, jeśli realnie planujecie tylko czytać książki w takich chwilach. Czasem Wasze znużenie może Was przerosnąć, a np. nie będziecie mogli zasnąć. I co wtedy?). Co do posiłków, raz podczas lotu serwowano obiad, również z opcją wege (DZIĘKI!), a napój można było sobie wybrać. W cenie, poza chłodnymi napojami, kawą, czy herbatą, można było nawet zdecydować się na winko lub piwko 🙂
Co do polecanych przez niektórych skarpet uciskowych na takie loty – ja osobiście spróbowałam tego wynalazku podczas lotu do Ameryki. Przy powrotnym zrezygnowałam. Różnicy nie widzę. Ale może komuś to pomaga, więc wspominam, że jest taka opcja 😉 Z fartem w ten pierwszy lot na taki dystans trafił mi się cały wolny rząd i mogłam się rozłożyć na wszystkich 3 siedzeniach. Co nie zmienia faktu, że ja nie umiem w spanie 😀 Jestem w tym beznadziejna i samolot nie jest opcją, nawet podczas 11-godzinnego lotu. No trudno! Spanie to przydatna umiejętność w podróżach, naprawdę. Mam nadzieję, że Wy nie macie takich problemów 😀
Startujemy, take off, do zobaczenia w Boliwii!
Day 1
| czyli Santa Cruz i Samaipata
Po lądowaniu miałam spotkać się już na lotnisku z niezastąpioną Paolą, wspaniałą dziewczyną, poznaną przez platformę CouchSurfing, u której co prawda nie miałam nocować, ale zadeklarowała się mi pomóc i spędzić ze mną trochę czasu 🙂 Ponadto umówiłam się z nią na wymianę waluty, bo akurat Pao potrzebowała dolarów, a kwestie takowej wymiany w Boliwii to dość ciekawa sprawa. Przy zapotrzebowaniu na lokalną walutę znajdzie się dużo chętnych na dolary, ale trzeba bardzo uważać na oszustów, a nawet w kantorach zwracać uwagę, czy banknoty są przez nie ostemplowane, bo zdarza się wiele wątpliwych sytuacji. Z ciekawostek zaś, kiedy chce się dokonać odwrotnej wymiany, to następuje odmowa, bo Boliwijczycy niezbyt chętnie pozbywają się dolarów, wręcz mówią wprost, że w ogóle ich nie ma (nawet jak dzień wcześniej im je daliście, a miejscowość jest mała i realnie nie mogły się zużyć :D).
Dobra, przepraszam za ten wybieg, małe „abstrahując”, ale może przydatne 😉
Wracamy do odbierającej mnie z lotniska Paoli, która wita mnie równie entuzjastycznie, co po hiszpańsku 😀 Ostrzegała mnie wcześniej, że do naszych rozmów używa translatora, ale okazało się, że faktyczny poziom jej znajomości angielskiego nie mógłby nawet przez największego optymistę zostać nazwany komunikatywnym. Niebawem miałam się zorientować, że jest to w Boliwii zasadą, a nie wyjątkiem. Ja zaś po hiszpańsku ani mru mru (jedyne, czego nauczyłam się przed wylotem, to „sin carne, por favor, yo soy vegetariana”) 😀 Trochę na migi, trochę z użyciem translatora, zaczęłyśmy sobie rozmawiać. Z miejsca pasażera w samochodzie mojej gospodyni obserwowałam pierwsze boliwijskie klimaty, choć godzina była absurdalnie wczesna, bo przed 5 rano. Niebawem dotarłyśmy do mieszkanka Paoli, gdzie ta cudowna istota umożliwiła mi wzięcie, tak potrzebnego mi wtedy, prysznica ❤ Problemem okazała się jednak moja nieumiejętność jego obsługi 😀 W wielu napotkanych przeze mnie prysznicach w Boliwii przełącznik temperatury wody znajdował się na dyszy, w tym przypadku w końcu również go zlokalizowałam, ale jakoś nie mogłam ustawić czegokolwiek cieplejszego niż mróz. Być może trzeba było poczekać na jej ogrzanie, ale czułam się jakoś nie fair ze zużywaniem wody mojej gospodyni, więc zadowoliłam się lodowatym prysznicem i niebawem jadłyśmy wspólnie przygotowane przez nią śniadanie ❤
Z ciekawostek, odkąd wylądowałam w Boliwii, zupełnie zapomniałam o bólu nogi. I już teraz mogę Wam powiedzieć, że nie wrócił on już do końca tej podróży. Jak i dlaczego? Może moje ciało dało mi te wakacje przed tym, co miało nastąpić jakiś miesiąc później. A może mój umysł zablokował ból, bo zajęty był zupełnie innymi rzeczami. Tego nigdy się nie dowiem.
Koło 9/10 rano miałam ruszać na pieszą wycieczkę z przewodnikiem po Amboro National Park, żeby zaznać odrobiny dżungli. Start miał odbyć się z Samaipaty, miasteczka położonego w oddaleniu ok. 120km od Santa Cruz, do którego planowałam dostać się busem (jakieś 2,5h drogi). Co wyjątkowego jest w Amboro i Samaipacie? Amerykę Południową dzieli się na trzy rejony – Andy, Amazonię i niziny zwane Pampas. A Samaipata leży na łączeniu tych trzech 😉 Park Narodowy Amboro ma powierzchnię powyżej 4 tysięcy km kwadratowych i chętnie spędziłabym w nim co najmniej kilka dni (jest wiele opcji takich wycieczek), gdybym nie miała tak mało czasu na całą tę wyprawę.
Najpierw jednak potrzebowałam lokalnej karty SIM. Założyłam, że to będzie proste. O losie! Zamiast poszukać jakiejś na lotnisku, chciałam oszczędzić. Co prawdopodobnie byłoby łatwe, gdybym a) mówiła po hiszpańsku oraz gdyby b) nie była tak nieprzyzwoicie wczesna pora. Paola okazała się jednak nie do zdarcia i jeździła ze mną po mieście, szukając miejsca z kartą i omijając mój mur językowy z lokalsami w tym temacie. Po dłuższym czasie udało nam się dokonać zakupu. Z zaskoczeń – Paola realnie się przestraszyła, kiedy wyjęłam portfel. Wróciłyśmy do auta i poleciła mi go schować, a gotówkę na kartę trzymać pod ręką w innym miejscu. To był pierwszy moment, kiedy zaczęłam wierzyć w informacje na naszej rządowej stronie, że to miasto nie jest bezpieczne. Skoro mieszkankę tegoż przeraża wyjęcie portfela w miejscu publicznym?
Ruszyłam do Samaipaty z ok. godzinnym opóźnieniem, ale wierzyłam, że nie popsuje to moich planów. Z moich obliczeń wynikało, że dotrę koło 11 i tak też napisałam w wiadomości do biura, które organizowało moją wycieczkę. Wtedy pierwszy raz poczułam zaskoczenie, bo uprzejma pani zasugerowała, że ze względu na pogodę, warto przełożyć wycieczkę na kolejny dzień. No nie było takiej opcji, miałam dość napięty grafik. Odpowiedziałam jej, że podmokły teren (całą poprzednią noc ponoć padało), lekka mżawka i delikatny chłód nie stanowią dla mnie problemu. Ale odpowiedzi nie uzyskałam. Wysiadając w Samaipcie, czułam już solidny niepokój. Dzwoniłam, odnalazłam zamknięte biuro, dzwoniłam ponownie. Poszłam w tzw. międzyczasie do lokalnego sklepu po coś do jedzenia i picia. Dzwoniłam, czekałam…







A! Co do powyższego zdjęcia, miałam w plecaku turystycznym zwijalny plecaczek biegowy, który na miejscu wyciągnęłam i umieściłam w nim założone na siebie warstwy i inne kieszeniowe pierdoły, po czym przywiązałam i przypięłam go do mojego głównego bagażu. Wielokrotnie z takim właśnie pakietem się przemieszczałam podczas tej podróży 🙂
No dobra, to co dalej? Pocałowałam klamkę, nikt nie odbiera. CO DALEJ?!
Niedaleko mojego zamkniętego biura zauważyłam jakieś lokalne muzeum, więc wparowałam tam z nadzieją, że w tak małej mieścinie wszyscy się znają. Mimo braku znajomości języka, jakoś udało mi się dogadać z uczynnym właścicielem tego przybytku, o cóż mi chodzi. Wtedy i on przedzwonił do właścicielki biura, żeby mi pomóc. Miły człowiek ❤
Jak tak teraz na to patrzę, to od momentu mojego dotarcia do Samaipaty, do czasu, gdy pani mi odpowiedziała, nie minęły nawet trzy kwadranse, co nie jest jakimś absurdalnie długim okresem. Niemniej byłam pierwszy raz w Ameryce Południowej, po wielogodzinnych lotach, po akcjach z kartą SIM, po spóźnieniu i innych stresach. Chyba bardzo nie chciałam, żeby już pierwszy dzień mi się nie udał. Dodajmy do tego, że między tym kontaktem, a poprzednim, minęły ponad 2 godziny, a ostatnia od niej wiadomość sugerowała przełożenie atrakcji. Więc może jednak uzasadnione było to moje zdenerwowanie?
Bądź co bądź, pani w końcu dotarła, ale nie miała dla mnie dobrych wieści. Ze względu na minione deszcze żaden z przewodników nie zgodził się na zabranie mnie do Amboro. W Samaipacie znajdują się jednak ruiny, zwane Fortem, i wycieczkę na ich teren zaproponowała mi zamiast mojego planowego trekkingu. Zrezygnowana, w końcu przystałam na ten pomysł. Miałam kilka godzin oczekiwania, więc zostawiłam u pani bagaż i ruszyłam na spacer po Samaipacie, licząc również na znalezienie jakiegoś miejsca na śniadanko. Przy okazji zakupiłam od razu przeurocze magnesy w kształcie lam ❤ A do tego dwustronną czapkę z frędzlami. Moje założenia dotyczące wyjazdu były takie, że pakuję się na lekko, ale na miejscu nie żałuję na lokalne produkty, w szczególności odzieżowe 🙂 Nie dość, że to super pamiątka, to jeszcze jakże użyteczna!

W każdym razie, wychodząc z biura, czułam się mocno rozdarta. W totalnej niezgodzie z samą sobą ruszyłam uliczkami Samaipaty. Może i fajnie, że ruiny, ale nie po to tam byłam. W temacie ruin na mojej podróży było w planach samo Machu Picchu, a takiego deszczowego lasu miałam zaznać tylko w Amboro. Ponadto naprawdę potrzebowałam wtedy zanurzyć się w zieleń, jakkolwiek patetycznie to nie brzmi. Ciągnęło mnie do natury, wytchnienia. Więc było mi naprawdę przykro. Ruszyłam na spacer, a że miejscowość maleńka i pusta, to przywitałam się uprzejmie z napotkanym na jednym z balkonów człowiekiem. Okazał się on również być podróżnikiem, konkretnie Niemcem, który ostatnią noc spędził w Samaipacie. Benjamin, bo tak miał na imię, pogadał ze mną dość długo i polecił nie poddawać się w kwestii Amboro. Podał mi kontakt do dwóch innych przewodników, życzył szczęścia i umówił się na wieczór w Santa Cruz, bo również tego dnia się tam wybierał, jako i ja miałam tam wrócić. Wymieniliśmy się więc kontaktami, a ja poczułam się natchniona, żeby zawalczyć o swoje. Dzięki, stary, bo dałeś mi siłę i inspirację i niedługo potem wypisywałam już wiadomości, siedząc w knajpce na śniadaniu. Z podanych kontaktów niczego nie udało mi się załatwić, ale ponownie skontaktowałam się z panią z mojego biura, pytając, czy by się nie udało chociaż krótkiej wycieczki do tego lasu, na którym tak bardzo mi zależało. Czułam, że przynajmniej naprawdę podejmuję wszelkie próby, więc nie będę mogła mieć do siebie pretensji 😉 Przyznam, że w organizowaniu i przeżywaniu podróży jestem niezła, ale z asertywnością mam problemy, więc ten impuls do stanowczości, która mogła przyczynić się do niewygody innych, do walki o to, czego naprawdę wtedy chciałam – był mi potrzebny 🙂 Co zatem z tego wyszło?






Ostatecznie przewodnik z mojego oryginalnego biura zgodził się na wspólną, krótką wycieczkę do lasu deszczowego. I tym sposobem 3 godziny po dotarciu do Samaipaty znalazłam się w Amboro ❤ Sukces! Przemiły pan miał mi wiele do opowiedzenia, a w sytuacji jeden na jeden chłonęłam las dokładnie w swoim tempie i według własnych potrzeb. Szukaliśmy tropów zwierząt, obserwowaliśmy mijaną florę. Zachwycałam się egzotycznymi dla mnie drzewami i innymi roślinami rodem z dżungli. Pogoda wystraszyła zaś dość turystów, by móc w spokoju napawać się atmosferą zieleni wokół ❤
Jednym z najbardziej znanych wyróżników Amboro są gigantyczne paprocie. Ich wysokość sięga kilkunastu metrów! Z ciekawostek, kiedy taka paproć zostaje złamana, to po przewróceniu rozpoczyna życie od nowa i rośnie dalej ❤ W puszczy występuje też kilka odmian mchu, a (zgodnie z opowieściami przewodnika, nie weryfikowałam tej wiedzy!) jego kolory zależą od czystości powietrza. Ponoć czerwony mech rośnie tylko w miejscach naprawdę dziewiczych i takowy można było tam również zaobserwować (poza zielonym, białym i innymi fajnymi odcieniami :)). Serdecznie polecam obcowanie z tak odmienną od naszej florą 🙂 A czapeczka się przydała!















Cały mini hike trwał w zasadzie koło dwóch godzin, ale czułam, że jestem na swoim miejscu. Czystość powietrza dała się naprawdę odczuć, jakość oddechu się poprawiła, a moje ciało delektowało się ciszą i spokojem. Przewodnik wspomniał mi również o różnych dialektach ludzi, zamieszkujących rejony Boliwii, tłumacząc, że sam hiszpański nie zawsze wystarczy do porozumienia się (ale bym i tak nie pogardziła jego znajomością!).
Po wycieczce pani z biura zorganizowała mi powrót do Santa Cruz i zaczął się zbliżać koniec mojego pierwszego dnia. Tylko, że w tym interesującym, nie do końca bezpiecznym, mieście mojego lądowania, znalazło się kilka osób z Couchsurfingu, które chciały się ze mną zobaczyć. Zorganizowałam więc wieczorne spotkanie „na mieście”, na które zaprosiłam też poznanego w Samaipacie Benjamina. Przejdziemy do tego jednak za chwilkę.
Do mojego wynajętego pokoju przeszłam się pieszo. Dzielnica wyglądała nieco podejrzanie (tylko które miejsce w Santa Cruz tak nie wygląda?), ale szybkim krokiem stanowczo zmierzałam do swego miejsca docelowego. Gdy znalazłam adres, drzwi okazały się być zamknięte. Zapukałam, zadzwoniłam. I nic. Chwilę później jakiś pan po drugiej stronie ulicy zwrócił na mnie uwagę, wszedł w wielkie garażowe drzwi obok mnie, zawołał kogoś i niebawem zjawił się recepcjonista. Cała ta brama obok okazała się być codziennym wejściem do tegoż przybytku 😀 Zapłaciłam (oczywiście w gotówce, jest to bardzo typowe w tym kraju, więc byłam na to gotowa) i pan poprowadził mnie do mojego pokoju. Był spory i jak najbardziej w porządku, tylko musiałam szybko naładować telefon, a gniazdka wyglądały trochę na… wyrwane? 😀 Niemniej delikatnie, próbując uniknąć porażenia, podpięłam ładowarkę i w tym samym momencie wszystko zgasło. Oho. Chyba wywaliło korki, jednak mieliśmy spięcie! Wyszłam przed pokój, wyszedł też jakiś pan z innego pokoju. Prąd odcięło na całym korytarzu. Poinformowałam pana, że ja się tym zajmę i ruszyłam na poszukiwanie obsługi. Po ogarnięciu bezpieczników zaprowadziłam recepcjonistę do mojego pokoju, żeby wyjaśnić mu jakoś na migi, że to ja chyba spowodowałam. Pan wyglądał na przerażonego pod kątem mojego bezpieczeństwa, chciał natychmiast przyjść z taśmą, ja jednak na szybko otaksowałam spojrzeniem pokój i znalazłam jedno gniazdko, które wyglądało legitnie. Co prawda na dziwnej wysokości, ale długość mojej ładowarki pozwoliła mi położyć telefon na ramie łóżka, więc nie wisiał na ścianie 😀 Podłączyłam go więc przy panu z obsługi, by od razu zorientować się, czy wszystko będzie ok, a potem podziękowałam za taśmowanie i zabezpieczanie niebezpiecznych gniazdek, bo nie było mi to na dany moment potrzebne. Musiałam się pospieszyć.

Po ekspresowym (i, oczywiście, zimnym) prysznicu, wyszłam na wieczorny spacer z pierwszym skomunikowanym couchsurferem, z którym wspólnie potem udaliśmy się na spotkanie z kolejnymi osobami. Nie rozwlekając, opowiem Wam tylko jeszcze jedną anegdotę, żeby nakreślić klimat tego miasta. Otóż stałam ja i dwóch facetów na jednym rogu ulicy, czekaliśmy na trzeciego uczestnika spotkania, a do tego pisałam z Paolą, żeby namówić ją, by się zjawiła. Kiedy dowiedziała się, gdzie jesteśmy, strasznie spanikowała, kazała mi natychmiast schować telefon i szybko odejść, nie sięgając po niego więcej. Owszem, różne podejrzane typy kręciły się dookoła tego, dość opustoszałego, miejsca, i faktycznie na mnie zerkali, ale byłam ja i dwóch kolesi! Nie brzmi jak dostateczna obstawa, żeby się nie opłacało spróbować mnie skroić? Słyszałam, że w Santa Cruz jest wiele kradzieży, bo ludzie próbują zdobyć kasę na narkotyki, ale żeby aż tak? Zwykły telefon komórkowy to gra warta świeczki?
Sytuacja o tyle trudna, że podałam namiary na ten róg Paoli i trzeciemu chłopakowi, który miał być uczestnikiem spotkania, a odejście bez zaglądania w telefon oznaczało, że ciężko nam się będzie odnaleźć 😀 Ale dobra, long story short – jakoś się wszyscy odnaleźliśmy, ja zdegustowałam lokalne piwka, niektórzy pojedli. Językowo było zabawnie, bo dwie osoby nie mówiły po angielsku, a ja nie mówiłam po hiszpańsku, ale pozostałych dwóch panów starało się tłumaczyć, dzieliliśmy się na mniejsze grupki dyskusyjne i bardzo przyjemnie spędziliśmy wieczór 🙂 Po wszystkim Paola odwiozła mnie do mojego punktu zakwaterowania, zatrzymując się nawet po drodze, żebym mogła kupić sobie wodę na następny dzień ❤ Wspaniała osoba! WSPANIAŁA!




Day 2
| czyli AFASI i La Paz
Kolejnego dnia o 7:30 rano spod miejsca noclegu miał mnie odebrać kierowca fundacji AFASI. Co to jest, spytacie? Otóż fundacja, zajmująca się ratowaniem zwierząt ❤ Jako wielki miłośnik fauny, naprawdę chciałam odwiedzić to miejsce. Próbowałam zarezerwować sobie wycieczkę przez różne strony, ale niestety zarówno dzień tygodnia, który mogłam na to przeznaczyć (wtorek), jak i liczba uczestników (no jeden) wykluczała tę opcję. Skontaktowałam się jednak z właścicielem osobiście przez WhatsApp i bezproblemowo zgodził się mnie przyjąć ❤ Problem polegał na tym, że o 14:50 miałam lot z Santa Cruz do La Paz. Osobiście na lotach wewnętrznych nie czuję presji z koniecznością przybycia na lotnisko dużo przed czasem, więc nie stresowałam się za bardzo. Miałam w planach spędzić w AFASI czas od 8 do 13, poznając właściciela, zwierzaki, i robiąc mały hiking po lasach na ich terenie. Powiem Wam od razu, że ta wycieczka była jedną z droższych atrakcji podczas mojego wyjazdu, ale też miałam świadomość, że te pieniążki idą na szczytny cel ❤ Za czas spędzony w AFASI, ale także przejazd, cena wynosiła łącznie 130 USD.
W samochodzie oprócz kierowcy czekał na mnie również właściciel. Jaki to uprzejmy człowiek, nie macie pojęcia! Niesamowicie kochany, uśmiechnięty, ciepły… 🙂 Specjalnie przyjechał po mnie wraz z kierowcą i spędził ze mną całą podróż!
Podczas drogi do fundacji zaczęłam mieć problemy z oczami. Wcześniej, jeszcze w Polsce, miewałam ostatnimi czasy epizody bólu i świądu w okolicach oczu, ale krople nawilżające wystarczały, więc nie spodziewałam się problemów. Podczas jazdy jednak było coraz gorzej, sytuacja pogarszała się bardzo szybko. Podejrzewałam reakcję alergiczną na środek przeciw owadom (posmarowałam się Muggą w kulce, która jest bardzo silnym środkiem). Jakże wtedy jeszcze byłam naiwna! Zdradzę Wam, że przyczyną mojego problemu był kontakt moich, niestety delikatnych, oczu z wodą. Bakterie, znajdujące się w wodzie w Boliwii, nie były „do zniesienia” dla moich gałek. Nie okazało się to też jedynym następstwem prysznicowania się w tym kraju, ale pierwszym, który tak solidnie dał mi się we znaki. Wtedy z resztą nie miałam jeszcze pojęcia, jak solidnie, i co naprawdę mnie czeka…
Po dotarciu do AFASI poznałam grupę trzech osób, które również zdecydowały się na odwiedzenie fundacji tego właśnie dnia. Poczęstowano nas herbatką (była to moja pierwsza styczność z liśćmi koki z resztą, z której napary są bardzo popularne w Boliwii). Wokół nas zaczęły kręcić się urocze małpki kapucynki, a w zakratowanym pomieszczeniu z kuchnią, w których się znaleźliśmy, kręciło się kilka kotów ❤ Z pozytywnym zaskoczeniem przyjęłam to, że to my zamknęliśmy się w „klatce”, żeby w spokoju zjeść czy wypić, mogąc obserwować jednocześnie kilka biegających luzem zwierzaków. Zakochana we właścicielu małpka dała się nakarmić przez kratę bananem, a po naszym wyjściu wtuliła się w ciało swojego ulubionego człowieka i ruszyła na spacer razem z nami.



Na terenie fundacji miałam okazję zobaczyć wiele zwierząt i poznać kilka niezbyt wesołych historii. Zasmuciła mnie głównie sytuacji papug i małp w Boliwii. Wypuszczone na wolność, szybko z powrotem ratowane są przez fundację, bo ludzie wyłapują je, sprzedają, a właściciele po chwili zabawy orientują się, że to nie zabawki i potrafią sprawiać problemy. I pozbywają się ich. Strasznie przykre 😦
Kilka uroczych ostronosków uciekło ze swojej zagrody i również kręciło się dookoła nas podczas wycieczki ❤ Jeden z nich podbiegł do mnie i wspiął mi się na nogę, co niezmiernie mnie wzruszyło. Właściciel co prawda wystraszył się i przegonił zwierzaka, ale miał ku temu powody. Okazuje się, że ludzie potrafią panicznie reagować na takie zachowania zwierząt i próbują sami je zrzucić, krzycząc, przez co taki ostronos również wpada w popłoch i może naprawdę mocno ugryźć w obronie własnej. Tylko… Wy wiecie – ja nie z tych 🙂 Mnie ucieszyła obecność tego pyszczka ❤ I, chociaż nigdy bym nie zaczepiła dziko żyjącego zwierzaka, czułam się zaszczycona, będąc wybraną przez tego niewielkiego ssaka. Mam też dość oleju w głowie, żeby nie reagować gwałtownie na obecność zwierzaków, bo przecież nie chcę ich zestresować. Rozumiem jednak, oczywiście, że ktoś mógłby się wystraszyć i w odruchu zareagować nieodpowiednio. Więc też Was w tym miejscu na to uczulam 🙂
No i co tam? Poznałam wiele zwierzaków, między innymi mnóstwo żółwi, kopiących sobie tunele (co ponoć jest zjawiskiem rzadkim, ale się nie znam) 😮 Pogłaskałam po nosie pana dzika (tak, był to świetny pomysł, biorąc pod uwagę pogarszający się stan moich oczu, bo przecież na pewno nie miałam ich potem dotykać, nie? :D) i usłyszałam niezapomniane grupowe darcie się papug. Działo się!
Spacer do lasu trwał dla mnie jednak naprawdę bardzo krótko, bo właściciel bardzo przejmował się tym, czy zdążę na samolot. Dużo bardziej, niż ja 😀 Poszedł więc z nami i dość szybko zawrócił ze mną, zostawiając resztę wycieczki na szlaku. Pokazał mi teren, który niedawno strawił pożar. Zaprowadził do okaleczonej pumy, którą nawet pogłaskałam przez kraty, i odprowadził do kierowcy, który miał mnie zabrać na lotnisko. Chętnie wrócę jeszcze do AFASI, by poobcować z naturą w nieco spokojniejszym tempie. Gorzko-słodkie to były odwiedziny.





















Jedno z ostatnich powyższych zdjęć prezentuje napis „NUNCA MAS”, czyli „NIGDY WIĘCEJ” umieszczony na instalacji klatek. Jest to symbol niezgody na traktowanie małp i małpiatek jak zwierząt domowych, handel nimi i ich krzywdę.
Ostrożność właściciela w zadbaniu o moje czasowe dotarcie na lotnisko była równie kochana, jak niepotrzebna. Znalazłam się na miejscu ponad 2,5h przed odlotem, a w wewnętrznych lotach w zupełności wystarcza (w moim odczuciu) godzinka. Mogłam więc zaznać więcej spaceru po lesie deszczowym, należącym do fundacji, ale rozumiem i bardzo doceniam troskę tego wspaniałego człowieka.
Pierwszy raz w życiu poczułam się jednak na lotnisku jak osoba podejrzana. Bo chociaż absolutnie nikt nie dał mi nic takiego do zrozumienia, sama wiedziałam, jak dziwnie musi wyglądać przebywanie na terenie zamkniętego budynku lotniska w okularach przeciwsłonecznych… Stan moich oczu doszedł już jednak do punktu, w którym światłowstręt uniemożliwiał funkcjonowanie, a ból nieomal nie pozwalał utrzymać powiek w górze. Nie wyglądało to dobrze.
Kolejnym punktem planu było miasto La Paz, podzielone na miasto górne (El Alto – 4 150 m n.p.m.) oraz dolne, czyli główne (3 650 m n.p.m.). Całkiem solidne wysokości, prawda? Nie znam stanu Waszej wiedzy o górach, ale najwyższy szczyt w Polsce, Rysy, ma (po stronie naszego kraju) wysokość 2 499 m n.p.m., a lądując w El Alto znalazłam się wyżej niż Rysy x1,5. Co więcej! Najwyższy szczyt, jaki zdobyłam w życiu do tamtej pory, to był Toubkal w Maroko (Spoko loko, lecę do Maroko), mierzący 4 167 m n.p.m., czyli niewiele więcej. Kojarzycie temat choroby wysokościowej? O tym za chwilkę. Zacznijmy od tego, jak cudownie jest wyglądać przez okno, gdy Wasz samolot ląduje między górami…




W La Paz umówiona byłam z kolejnym członkiem społeczności CouchSurfing, czyli Franzem. Miał odebrać mnie z lotniska, przenocować dwie noce i być może spędzić ze mną kolejny dzień na zaplanowanym trekkingu. Skontaktowałam się z nim ponownie tuż przed moim wylotem, prosząc o sugestię jakichś kropli do oczu, które mogłabym nabyć w najbliższej aptece. Poradził się swojego lekarza i napisał mi nazwę kropli z antybiotykiem, które mogłam zakupić bez recepty, więc po wylądowania, oczekując na spotkanie, od razu skierowałam się ku kolejce do dobroczyńców farmaceutów.
Ustawiający się za mną pan okazał się turystą z Kanady (nie ostatnim napotkanym z resztą), który od razu zagadał do mnie w sprawie choroby wysokościowej. Zetknęłam się już z jej objawami, kiedy zdobywałam Toubkal w Maroko. W planach podróży boliwijskiej miałam przekroczenie nie tylko 5 tysięcy m n.p.m., ale nawet 6000! Spodziewałam się więc zetknięcia z wywołanymi wysokością dolegliwościami. Przed wyjazdem poprosiłam lekarza medycyny podróży o leki, mające pomóc mi w reakcji na potencjalne wystąpienie wysokościówki. Doktor zgodził się przepisać mi receptę, pod warunkiem podpisania się pod deklaracją, że w razie wystąpienia objawów bezzwłocznie zrezygnuję z dalszego podejścia. Tak sobie myślę, że w Polsce faktycznie jest to sytuacja nieznana, wręcz egzotyczna, i może brzmieć strasznie. Owszem, ta choroba nie jest żartem i nie należy jej lekceważyć, ale też nie należy panikować i niejednokrotnie pierwsze objawy nie wykluczają zdobywania dalszych szczytów. Trzeba tylko podejść do tego z głową, czyli rozsądnie, powoli, wysłuchując swojego ciała i jego potrzeb. Sedno choroby polega na rozrzedzonym powietrzu i mniejszym ciśnieniu na większych wysokościach. Oddychanie jest znacznie cięższe, gdy wokół jest zmniejszona zawartość tlenu. Czuć, że go brakuje. Standardowo jednymi z pierwszych objawów są zawroty głowy i nudności. Na wycieczkach zorganizowanych przy dużych wysokościach przewodnicy mają ze sobą butle z tlenem do awaryjnego podania cierpiącej osobie. Ostatecznym rozwiązaniem w krytycznej sytuacji jest faktycznie zejście, a im szybciej zmniejszycie wysokość, tym lepiej. Ja osobiście mam pewne problemy kardiologiczne, które na wystąpienie objawów narażają mnie bardziej, ale jestem tego świadoma i wiedziałam, jak się zachowywać. Dlatego też zabrałam ze sobą lekarstwo „na czarną godzinę”. Przeraźliwie drogie, ale co tam, chodzi o zdrowie i życie 😉
W przypadku La Paz nie musicie ruszać się poza miasto, żeby doznać wysokościówki. Ostatecznie lądujecie w El Alto, powyżej 4 tysięcy! Ja w tamtym momencie zupełnie nie miałam w głowie akurat tego, błagałam świat, żeby pozwolił mi na ulgę w bólu oczu, światłowstręcie i innych wzrokowych objawach. Niemniej pan, stojący za mną w kolejce, od momentu wylądowania czuł zawroty głowy i przyspieszoną akcję serca, założył też chyba, że ja odnalazłam aptekę z analogicznego powodu. Postanowił więc podzielić się ze mną swoją wiedzą i poradził zakup takich tabletek bez recepty, które przyjmowane codziennie pomagają uporać się z tą chorobą i szybciej przystosować do zwiększonej wysokości. Tabletki zwą się soroche bądź sorojchi pills („soroche” to słowo, które w rejonach Andów, a przynajmniej w Boliwii i Peru, oznacza po prostu chorobę wysokościową). Skład tegoż specyfiku nie jest mocno skomplikowany, zawierają głównie aspirynę, kofeinę i salofen. Chodzi o łagodzenie bólu, nudności, rozrzedzenie krwi i przyspieszenie jej przepływu, żeby lepiej rozprowadzać tlen. Przynajmniej taka jest moja interpretacja 😀 W każdym razie składniki wydawały się niegroźne, więc zaryzykowałam i kupiłam sobie tabletki, po czym przyjmowałam je codziennie w zasadzie prawie do końca mojej wizyty w Boliwii. Czy pomogły? Nie wiem, bo w końcu nie mam porównania, jak bym się czuła bez nich. Ale nie zaszkodziły 😉 Z innych sposobów są jeszcze liście koki, o których już coś tam wspomniałam, ale wrócimy do tego później 🙂
Przechodząc dalej – na lotnisku napiłam się kawki, czekając na mojego gospodarza, a gdy Franz się pojawił, od razu ruszyliśmy w kierunku mojego jedynego zaplanowanego punktu w La Paz na ten dzień, czyli „zęba diabła”.
Tak, wiem, jak to brzmi 😀 Mam na myśli szczyt Muela del Diablo, z którego rozciąga się widok na La Paz. A jak wygląda poruszanie się na duże odległości w La Paz i El Alto? Doskonałym środkiem transportu jest kolejka linowa. Ze względu na duże różnice wysokości tej wysokogórskiej metropolii, jak również duże zagęszczenie ludności i wzmożony ruch uliczny, gondola zwana Teleférico jest świetną alternatywą dla busów czy taksówek (położenie torów pod jakieś tramwaje czy pociągi zaś wydaje mi się zupełnie niemożliwe ze względu na ukształtowanie terenu). Kolejka dzieli się na kilka czy kilkanaście linii, oznaczonych kolorami, i pozwala na przemieszczanie się na naprawdę duże odległości. Ponadto jest naprawdę tania! W końcu korzystają z niej nie tylko mieszkańcy La Paz, ale również El Alto, które jest zdecydowanie biedniejsze.
Generalnie miejsce to łączy w sobie bardzo dużo kontrastów, co można było obserwować już z okien gondoli, „płynąc” w powietrzu nad miastem. Zapraszam do podniebnej obserwacji zarówno zróżnicowania terenu, jak i zróżnicowania architektury. Zaś najwyższa góra widoczna z La Paz, którą możecie również dostrzec na poniższych zdjęciach, to Illimani, liczące sobie 6 432 m n.p.m.











To jak to było dalej z tym diabelskim szczytem? Osobiście miałam ochotę na mały trekking, ale Franz przekonał mnie, żeby jednak dostać się pod ząb taksówką. Nie wiem, czy uwierzyłam w jego strach przed agresywnymi psami, ale uznałam, że może jest zmęczony, a sama nie byłam pierwszej świeżości, zaś na następnym dzień miałam zaplanowaną Chacaltayę, czyli zdobycie swojego pierwszego szczytu powyżej 5 tysięcy, więc ostatecznie przystałam na jego propozycję. Znalezienie kierowcy, który będzie chciał tam z nami podjechać za jakąś sensowną kwotę, nie okazało się najłatwiejsze (choć następnego dnia dopiero mieliśmy się przekonać, co oznacza problem z transportem), ale w końcu się udało.
Na Devil’s Tooth dotarliśmy po zmroku i miało to swój urok ❤ Rozciągająca się przed nami nocna panorama błyszczącego się tysiącami świateł miasta przedstawiała się naprawdę imponująco. Sam szczyt zaś naprawdę miał dość ciekawy kształt. Kierowca i Franz zostali przy samochodzie, gdy uznałam, że przejdę się kawałek w górę skały. Założyłam czołówkę, ułożyłam plecak na kamieniu i zaczęłam spacer. Bardzo szybko zwróciłam 😀 Zobaczyłam na ścieżce owada tak dziwnego, że przyprawił mnie o gęsią skórkę! Kocham zwierzątka, ale owady do nich nie należą 😀 Przestraszona, zbiegłam do panów, pokazałam im zdjęcie insekta, a oni zaczęli w strachu otrzepywać mój plecak i moje ciuchy, by upewnić się, że żadnego na mnie nie ma. Uwierzyłam im, że owad jest w pewnym stopniu niebezpieczny, w końcu to miejscowi, więc później jeszcze przez jakiś czas paranoidalnie wręcz oglądałam siebie i moje rzeczy. Po sprawdzeniu wykonanego przeze mnie zdjęcia mogę z pewną dozą prawdopodobieństwa uznać, że napotkany insekt to tzw. Diabelski Jeździec (jak idealnie pasujący do Diabelskiego Zęba, na którym go spotkałam), czyli Anisomorpha buprestoides. Wychodzi na to, że faktycznie umie on bronić się wydzielając jakiś gaz. Chyba nie będę się zagłębiać w ten research, bo aż mam ciarki 😀




Po powrocie do miasta przeszliśmy się na krótki spacer, po czym wróciliśmy busem do El Alto. Sprawa z busami miała się tak, że wszędzie jeździło pełno takich małych środków publicznego transportu, trąbiących na ludzi, żeby się obejrzeli i sprawdzili, czy przez przypadek nie chcą wsiąść. Machasz na takiego, wsiadasz, potem prosisz, żeby się zatrzymał, dajesz kierowcy monety i wysiadasz. Oni sami wiedzą, ile kasy. Przystanki nie istnieją. Busów jest pełno i zasuwają na prawo i lewo. Nie wiem, na ile ogarnęłabym sama tę formę komunikacji. Franz był w tej kwestii moim totalnym przewodnikiem, wskakiwałam za nim do busów, z nim z nich wysiadałam – po prostu zdałam się na niego.
W górnym mieście poszliśmy jeszcze coś zjeść (z wege opcji była akurat tylko pizza) i udaliśmy się na nocowanie u mojego gospodarza. Wiedziałam, że warunki bytowe w Boliwii są inne niż te, do których jestem przyzwyczajona. Ale jednak mnie zaskoczyły. Weszliśmy przez blaszaną bramę na teren takiego podwórka, jak między polskimi kamienicami. Po prawej stronie znajdował się niewielki ciąg pomieszczeń. Pierwsze drzwi z podwórka to była ogólnodostępna kuchnia. Drugie drzwi były sypialnią mojego gospodarza. Trzecie drzwi prowadziły do łazienki. Zrozumcie mnie dobrze – wszystkie drzwi były wprost z dworu do pomieszczenia. I były drewniane, naprawdę niezbyt dobrze uszczelnione. A znajdowaliśmy się na wysokości powyżej 4 000 m n.p.m. Ponadto, by poruszać się między pomieszczeniami, trzeba było wyjść na zewnątrz. W pokoju Franz przygotował dla mnie materac na podłodze. Tam też po raz pierwszy zetknęłam się z ciężkimi kocami, które okazały się normą w Boliwii i Peru. Naprawdę swoje to ważyło 😀 Od razu może uprzedzę fakty – mimo bycia osobą zimnolubną i wybitnie szybko się przegrzewającą, umierałam z zimna przez całą noc. Byłam ubrana w dwie warstwy ubrań i leżałam pod dwoma kocami, ale trzęsło mnie jak w febrze. Przez szparę pod drzwiami przedostawało się dość lodowatego powietrza z zewnątrz, żeby, leżąc tak blisko podłogi, nie móc spać z zimna. Zgodnie z poranną dawką informacji od Franza, w nocy było jakieś -8 stopni. Potwierdza to moja poranna próba nabrania wody do wiadra (żeby spuścić wodę), dostanie się do której wymagało przebicia wierzchniej warstwy lodu. Sama łazienka zaś również nie była miejscem ciepłym, beczka z wodą stała na zewnątrz, a woda z prysznica zalewała całą podłogę, więc dotarcie do toalety wymagało przechodzenia po kałużach. Osobiście poświęciłam spokojnie z 10 min na zagarnianie tejże wody do odpływu 😀 Opowiadam Wam o tym nie dlatego, żeby deprecjonować mojego gospodarza albo wyśmiewać jego warunki życia. Robię to, bo przecież teoretycznie zdaję sobie sprawę z tego, że ludzie różnie żyją, ale to był pierwszy raz, kiedy doświadczyłam tego na własnej skórze. Chciałam też zwrócić Waszą uwagę na to, że był to człowiek, który cieszył się życiem i zapraszał do siebie gości z całego świata, by przenocować ich i spędzić z nimi czas. Nie wstydził się swojego lokum. Cieszył się życiem 🙂
Noc nie była dla mnie łatwa. Warunki ciężkie. Ale małe, fluorescencyjne gwiazdki na suficie dodawały mi otuchy 😀




Day 3
| czyli Chacaltaya
Na dzień kolejny, a konkretnie 29.05.2024, miałam tylko jeden plan – trekking powyżej 5 tys. m n.p.m. – na szczyt zwany Chacaltaya. Wciąż miałam w planach podczas tej podróży pierwszy raz wdrapać się powyżej 6 000 m (jak wspomniałam, Uturuncu było moim faktycznym powodem wyboru Boliwii), a jednak warto przeprowadzić jakąś aklimatyzację i próby na wysokości między dotychczasowym maksem powyżej czwórki, a przyszłą szóstką. Tak więc wybrałam sobie cel wędrówki (przy okazji chciałam też zobaczyć Lagunę Milluni <3) i przeznaczyłam na to cały dzień. Franz zdecydował się pokonać ten trekking ze mną, na wspomnianym szczycie był jak do tej pory tylko raz, więc chętnie przyłączył się do mojej wycieczki 🙂
Już od rana zostałam jednak zaskoczona 😀 Kiedy szykowaliśmy się do drogi, mój gospodarz poprosił mnie, bym przed wyruszeniem w góry poszła z nim odwiedzić przyjaciela w szpitalu. Absolutnie się tego nie spodziewałam, ale przecież to nie jest sytuacja, w której mówi się „nie”. Niedługo później kupowaliśmy dla poszkodowanego uliczne jedzonko, co było procesem całkiem ciekawym. Pani nalała nam zupy do foliowego woreczka. Do drugiego nałożyła drugie danie i pożyczyła miskę i łyżkę. Wejście do wspomnianego szpitala okazało się dla mnie zupełnie niezauważalne, totalnie je przeoczyłam. Trzeba było po prostu wejść w wąską szparę między dość obskurnymi budynkami. Przeszliśmy przez drzwi i nie zastaliśmy żywej duszy. Była jakaś niewielka recepcja, ale pusta. Franz rozejrzał się i ruszył na schody, odgrodzone zakazem wejścia, którego mój przewodnik nie zdecydował się respektować. Czmychnęłam więc za nim po cichu na górę. Znaleźliśmy pokój poszkodowanego, Franz podał mu zakupiony posiłek, a ja stanęłam sobie w rogu pokoju i obserwowałam tę niecodzienną sytuację. Panowie pogadali sobie po hiszpańsku, a gdy pojawił się kolejny kolega, my wycofaliśmy się z terenu tego domniemanego szpitala.
Ciekawe to było doświadczenie, którego zdecydowanie nie spodziewałam się zaznać podczas podróży. Jestem jednak osobą ceniącą troskę i dobre serce, więc sytuacja tylko dodatkowo poprawiła moje zdanie na temat Franza. Naszym następnym celem był lokalny targ, na którym mój gospodarz chciał kupić sobie okulary przeciwsłoneczne przed wyruszeniem w drogę. Taki ryneczek, jak u nas – porozkładane na kocach czy stolikach przeróżne rzeczy z każdej możliwej kategorii.
Niedługo później rozpoczęło się polowanie na transport. Przecież nie planowaliśmy startować z miasta! Okazało się to duuuuuużo trudniejsze, niż mogłam się spodziewać. Wyszliśmy kawałek poza ruchliwe miasto i Franz zaczepiał przejeżdżające samochody, a ja szukałam na apkach. Nasze ówczesne otoczenie wyglądało jednak niemal jak przysłowiowy Dziki Zachód. Spokojnie godzinę zajęło nam znalezienie kierowcy… Ale się udało! Pan zgodził się nas zabrać, tylko musieliśmy najpierw pojechać z nim zatankować, bo nie planował takiej drogi, do tego terenowej. Niebawem siedzieliśmy więc już w naszej bryczce, a Franz postanowił jeszcze zaczepić o sklep, by zaopatrzyć się w woreczek liści koki do żucia. Ja zaś, z tylnego siedzenia, podjęłam desperacką próbę skontaktowania się z lekarzem z Polski poprzez moją apkę połączoną z popularnym medycznym abonamentem. Potrzebowałam porady w sprawie moich oczu, które naprawdę dawały mi się we znaki… Połączenie internetowe nie było stabilne, więc niewiele mi z tego wyszło, oprócz wyciągnięcia od lekarza informacji, iż prawdopodobnie jest to zakażenie bakteryjne, więc dobrze, że używam kropli z antybiotykiem. Tyle w temacie, bo konwersację przerwało i, po kilku próbach ponowienia, musiałam się poddać. Nie chcę nikogo szokować ani obrzydzać, więc nie będę zamieszczać zdjęć moich oczu 😀 Ale nie było dobrze.
Ruszyliśmy w góry i w zasadzie dojechaliśmy dość daleko, gdy auto zaczęło mieć trudności, związane z terenem. Ja jak najbardziej chciałam już ruszyć pieszo, więc z radością wysiadłam i pożegnałam naszego kierowcę (który był dość zaskoczony, że w ogóle można chcieć wspinać się pieszo) 🙂 Dodam, że zarówno on, jak i Franz, całą drogę przeżuwali liście koki, nieustannie mając nimi wypchane policzki i wypluwając resztki (w całym procesie chodzi o wysysanie soku z tegoż zielska, a nie o połykanie liści), a takie chomicze policzki pokazywały mi się jeszcze wiele razy podczas boliwijskich podróży 😀








Możecie zwrócić uwagę na wspomniane wypchane policzki na powyższym zdjęciu 😀 Osobiście spróbowałam również żucia liści, ale moje policzki drętwiały jak na znieczuleniu u dentysty, traciły czucie i mrowiły, więc dość szybko dałam sobie spokój z tym procederem 😀
Niebawem zasypię Was fotkami z tego magicznego szlaku ❤ Oprócz zapierających dech w piersi widoków, ucieszyła mnie odrobina śniegu, którą zastaliśmy na szlaku 😉 Jeśli chodzi o chorobę wysokościową, to na początku po prostu czułam, że oddycha się trudniej, muszę iść wolniej, szybciej się męczę. No brakuje tlenu, nie ma co ukrywać 😀 Szczególnie przy moim szalonym tętnie. Ale nie było dramatu! 🙂 Po drodze, jeszcze przed schroniskiem, mijaliśmy instytut badawczy. A właśnie do wspomnianego schroniska prowadziła droga (chociaż my częściowo ścinaliśmy ją zboczami). Okazuje się również, że jest to droga, którą jeżdżą specjalne busy do schroniska, chyba prywatnie wynajmowane pod wycieczkę na szczyt albo dla pracowników instytutu i schroniska, może oba, ale nie jestem pewna. Franz proponował złapanie takiego, bo jeden przejeżdżał podczas naszej wędrówki, ale ja przecież nie byłam tam po to, żeby jechać, tylko żeby iść!








Rzucił Wam się może w oczy opis ostatniego z powyższych zdjęć? 😀 Otóż podczas trekkingu spotkaliśmy innych wędrowców tylko raz, dokładnie przed schroniskiem. I okazali się być Polakami 😀 Spotkanie pary podróżników z Polski na tak mało popularnym szczycie w tak mało popularnym turystycznie kraju? Od razu wywołało uśmiech ❤ Łukasz (instagram: dragan.lkd) i Karolina (instagram: karolina.n.p.m) – pozdrawiam Was serdecznie!
W schronisku (będącym bodaj kiedyś ośrodkiem narciarskim) napiliśmy się herbatki z liści koki, po czym rozpoczęliśmy atak szczytowy. I przyznam, że te ostatnie 200 m przewyższenia i niecały kilometr odległości, były trudniejsze niż cała przebyta do tego momentu trasa. Sprawdzając mapę, cały trekking rozpoczęliśmy ok. wysokości 4800 m n.p.m., na herbatkę zatrzymaliśmy się po niecałych 5 km, na wysokości 5200 m n.p.m. i naprawdę nie zostało nam dużo do szczytu. A jednak… „Przepięknie jest! I tylko tlenu mniej…”, jak śpiewał Lady Pank w utworze Wspinaczka.
Staram się być osobą rozsądną. Tak, podejmuję różne ryzyka i działania, które wydają się być lekkomyślne czy brawurowe. Niemniej naprawdę biorę pod uwagę własne bezpieczeństwo. Kocham mocne przeżycia. Ale przeżycia muszą być przeżywalne 😀 Zatem wsłuchałam się w moje chore serduszko i chyba pierwszy raz w życiu aż tak skupiłam się na potrzebach mojego ciała. Krew huczała w uszach, więc zatrzymywałam się dosłownie co półtorej minuty. Podczas tego podejścia walczyłam o utrzymanie tętna poniżej 170 uderzeń na minutę, skupiając się na wahadełku między 140 a 160. Dla niektórych to naprawdę dużo, moje standardy są nieco inne, ale wiedziałam, że zbliżam się do granic bezpieczeństwa, dlatego zupełnie nie przejmowałam się swoim tempem, oddychając powoli i spokojnie, i stawiając każdy krok w tempie zgodnym z potrzebami ciała. Uwierzcie mi, że siebie znam i nie było zagrożenia, wielokrotnie w życiu osiągałam tętno wyższe, bo tak to już jest z moim serduszkiem chorym, ale opowiadam Wam o tym, bo dla mnie ten moment był przełomowy pod kątem troski o siebie. Rozsądku i dbania o wewnętrzną harmonię ❤ Tym razem bez szaleństw! Nawet Franz, przyzwyczajony do mieszkania powyżej 4 tys. m n.p.m. widocznie zwolnił. Ale gruszka, którą mnie poczęstował po drodze, była najsłodszym lekarstwem na wszelkie dolegliwości ❤









„I tylko tlenu brak”



Nawet teraz, gdy patrzę na zdjęcia, mam łzy w oczach ze wzruszenia. Jak tam było nieprawdopodobnie pięknie! Fantastycznie, niezwykle, epicko!
Tak, dotarłam na szczyt, mam nadzieję, że nie wątpiliście 🙂 Z wysokością tegoż jest w zasadzie taka sytuacja, że nie umiem Wam jej dokładnie podać. Różne źródła pokazują różne wartości. Być może ma to związek z tym, że szczyt niegdyś pokrywał lodowiec, który zmieniał jego wysokość? Być może z jeszcze innymi aspektami. Dość powiedzieć, że Chacaltaya ma wysokość jakoś pomiędzy 5 375 a 5 495 m n.p.m., aczkolwiek większość źródeł podaje 5 421, a kamienie na szczycie opisane były wartością 5 435, więc może po prostu ustalmy, że ma trochę powyżej 5400 m n.p.m., ok? 😀 Ale ta panorama… ❤ ❤ ❤








Ostatnie trzy zdjęcia, te pionowe, to już widoki, które zaczęły rozpościerać się przed nami po zejściu ze szczytu. Chyba znacie mnie już na tyle, żeby wiedzieć, że nie zeszłam sobie z powrotem tą samą drogą. W końcu miałam w planach zobaczyć jeszcze tego dnia Lagunę Milluni. Przede wszystkim zaś liczyłam na więcej trekkingu, nie byłam tam tylko „zaliczyć” szczytu. Zaglądając więc w zaznaczone na mapach ścieżki, ruszyłam w dalszą drogę, prowadząc za sobą Franza. I zdecydowanie nie był to koniec emocji tego dnia 😀

To, co z początku rzeczywiście można było, z pewną dozą myślenia życzeniowego, uznać za ścieżkę, dość niedługo po prostu zniknęło 😀 I chociaż na mapie miałam zaplanowany nieco inny szlak, to jednak w pobliżu pokazywała ona coś ścieżko-podobnego, a ja zaufałam temu czemuś, bo wydawało się krótsze. I tak oto znaleźliśmy się na grani. Naprawdę nie chciałam się wracać 😀 Wyznaczyłam azymut, popatrzyłam na okolicę i upewniłam się, że mój gospodarz jest ok z dalszą wędrówką „w ciemno”. W końcu nie brałam odpowiedzialności tylko za siebie, ale również za niego i chciałam, by był świadomy, co właśnie dla nas planuję 😉 Upewniwszy się, że nie ma w pobliżu nikogo, komu mogłoby zagrozić nasze osuwanie się po zboczu, ruszyliśmy ostrożnie w dół. Czasem najbardziej niespodziewane, zupełnie nieplanowane ścieżki prowadzą nas do zaskakująco zniewalającego piękna. I tak też było tym razem ❤








Przyznam, że wysokość, na której się znajdowaliśmy, utrudniała bezpieczne balansowanie na osuwisku, więc zmęczyłam się tam bardziej niż podczas wspinaczki. Sapałam jak lokomotywa, możecie mi wierzyć! Niemniej było warto. Nie sądziłam, że zobaczę tego dnia jeszcze piękniejszą panoramę, niż ze szczytu. A jednak!
W ramach odpoczynku Franz na postoju wyciągnął niewielką buteleczkę koniaku, którą kupił w sklepiku, przy którym zatrzymaliśmy się po kokę, by uczcić wędrówkę i moje pierwsze 5 tysięcy ❤ Nie miałam pojęcia, był to bardzo miły akcent. Z samej Chacaltayi dość szybko się zwinęliśmy, żeby jednak wytracić nieco wysokości i poczuć się lepiej, więc to był idealny moment na konsumpcję ❤ Z dodatkowych ciekawostek znaleźliśmy głaz w kształcie maczugi 😀 Świetna sprawa!
Widoki, wraz z nadchodzącym zmierzchem, zmieniały się podczas wędrówki, malując horyzont na coraz to nowsze kolory. A my szliśmy. Zerkałam na mapę, prowadziłam. Minęliśmy jakąś budkę z człowiekiem, wtedy myślałam, że miała potencjalnie związek z pobliskimi kopalniami, a może nietypowym, małym cmentarzem, który mijaliśmy. Teraz wiem, że był to posterunek policji – Tranca Milluni. Poza tym miejscem od czasu spotkania Polaków przy schronisku, nie napotkaliśmy żywej duszy.
Kiedy doszliśmy do Laguny Milluni, było po 18, ściemniało się i oboje nieco się wymęczyliśmy całą przygodą. Franz przekonał mnie, żeby dalej nie iść. Tylko poczekać. Na co? Aż ktoś będzie z góry zjeżdżał. Konkretnie pan z posterunku. Nie mam pojęcia, czemu był on tak przekonany, że ów człowiek nie będzie tam nocował, ale zdawał się naprawdę pewien, więc przystałam na jego propozycję. Czekaliśmy w sumie dość długo. Niemniej w końcu rzeczywiście na horyzoncie pojawił się samochód i miły pan zgarnął nas na stopa do La Paz 🙂 Wspaniale!










Podsumowując naszą wędrówkę, zrobiliśmy ok. 14-15km w poziomie (zegarek padł mi w trakcie :D) i zajęło nam to jakieś 6 godzin. Jeśli nie jesteście fanami wędrówki górskiej lub po prostu nie czujecie się na siłach, żeby robić trekking na takich wysokościach, ale chcielibyście doświadczyć części z tych widoków, a ponadto zobaczyć świat z wysokości 5 421 m n.p.m., możecie skorzystać z opcji dojazdu do schroniska i przejścia tylko stamtąd na szczyt i z powrotem, co daje Wam niecałe 2 km w poziomie i 200 m przewyższenia. Na pewno będzie to dla Was niezapomniane przeżycie 😉 Tylko polecam nie robić tego jednak od razu po przylocie do La Paz – dajcie sobie kilka dni na aklimatyzację do wysokości, moi drodzy, bo ja to ja, ale to akurat ta część moich opowieści, która zalicza się do serii „nie róbcie tego w domu” 😀
Day 4
| czyli Uyuni i Tupiza
Po kolejnej mroźnej nocy, o 7:40 miałam lot z La Paz do Uyuni. Nie robiła mi dużej różnicy poranna pora, bo i tak nie mogłam spać 😀 Na lotnisko dostałam się taksówką i spędziłam parę chwil, podziwiając widoki oraz wyczekując kolejnego etapu mojej wyprawy.




Przy okazji tego lotu nadmienię Wam o jednej ciekawostce. Jak wiecie, byłam dość na styk z moim podręcznym bagażem. Momentami z jednego plecaka generowałam dwa, z czego jeden biegowy – malutki (pokazywałam Wam zdjęcie tego systemu z Samaipaty). Miałam parę ubrań wierzchnich. Lotniska brzmiały stresująco. Ukrywanie mniejszego plecaczka pod polarem i różne inne sztuczki tego typu. Ale zobaczyłam ludzi na tych wewnętrznych lotach i totalnie przestałam się przejmować 😀 Lokalne panie z wielkimi torbami, każda z nich większa od mojego plecaka, w obu rękach. Takie wyjęte ze zdjęć z egzotycznych krajów. Nikt nie robił im problemów, więc dość szybko ja również przestałam się przejmować 🙂
O tym dniu wiele nie poczytacie, bo jego głównym założeniem był transport. Lot do Uyuni i przejazd do Tupizy, z której miałam kolejnego poranka wyruszyć na moją kilkudniową wycieczkę, by zgłębić dziką naturę południowej Boliwii i zdobyć Uturuncu. Jak miały się moje oczy? Fatalnie 😦
Lot trwał godzinkę, niebawem więc znalazłam się w Uyuni (znanym głównie z solnej pustyni, która jednakowoż była wkalkulowana w plan nadchodzącej wyprawy, więc tego dnia nie obrałam jej za cel). Miałam 11h do busa, więc dzień chciałam spędzić spokojnie, spacerując po mieście i pozwalając odpocząć moim biednym oczętom. Z lotniska do miasteczka wybrałam się więc pieszo (czym chyba dość mocno zaskakiwałam mijających mnie kierowców). A wchodząc do Uyuni poczułam się zupełnie jak na Dzikim Zachodzie 😮










Poza spacerem (nie było wiele do zwiedzania), zjadłam, wypiłam, wymieniłam więcej gotówki. Nawet zwróciłam w kantorze uwagę, że chcę podstemplowane banknoty (tak radzili ludzie w internecie, bo wtedy kantor potwierdza ich autentyczność). Okazało się, że ostemplowano je uprzednio, nie przy mnie, ale miły pan pokazał mi znaczek na każdym z nich 🙂
Spędziłam sporo czasu leżąc na ławeczce w słońcu. Z zamkniętymi oczami. Bolały przeokrutnie, możecie mi wierzyć… Nie mam Wam o tym dniu wiele do opowiedzenia. Ale kiedy siedziałam sobie przy stoliku jednej z knajpek, sącząc piwko, obok przysiadła się cała ekipa radosnych ludzi. Jako solo podróżnik niejednokrotnie zdarza mi się zapoznać ciekawe osobowości, więc, słysząc, iż wrócili oni z wycieczki analogicznej do mojej nadchodzącej, zdecydowałam się zagaić i w efekcie dosiąść do tej ekipy 🙂 Zdradzili mi oni również lokalizację mało znanej pizzerii, do której właśnie mieli się udać, a które otwierała się dopiero pod wieczór. Zastrzegli, że można tam płacić tylko gotówką i że trzeba zapukać, żeby mi otworzono. Po czym na chwilę się rozstaliśmy.
Nie dość, że poznałam świetnych ludzi, to jeszcze odkryłam ciekawe miejsce! W Minuteman Pizza zostawia się bagaż w przedpokoju, bo sam pokój jadalny jest dość ciasny. Zamiast numerka zamówienia, otrzymujecie kartę do gry, po której identyfikują Was kelnerzy. Co jakiś czas donoszą świeżo upieczonych ciastek, którymi pachnie w całym lokalu ❤ Jedzenie i picie wyglądało świetnie, chociaż ja nie skusiłam się już na żaden posiłek (tym razem!), ale atmosfera była wspaniała i zapisała się w mojej pamięci 🙂




Wieczorem odnalazłam swojego busa (wcześniej w ciągu dnia byłam na dworcu upewnić się, że wszystko będzie zgodnie z planem i wydrukować mój bilet), widocznego na zdjęciu powyżej. Poznana wcześniej ekipa uświadomiła mi, że busy typu „cama” to busy sypialne, których fotele rozkładają się do 150 stopni, co brzmiało zachęcająco. Odszukałam więc odpowiednie miejsce – przystanek mojego „rydwanu”. Z jakiegoś powodu, a do tej pory tego żałuję, wrzuciłam plecak do bagażnika. I wsiadłam. Czemu żałuję? Ło matko…
Podejrzane mi się wydało, kiedy zobaczyłam, że sporo osób, wchodzących do busa, dzierży koce. Miałam rację… Nie spodziewałam się braku ogrzewania, naprawdę. Miałam miejsce pojedyncze, przy oknie. Oknie, od którego straszliwie ciągnęło. W końcu wysokość, na której przebywaliśmy, oscylowała koło 3 tys. m n.p.m., a była noc. Zwinęłam się więc w kłębek na fotelu, przykryłam stopy polarkiem, który na sobie miałam. Schowałam nos w kołnierz. I się telepałam z zimna. Całą drogę. 4 bite godziny.
Tak jakby poprzednie noce były ciepłe i przespane, nie? 😀 Także wskazówka dla Was – zawsze bierzcie ze sobą warstwy do busów w Boliwii. Nigdy nie wiadomo, co Was spotka.
Do Tupizy dotarłam koło północy. Następnego dnia zbiórkę miałam znów o świcie, więc jedyne, co zrobiłam, to ruszyłam w stronę hotelu, by jak najszybciej się ogarnąć. Mój pokój tym razem również wychodził drzwiami bezpośrednio na dwór, ale miałam jednak grzejniczek ❤ I chociaż prysznic nie był taki, o jakim marzyłam, a zrobione na szybko pranie nie wyschło do rana, to pod kilkoma ciężkimi kocami czułam się dużo bardziej komfortowo niż się spodziewałam. Naprawdę przyjemnie było nie trząść się z zimna 😀 Odpaliłam sobie przeciwkomarową świeczkę w puszce, którą zabrałam ze sobą w podróż, ale akurat zrobiłam to bynajmniej nie dlatego, że przeszkadzały mi owady, tylko poczułam potrzebę powdychania olejków, które oczyszczą mi zatoki i może przyniosą nieco ulgi obolałej od oczu głowie. Ostatecznie miałam przed sobą krótki, ale naprawdę niezły sen. Szczególnie jak na mnie 😀

na ‚cama bus’

w Tupizie

Day 5
| czyli 1. dzień z La Torre Tours
| El Sillar, Nazarenito, Ciudad del Encanto, San Pablo de Lípez, San Antonio de Lípez, Quetena
Start mojej docelowo 5-dniowej wycieczki z biurem podróży zaplanowany był na 7:30. Niedługo wcześniej więc zebrałam się z pokoju i poszłam na urocze śniadanko. Czemu mówię o czymś tak mało ważnym? Bo jeden stolik dalej siedziała pewna anglojęzyczna para. Kobieta skarżyła się mężowi, że bardzo zmarzła w nocy, co właśnie mocno mnie zaskoczyło, bo po moich wcześniejszych doświadczeniach ta noc wydała mi się naprawdę temperaturowo optymalna. Niemniej ja jestem zwierzęciem chłodnolubnym i zazwyczaj jest mi cieplej, niż innym. A upałów nie znoszę (chyba już wspominałam 😀 ). Drugi powód, dla którego o tym wspominam? Niedługo później okazało się, że wspomniana para to moi przyszli towarzysze wyprawy i niesamowicie ich polubiłam przez te kilka dni. Rewelacyjni ludzie! W przypadku takich szalonych dusz różnica wieku nie ma żadnego znaczenia. I mam teraz bazę wypadową, gdybym chciała kiedyś odwiedzić Kanadę 😉
Ale nie uprzedzajmy faktów! Po jedzonku wyszłam do biura podróży opłacić resztę kwoty (zaliczka przelewana była podczas rezerwacji). Normalnie zalecenie jest, by zrobić to dzień wcześniej, ale informowałam organizatorów o mojej sytuacji i zgodzili się na płatność w dniu wyjazdu 🙂
Cóż się okazało? Że Uturuncu nie będzie ;( Nie znaleźli się chętni na 5-dniową wycieczkę ze wspinaczką na ten szczyt, więc miałam wziąć udział w wyprawie ukróconej o jeden dzień i o główny cel mojej podróży do Boliwii. Czy było mi przykro? Oczywiście. Tym razem jednak chciałam nauczyć się dostosowywać do sytuacji i nie płakać nad rozlanym mlekiem, tylko korzystać z tego, co przynosi mi życie. Więc serduszko ścisnęło mi się tylko na chwilkę. Zdobyłam już swój pierwszy pięciotysięcznik. Szóstka mogła poczekać kolejny rok. Nie znaczyło to, że się poddaję. Niemniej zaakceptowałam niskie prawdopodobieństwo realizacji tego marzenia podczas aktualnej podróży. Takie rzeczy się zdarzają, szczególnie poza sezonem i w przypadku dość ekstremalnych jednak atrakcji. Byłam wcześniej uprzedzona, że może dojść do takowej modyfikacji wycieczki, ale do końca chciałam wierzyć, że uda się po mojemu. NO TRUDNO!



Po rozliczeniu się, gdy wyszłam przed biuro, spotkałam właśnie tę parę ze śniadania. Lena i Charles – małżeństwo z Kanady, pracujące na co dzień w liniach lotniczych. Fascynujący ludzie. Lena buchała energią i pozytywnym nastawieniem. Charles był zabawny i uroczy. Oboje okazali się świetnymi towarzyszami i partnerami do konwersacji. Generalnie nie mogłam sobie wybrać lepszego towarzystwa na nadchodzące 4 dni. Poza Kanadyjczykami czekała również młoda dziewczyna ze Stanów Zjednoczonych, Caroline. Ona akurat wyglądała na dość nieśmiałą, co mocno kontrastowało z Leną.
Przy naszej terenówce czekał już nasz przewodnik na nadchodzące dni – Lucio. Niedługo później okazało się, że jedzie z nami również nasza kucharka – Augustina. Bagażnik zapełniały produkty na najbliższe dni, a dodam, że na szczęście dostępne było wybranie opcji wege. Nasze bagaże wrzucone zostały na dach, przypięte i zakryte plandeką, by zapobiec ukurzeniu podczas jazdy przez tereny zbliżone do pustynnych. Już wtedy furorę zrobiła wielkość mojego plecaczka 😀 Pozostali członkowie nie mogli mi uwierzyć, że to mój cały bagaż na dwa tygodnie w Boliwii 😀 Okazało się też, że wszyscy uczestnicy zapłacili za wyprawę mniej, bo nie wymagali angielskiego przewodnika (tylko ja się porwałam na Amerykę Południową bez znajomości hiszpańskiego), a jednak przewodnik był wspólny i wszyscy dzięki mnie mieli dużo łatwiej 😀
Ruszamy! Lucio załączył jakąś boliwijską muzykę i wywiózł nas w nieznane, ku terenom nieucywilizowanym. Dość szybko krajobraz zrobił się naprawdę egzotyczny i było co podziwiać 🙂










Muszę Wam powiedzieć, że z tej wyprawy pewnie będzie więcej zdjęć niż tekstu (co zapewne Was ucieszy 😀 ). Ale zdecydowanie jest co oglądać 🙂
Następny postój nie był postojem planowym, ale nie mieliśmy sztywnego harmonogramu, więc nasz kierowca i przewodnik pozwolił nam nacieszyć się wielkim stadem pasących się lam. Wtedy to było jeszcze duże przeżycie, później już takie atrakcje stały się powszednim elementem krajobrazu, chociaż nadal budziły w nas radość 🙂
Nie jest to też moment na wspominanie o wikuniach, ale nie wiem, kiedy ten moment byłby odpowiedni, bo niektóre zdarzenia z tych kilku dni mi się mieszają, więc wtrącę go tutaj 😉 Sam fakt istnienia zwierząt, zwanych wikuniami, został nam podany dość szybko, dlatego umieszczam ten temat już teraz. A więc wikunie. Lucio mówił na nie „sexy lama”, co z jednej strony było zabawne, a z drugiej dość prawdziwe 😀 Bo lamy są przysadziste, puchate i niezdarne. A wikunie, to takie lamy, tylko smuklejsze, zwinne, zgrabne i w ogóle z zachowania bardziej jak sarenki. Podczas wyprawy widzieliśmy niejedną wikunię 🙂









Następny cel? Górnicza wioska Nazarenito, w której mieliśmy zatrzymać się na obiadek. Do tej pory Augustina większość trasy spędziła śpiąc na siedzeniach za nami, ale niebawem miałam powstać i przyrządzić nam zaskakująco smaczny i pełny posiłek ❤ Tymczasem my mieliśmy nieco czasu dla siebie, który wykorzystaliśmy na „zwiedzenie” wioski. A czemu w cudzysłowie? No bo w zasadzie niewiele tam było do zwiedzania. Ale trafił się kościół. I niezwykle pomysłowy plac zabaw, który był czystym wyrazem kreatywności! Niedługo później zostaliśmy zawołani na posiłek. Okazało się, że Augustina była przygotowana na taką ilość wegetariańskiej kuchni, że wszyscy spokojnie poczęstowali się również moim jedzeniem (a nawet przyznali, że jest smaczniejsze :D). Po obiadku spakowaliśmy manatki i ruszyliśmy w dalszą drogę ku nieczynnej kopalni i kolejnym atrakcjom dnia 🙂













W drodze do kopalni Caroline zaczęła wykazywać oznaki choroby. W głowie mi się nie mieści, jak dziewczyna, która tyle czasu spędziła w Boliwii, mogła nie mieć ze sobą okularów przeciwsłonecznych, ale dałam jej swoje, a do tego leki na ból głowy i te śmieszne tabletki na wysokościówkę. Głównie ponoć bolała ją wtedy głowa. Zamknięte oczy, łzy. Zrobiło się nieciekawie. Do opuszczonej kopalni wyszliśmy bez niej, ona została w samochodzie z Lucio.
Pani, która opowiadała nam o kopalni, nie znała niestety angielskiego. Lena tłumaczyła mi co umiała, ale przyznam, że dużo z tego nie pamiętam, a i informacji dostałam około połowy. To, co wiem, to że pracujący tam Boliwijczycy byli traktowani niewolniczo i wielu z nich niestety traciło życie. Warunki straszne, a i okupant okrutny.
Po krótkiej opowieści i spacerku po ruinach, ruszyliśmy dalej. Niedługo mieliśmy doświadczyć najlepszego widoku na moje wymarzone Uturuncu, jakie było mi dane podczas całej podróży.











Po widoczkach z okolic kopalni czas na widoczki z Uturuncu w tle, moi drodzy 🙂 Caroline usiłowała spać, a nasza trójka wyszła na wietrzne wyżyny (wys. 4855 m n.p.m.), żeby podziwiać ❤ Lena pozawijała się w kilka warstw ubrań. A mnie rozgrzewał widok 😉






Jak widać na powyższych zdjęciach (a naprawdę się powstrzymywałam, żeby nie dodać ich dużo więcej!), zrobiło się już naprawdę późno. Zbliżała się noc. Caroline przestało doskwierać słońce, zaczęło jej się robić zimno. Pozostała część grupy podziwiała widoki. Niebawem znaleźliśmy się w pierwszym na trasie schronisku w Quetena. Pusto wszędzie, głucho wszędzie…
Rozpakowaliśmy bambetle i ruszyliśmy do pokoi. Ja miałam wersję standard i spałam z Caroline. Lena i Charles mieli wykupione lepsze warunki noclegowe (mieli nawet swój prysznic!). Kochani ludzie, od razu mówili, że mogę do nich wpadać i korzystać z ich łazienki ❤ Niestety problemem nie okazała się akurat łazienka (zapłaciłam gospodyni za prysznic i szybko przekąpałam się w dostępnej łazience). Problemem okazało się zdrowie Caroline. Oddałam jej przysługujący mi śpiwór, nakryłam czym się da, dałam leki. A dziewczyna leżała w dreszczach. Pojawiły się objawy gastryczne. Lucio podał jej tlen i udało się zasnąć. Nasze wspólne przemyślenia nakierowały nas na zatrucie połączone z chorobą wysokościową. Biorąc pod uwagę, że zadała nam ona wcześniej pytanie, czy myślimy, że można pić wodę z kranu, zaskakujące jest, że zatruła się dopiero po miesiącu w Boliwii… Niemniej jej stan był przykry i już domyślałam się, że czeka mnie ciężka noc. Wtedy jeszcze myślałam, że tylko dlatego, że przecież nie odbiorę jej śpiwora, więc będę zamarzać.
Usiedliśmy sobie z Leną i Charles’em w kuchni, złota kobieta, Augustina, przygotowała nam posiłek. Niedługo dowiedziałam się, jakie skarby kryją bagaże moich towarzyszy 😀 Odrobina alkoholu na rozgrzewkę brzmiała jak fantastyczny pomysł. W budynku obok zaś zatrzymała się druga ekipa wycieczkowa, którą para Kanadyjczyków poznała dzień wcześniej w Tupizie, więc poszliśmy do nich spędzić wieczór w większym gronie. Przyznam, że było naprawdę sympatycznie. Chociaż zimno!






Z ciekawostek. Ostatnie zdjęcie powyżej pokazuje zamek z doczepionym sznureczkiem. Czemu to ważne? Bo jak w nocy chcieliśmy wrócić do swojego budynku, to zastaliśmy zamknięte drzwi 😀 Po chwili paniki, pukania, a nawet cichych okrzyków, w końcu udało mi się odnaleźć kawałek sznureczka, wystający na zewnątrz. W ciemnościach nie udało mi się dokładnie przyjrzeć konstrukcji, ale po krótkiej analizie uznałam, że to chyba jest nasze rozwiązanie. Pociągnęłam i zamek się otworzył. Cudowne! 😀 Niebawem byliśmy już w swoich pokojach.
Jak moja noc? Fatalnie. Telepało mnie z zimna bezlitośnie. Ponadto Caroline często wstawała i wychodziła do toalety. No snu nie było dla żadnej z nas.
Day 6
| czyli 2. dzień z La Torre Tours
| Laguna Colorada, “Sol de Mañana” Geysers, Desierto de Dalí, Laguna Verde, hot springs, Villamar (Huayllajara)
Ranek przywitał nas czasem na trudne decyzje. Caroline potrzebowała lekarza. Nie mogła jechać dalej. Musieliśmy coś wymyślić. W końcu udało nam się ustalić, że dziewczyna zostanie w schronisku, lokalsi wezwą do niej pomoc, a my nie będziemy po wycieczce jechać bezpośrednio do kolejnego zaplanowanego schroniska, tylko wrócimy do niej. Wtedy dowiemy się, w jakim jest stanie, a także jakie mamy dalsze opcje.
Wydawało się, że mamy konsensus. Ale niebawem nastąpiła pierwsza sytuacja, która zaburzyła moje zaufanie do naszego przewodnika. Wiem, że został on postawiony w trudnej sytuacji. Tylko jednak wydawało mi się, że powinniśmy rozmawiać szczerze i wspólnie decydować. A nawet, jeśli nie mielibyśmy wpływu na decyzje Lucio, powinien nas o nich informować.
Otóż, wiedząc, że z internetem może być kiepsko, miałam porobione screeny planu wyprawy. W zasadzie w ramach ciekawości, śledzenia naszej trasy i identyfikowania mijanych atrakcji. Tegoż dnia pierwszym punktem planu była Laguna Kollpa. Możecie więc wyobrazić sobie moje zdumienie, gdy Lucio zatrzymał auto i powiedział, że odwiedzamy właśnie Laguna Colorada, która, zgodnie z moją najlepszą wiedzą, miała być ostatnią atrakcją tego dnia. Najpiękniejszą z lagun, okraszoną zachodem słońca. Przyłapany na kręceniu, Lucio przyznał nam, że zdecydował się obrócić plan dnia do góry nogami. Czyli mieliśmy zwiedzać atrakcje w odwrotnej kolejności. W zasadzie pewnie bym nie miała nic przeciwko temu, gdyby nie ta próba zatajenia przed nami zmian. Wyszliśmy na spacer nad lagunę. Lucio kazał nam wrócić bodaj za 15min, czy pół godziny (dodajmy, że w planie mieliśmy mieć tu godzinę), ale piękno tego miejsca sprawiło, że naprawdę nie spoglądaliśmy na zegarki. Nie mogliśmy się rozstać z tym miejscem. I chociaż Lena czuła się mocno zawiedziona (i nie można jej za to winić), że nie doświadczamy tu zachodu słońca, to jednak nie dało się narzekać. O tej porze nie spotkaliśmy tam żywego ducha. A cisza, wypełniana skrzekiem flamingów, była magiczna.










Ostatecznie spędziliśmy nad laguną faktycznie prawie godzinę 😀 I nie ze złośliwości. Po prostu co krok zatrzymywaliśmy się podziwiać i robić zdjęcia.
Ruszając dalej, pilnie śledziłam nasz plan dnia, mając na uwadze, że wszystko ma być od tyłu. Czyli kolejny punkt – “Sol de Mañana” Geysers. To by się nawet zgadzało 🙂 Gejzerów i innych gorących źródeł naoglądałam się już na Islandii, gdzie są one naprawdę imponujące, ogromne i różnorodne, niemniej taka ciekawostka zawsze spoko 🙂




Niebawem znaleźliśmy się w miejscu z gorącymi źródłami, gdzie wysadziliśmy Augustinę, żeby przygotowała posiłek, podczas gdy my odwiedzimy Pustynię Dali’ego, by niebawem wrócić na czas relaksu. Coś mi się czasowo nie sumowało w tym pomyśle, gdy słyszałam, jak Lucio mówi, za ile minut wrócimy. Tylko co ja tam się znam?
Desierto de Dalí to piękna przestrzeń, zwana tak przez skałki, tworzące abstrakcyjne kształty. Przyjemna dla oka ciekawostka. Po chwili Lucio wesoło zakomenderował powrót na posiłek. W tym momencie zaingerowałam. Jednak w planie była jeszcze Laguna Verde, określana jako szmaragdowa. Zwróciłam na to uwagę naszemu przewodnikowi, który poinformował nas, że o tej porze dnia nie ma sensu tam jechać, bo światło słoneczne układa się tak, że kolor nie jest wyjątkowy, a droga zajęłaby nam 2h w jedną stronę. Sytuacja wywołała niemałe oburzenie u moich kanadyjskich towarzyszy, szczególnie Leny. Nie zostaliśmy rano poinformowani o tym, że zmiana planu (której nikt z nami nie uzgadniał, ani nawet nam dobrowolnie nie zakomunikował) wpłynie na jego okrojenie. Rozumiałam trudną sytuację naszego przewodnika, wciąż stresującego się o zdrowie Caroline, ale jednak nie zachował się względem nas w porządku. W dodatku z moich obliczeń do laguny mieliśmy ok. 0,5h jazdy, czyli czterokrotnie mniej, niż nam powiedział. Jasne, to on znał te tereny, a ja opierałam się na danych z aplikacji, ale różnica zdawała się dość dziwna.
Ostatecznie Lucio pozostawił nam decyzję i ustaliliśmy, że chcemy zobaczyć szmaragdową wodę laguny, nawet jeśli miała się okazać zupełnie nie-szmaragdowa. Osobiście bardzo starałam się nie czuć urazy do naszego przesympatycznego przewodnika, niemniej wytworzyło się we mnie nieco nieufności i negatywnych uczuć.
Wyszło na to, że do Laguny Verde faktycznie jechaliśmy ok. 0,5h i może nie była ona tak szmaragdowa, jak byłaby o innej porze dnia, ale widok był wciąż imponujący. Mimo sporego wiatru, chętnie spędziliśmy nieco czasu poza samochodem, podziwiając i robiąc zdjęcia 🙂









Laguna Verde jest już na granicy z Chile. Widoczna za nią góra to wulkan Licancabur (5920 m n.p.m.), leżący dokładnie na granicy. Czy wygląd laguny miał być inny i miały nam opaść szczęki? Tak. Czy ktoś uzgodnił z nami to, że nas to ominie? Nie. Czy było pięknie, a jednak wszyscy troszczyliśmy się o Caroline? Oczywiście!
Wracając na obiad i ciepłe źródła, staraliśmy się porzucić niesnaski i zapomnieć o niesmaku sytuacji, by korzystać dalej z wycieczki i z uśmiechem odbierać każdy dzień. W jakich okolicznościach lepiej godzić się z sytuacją, niż w gorącej wodzie z pięknym widokiem?





Po relaksującej kąpieli ruszyliśmy z powrotem w kierunku schroniska Quetena, gdzie zostawiliśmy rano Caroline, by dowiedzieć się, jak się czuje. Po drodze napotkaliśmy jeszcze urocze stado lam 😀

Zastaliśmy naszą koleżankę ze Stanów w dużo lepszej kondycji, niż żegnaliśmy ją rano. W ciągu dnia przyjechała do niej grupa lekarzy z UNICEFu i zaaplikowali jej jakiś zbawienny zastrzyk. Jaką ja lekcję wyciągnęłam z tej sytuacji? Otóż gdy Caroline tłumaczyła nam, że panowie przykazali jej nie brać prysznica przez 2-3 dni, żeby bakterie nie dostały się przez mikro-ranę po igle do jej organizmu, ja powoli uświadamiałam sobie, czemu rana na nodze, którą moje ukochane kocisko mnie pożegnało, zaognia się z każdym dniem, mimo korzystania ze środków odkażających. Caroline miała niewidoczny ślad po ukłuciu. Ja miałam rozcięcie na kilka centymetrów. I nie unikałam pryszniców 😀 Jest to dokładnie powód, dla którego podczas podróży do Boliwii każda rana to dużo większa utrata HP niż normalnie 😀 Możecie mi zaufać – wróciłam do Polski z poważną, zakażoną raną (a przecież wyjeżdżałam z zadrapaniem, może głębokim, ale jednak niewielkim). Na szczęście w Polsce stan zaczął się szybko poprawiać, co nie zmienia faktu, że zostałam z niemałą szramą – wieczną pamiątką po Boliwii i moim kotku 😀
Koniec dygresji! Stan Caroline pozwalał na przemieszczanie się. Lucio sugerował zostanie na noc w obecnym schronisku, ale przeliczyłam czas, który rano musielibyśmy poświęcić na przejazd i założyłam, że ponownie będzie nas to kosztować jakąś atrakcję. Upewniwszy się, że przewodnik czuje się na siłach, by prowadzić, spakowaliśmy manatki i ruszyliśmy na planowy nocleg do schroniska Villamar w Huayllajara. Zapłaciłam za prysznic, żeby być fair, ale z wygody wzięłam go w prywatnej łazience Leny i Charlesa, zamiast wspólnej. A w schronisku chyba lubili lamy 😀



Day 7
| czyli 3. dzień z La Torre Tours
| Italia Perdida, Laguna Turquiri/Negra, Cañón de la Anaconda, Salar de Uyuni, Villa Candelaria
Po złym samopoczuciu Caroline nie było śladu ❤ Zapowiadał się piękny dzień, który miały zwieńczyć pierwsze odwiedziny na solnej pustyni. A startowa atrakcja dnia? Italia Perdida, czyli formacje skalne, których nazwa wywodzi się od legendy o Włochu, który zaginął w tych okolicach. Dość dziwny pomysł na określenie skał na pustyni, ale co ja tam wiem 😀










Po poprzednim dniu nie spodziewałam się ponownie flamingów. Zostałam jednak zaskoczona. Tym razem zestawienie okazało się wręcz niesamowite – lamy i flamingi oraz inne ptactwo, zgromadzone wokół jednej laguny, korzystające z wody i pasące się. Urocze stworzonka, które w ogóle nie bały się ludzi. Nie mam pojęcia, jak nazywała się ta laguna, ale był to bardzo przyjemny przystanek 🙂







Następny przystanek? Laguna Turquiri tudzież Laguna Negra. Wydaje mi się, że te nazwy są zamienne, ale nie mogę Wam tego powiedzieć na 100% niestety, więc weźcie poprawkę na margines błędu mej percepcji. Miejsce to znajduje się między skałkami i już na wejściu zastaliśmy znaki „no inca toilet here”. Co to znaczy? Otóż podczas tej podróży Lucio nieraz mówił nam, że w razie potrzeby możemy skorzystać z tzw. „inca toilet”, czyli po prostu z natury dookoła 😀 Najwidoczniej to faktycznie przyjęte określenie, a nie jego wymysł, i w tym punkcie trasy zabroniona była taka ingerencja w krajobraz 😀 Czy było ładnie? Wspaniale ❤ Ponadto widzieliśmy jakiegoś pustynnego króliczka (z oddali, więc nie jestem w stanie dokładnie zidentyfikować gatunku). Bardzo przyjemne miejsce!















Mieliśmy sporo zabawy na tym terenie. Naprawdę było co oglądać i gdzie się wdrapywać ❤ Już nie mówiąc o tym króliczku, który chyba był naszym stalkerem przez jakiś czas 😀 Jak się oddaliliśmy, to wyszedł na skałę i nas obserwował!
Kolejnym przystankiem naszej podróży miał być Cañón de la Anaconda. W planie nie było jednak przebywanie wewnątrz kanionu, tylko obserwacja tego krajobrazu z góry, na jednej z jego „ścian”. Anaconda zaś, to rzeka, która nim płynie, a jej nazwa ponoć wywodzi się od tego, jak jest kręta. Wije się między skałami niczym gigantyczny wąż ❤





W drodze do naszego miejsca zakwaterowania (i jeszcze jednej atrakcji, o której nie wiedzieliśmy) zatrzymaliśmy się na jedzonko. Uwielbiam (jak już pewnie wiecie) jeść w ładnych miejscach ❤









Czas na niespodziankę! Otóż zajechaliśmy do sklepu po środku niczego. Totalne pustkowie. Szczerze powiedziawszy vibe był mocno jak z westernu 😀 Zarówno okolice, jak i wystrój samego miejsca! Kupiliśmy sobie po piwku (seria z wyborem: kaktus, quinoa albo liście koki) i w całej tej abstrakcyjnej otoczce tańczyliśmy sobie do muzyki, która grała w głośnikach przed sklepem 😀












Tego dnia miejsce noclegu nie było jednak naszym ostatnim punktem planu. Po zostawieniu rzeczy w solnym hotelu (we wnętrzu zarówno ściany, jak i miejscami podłoga, były wykonane z soli), mieliśmy doznać naszego pierwszego doświadczenia z solną pustynią – Salar de Uyuni. Tego wieczoru zachód słońca miał nas zachwycać nad bezkresem białości.
Co wyjątkowego jest w tym miejscu? Jedną z najbardziej znanych cech Salar de Uyuni jest zaburzona perspektywa. W sieci można znaleźć ogrom zdjęć, wykorzystujących właśnie tą właściwość. Cały obszar to pozostałości po wyschniętych słonych jeziorach. Zależnie od pory roku i pogody część pustyni bywa zalana, wtedy znana jest również z przejrzystości i tego, jak odbicia w tafli wody wyglądają nieomal równie rzeczywiście, co postaci, które przedstawiają. W nas narastała ekscytacja pierwszego zetknięcia z tym niezwykłym zjawiskiem, jakim jest niekończący się ogrom soli pod nogami.












Lucio postanowił zaskoczyć nas jeszcze raz tego dnia i przygotował dla nas niewielki poczęstunek dla uczczenia wspólnej podróży. Wspólnie napiliśmy się jakiegoś dziwnie niebieskiego trunku i zajadaliśmy przekąski, podziwiając krajobraz. Zaczynało się robić naprawdę chłodno, pod koniec tej wycieczki dziewczyny już chowały się w samochodzie. A mnie się czasem przydaje to, że zawsze jest mi cieplej niż innym 😀 Tylko nie w ciepłych krajach latem!
Czy czuliśmy zaburzoną perspektywę już na tym etapie? Może troszkę. Ciężko nam było ocenić, w jakiej odległości od nas przejeżdżają samochody z innymi grupami wycieczek. Niemniej z tą cechą solnej pustyni mieliśmy się pobawić kolejnego dnia 😉









Wracając z solnej pustyni odczuwałam pewien poziom stresu związany z faktem, że podczas całej tej wycieczki niestety zdarzyło nam się potrącić wikunię. To nie była wina Lucia, bo wyskoczyła ona prosto na naszą maskę zza górki po naszej lewej, nie było opcji na reakcję. Serce mi stanęło. Bestyjka zsunęła się z drugiej strony naszego samochodu, przysiadła. Zamarliśmy. Nie minęło jednak nawet kilka sekund, a podniosła się i uciekła. Jadąc więc teraz między terenami pagórkowatymi, jeszcze po ciemku, odezwał się we mnie stres pozostały po tamtym wydarzeniu. Na szczęście jednak nic się nie stało 🙂 Dojechaliśmy bezpiecznie na ostatni podczas tej wycieczki nocleg (miałam nadzieję, że też ostatnia to będzie noc, podczas której będę zamarzać :D). Szybki prysznic, szybki posiłek i, po raz ostatni, usiedliśmy razem na wieczorny kieliszek. Naprawdę świetnie się czułam w towarzystwie Leny i Charlesa ❤
Day 8
| czyli 4. dzień z La Torre Tours
| Isla Incahuasi, Salar de Uyuni, Colchani, Cementerio de Trenes, Uyuni
Wschód słońca na wyspie kaktusów po środku siegającej po horyzont białej pustyni. Nawet ja ubrałam się w kilka warstw. Salar de Uyuni leży na wysokości powyżej 3600 m n.p.m. i jednak jest totalnym pustkowiem, więc noce są okrutnie zimne. Nie chciałam, żeby dreszcze przeszkodziły mi w doświadczaniu wschodu słońca 😀
Z góry przepraszam za liczbę zdjęć z tego miejsca, ale było zachwycające ❤ Nie mam pojęcia, ile czasu tam spędziliśmy, ale po prostu nie mogliśmy przestać podziwiać. Spotkaliśmy też znajomych z pierwszego noclego, którzy mieli drona 😮 Żałuję, że nie wzięłam od nich kontaktu, miałabym teraz zdjęcia z góry!
Liczba i wielkość kaktusów mnie zszokowały. Do tego, mimo faktu, iż wzniesienie było niewielkie, zapewniało znaczne oddalenie się horyzontu, pozwalając podziwiać zapierającą dech w piersiach połać wszechobecnej soli ❤




















Napisałam Wam o znacznej liczbie zdjęć, ale powinnam była uprzedzić – z tego dnia nie będzie dużo treści, ale będzie naprawdę OGROM ZDJĘĆ 😀 To nie jest dużo zdjęć. To jest lawina zdjęć 😀
Po zejściu z wysepki rozłożyliśmy się na solnym stoliku ze śniadaniem i obserwowaliśmy dzieciaki, które przyjechały z występem lokalnego tańca w tradycyjnych strojach 😀 I nawet jakiś uroczy ptaszek przyleciał nas odwiedzić!






Po śniadanku ruszyliśmy dalej wgłąb Salar de Uyuni, by porobić sobie duuuuużo fajnych zdjęć i filmików 😀 Czeka Was teraz zabawa z perspektywą! Jedyny personalny plan, jaki miałam na zdjęcia to… Moje logo 🙂 Miałam rozrysowane, jaki cel chcę osiągnąć i szykowałam się na podskakiwanie w jednym bucie i pracę z wygięciem ciała, żeby wyglądało, jakbym się o niego opierała. Z pomocą przyszedł Charles, który się schował za butem i wystawił ręce, o które mogłam się faktycznie oprzeć, ale nie było to łatwe! Niemniej zapewniło nam sporo zabawy 😀 Do jednego z filmików wciągnęliśmy też naszą kucharkę – Augustinę ❤ Łapcie efekty sesji! P.S. Wybranego do logo zdjęcia nie wrzucam, bo macie je dostępne 😉








Mieliśmy naprawdę ogrom frajdy podczas tej sesji 😀 Zbliżał się jednak koniec wycieczki. W planie były jeszcze tylko dwa punkty, a najbliższym z nich był Playa Blanca salt hotel, przy którym znajduje się solny pomnik rajdu Dakar i ogrom pięknych flag 🙂 Zaraz potem zaś targ miasteczka Colchani, gdzie kupiłam sobie śliczny sweterek ❤ Niedługo później zaś zatrzymaliśmy się na obiadek w kolejnym solnym budynku, przy którym kręciło się kilka uroczych szczeniaków z mamusią 🙂








Posililiśmy się, porozpieszczaliśmy szczeniaki (a raczej one nas) i ruszyliśmy do Uyuni. Ostatni punkt programu – cmentarzysko pociągów – znajdował się już w okolicy miasteczka. Zbliżał się koniec naszych wspólnych przygód. Ale zanim – oto Cementerio de Trenes.











Tym sposobem zakończyła się nasza przygoda z La Torre Tours. Lucio odstawił nas na dworzec w Uyuni i się pożegnaliśmy.
Chyba Wam jeszcze o tym nie pisałam, ale podczas tych czterech wspólnych dni wciąż online szukałam kogoś, kto mógłby ze mną wejść na Uturuncu tego dodatkowego dnia, który mi został przez skrócenie wycieczki właśnie o trekking na wulkan. Niestety – nie udało się. Zamiast się denerwować, że główny cel całej mojej podróży pozostanie w sferze marzeń, spięłam się w sobie i wymyśliłam zastępstwo. Wykupiłam wycieczkę nad jezioro Titicaca – gigantyczny zbiornik na granicy Boliwii i Peru. Słyszałam o nim same dobre rzeczy, a będąc już w Peru miałam zbyt napięty grafik, by je odwiedzić, więc uznałam, że wykorzystam ten ostatni dzień w Boliwii właśnie na delektowanie się jeziorem.
Czemu o tym wspominam? Nie mówiłam Wam chyba jeszcze, że z negatywów Boliwia słynie ze strajków w postaci blokad drogowych. Wiedziałam, że bywają dość częste. Miałam jedak szczerą nadzieję, że podczas mojej dwutygodniowej wyprawy (z czego w samej Boliwii 9 dni i dziesiąty na przejazd do Peru) może mnie to ominie. Figa! Właśnie trwały blokady. Na dworcu zostaliśmy poinformowani, że jeszcze nie wiadomo, czy wieczorne busy wyjadą, czy zostaną odwołane. Pozostało nam więc czekać. Naprawdę, naprawdę wierzyłam, że pojadę. Niemożność zdobycia Uturuncu wydawała mi się dostatecznym pechem podczas tego wyjazdu.
Z wiarą w serduszku więc poszliśmy z ekipą chwilę pospacerować po Uyuni, kupić pamiątki (między innymi sweterek dla mojej ukochanej siostry!), po czym, wieczorem, zabrałam ich do tej wspaniałej pizzerii, którą poznałam parę dni wcześniej – Minuteman Pizza ❤
W Uyuni, jak na zawołanie, pogorszył się stan moich oczu. Rzadko o tym wspominam, bo starałam się korzystać z wyjazdu na 100%, ale ból doskierał mi każdego dnia, a tego wieczoru ponownie miałam poczucie, że moje gałki oczne eksplodują. W pizzerii sporo czasu spędziłam z zamkniętymi oczami. Ciężka sprawa, muszę przyznać. Ale tym razem chociaż zdecydowałam się zamówić jedzonko i powiem Wam, że było pyszne 🙂 Kiedy wychodziliśmy na dworzec, dowiedzieć się, jak się ma sytuacja, skorzystaliśmy też z oferty świeżo pieczonych, ogromnych ciastek, o których wspomniałam Wam wcześniej ❤






To jak strzelaliście? Że wyjadę tego wieczoru z tego pechowego (pod kątem oczu) miasteczka, czy nie?
Otóż… Nie. Blokady drogowe trwały w najlepsze i busy zostały wstrzymane. Oznaczało to, że muszę spędzić w tym miejscu jeszcze co najmniej dobę (poinformowano nas, że może kolejnego wieczoru się uda, chociaż nie ma pewności). Powiem Wam, że to był moment, kiedy trochę się złamałam. Poczułam się naprawdę kiepsko. Wcześniej godnie zniosłam rezygnację z Uturuncu, ale jakoś ta konieczność pozostania w Uyuni mocno mnie sieknęła. Ponadto, w tym miasteczku naprawdę nie bardzo jest co robić, poza cmentarzyskiem pociągów i Salar de Uyuni. Do tego musiałam odwołać wycieczkę nad Titicaca Lake, którą już naprawdę zaczęłam się ekscytować. Polecam sobie zobaczyć, jak to miejsce wygląda! Zadaniowe podejście pomogło mi w szybkim ogarnięciu odwołania mojej obecności na wycieczce z wyjaśnieniem, które pozwoliło na zwrot kosztów (informowałam organizatorów dobę wcześniej, że słyszałam o blokadach i nie wiem, czy dotrę, to chyba pomogło).
Każdy zarezerwował sobie nocleg. Ja potrzebowałam już pobyć sama, żeby trochę odreagować, wziąć parę głębokich oddechów. Rozeszliśmy się. Nie wiem, jak reszta, ale ja kupiłam sobie małą buteleczkę jakiegoś takiego brandy czy koniaku i poszłam do wynajętego pokoju w hostelu. Zrobiłam szybkie pranie pod prysznicem, bo W KOŃCU byłam na noc w ciepłym miejscu i uznałam, że wyschnie 😀
To był jedyny raz podczas tego wyjazdu, kiedy po prostu odpaliłam sobie jakiś film na telefonie i oglądałam go w łóżku. Odciąganie myśli wyszło dość skutecznie, uspokoiłam się i udało mi się zasnąć w komfortowych warunkach.
Day 9
| czyli Salar de Uyuni one more time
Nie ma tego złego?
Pierwszy raz podczas tego wyjazdu nie spieszyło mi się rano. Wstałam, ogarnęłam się, spakowałam rzeczy. Umówiłam się z ekipą w „centrum” miasteczka. Postanowiliśmy z Leną i Charlsem, że nie chcemy zmarnować tego dnia. Caroline wolała odpocząć i pospacerować po Uyuni, a my podjęliśmy się karkołomnego zadania znalezienia wycieczki na pół dnia, która miałaby się odbyć praktycznie od razu. Chodziliśmy po biurach, szukaliśmy. Nie chcieliśmy odwiedzać znów tych samych miejsc, chcieliśmy czegoś nowego. Mnie się marzyła przejażdżka konna albo na quadach, ale nie dało się takowej zorganizować. W końcu jednak znaleźliśmy nasze szczęście w nieszczęściu – jakcpot. Mieliśmy wziąć udział w wycieczce do solnych rzeźb na Salar, a później pojechać w miejsce, gdzie woda na pustyni (niezły oksymoron, nie?) stoi przez cały rok, więc doświadczylibyśmy drugiego cudu tego miejsca. Brzmiało dobrze! Nie była to najbardziej ekonomiczna wycieczka, ale czego się spodziewać na ostatnią chwilę i z warunkiem, że zdążymy na busy wieczorem? Pora nie było też już zbyt wczesna, więc ograniczenie czasowe było znaczne. Uznaliśmy więc, że to nasza najlepsza opcja. I – spojler – było wspaniale 🙂
Pierwszy przystanek – pola soli. Kopczyki na zdjęciu poniżej, to sól, która jest zbierana i używana przemysłowo (nie spożywczo, ale w przemyśle kosmetycznym chociażby).







Już mi się podobało. Te kopczyki soli były gigantyczne!
Niebawem mieliśmy znaleźć się w parku rzeźb solnych (ich rozmiary były jeszcze bardziej imponujące od kopczyków :D), który ponoć powstał w czasach epidemii, żeby przyciągnąć turystów. Tak przynajmniej powiedział nasz przewodnik. Miejsce to okazało się strzałem w dziesiątkę – fenomenalne!
Po drodze jeszcze odwiedziliśmy miejsce wytwarzania solnych cegieł – tworzone są z użyciem wody, warstwy schną i zmieniają kolor. Interesujący proces 🙂





Dobra, czas na werble! Lecimy do parku rzeźb solnych! Będzie sporo fajnych fotek, zapnijcie pasy 😉















Następnie wybraliśmy się do miejsca z flagami, które widzieliśmy poprzedniego dnia, ale trafiliśmy na występy taneczne!

Zanim wybraliśmy się na stojącą wodę, by obserwować nieskazitelne odbicia i zachwycać się zachodem słońca, pojechaliśmy jeszcze odrobinę wgłąb Salar de Uyuni na kolejną sesję zdjęciową, zakrzywiającą perspektywę 😀 Nasz aktualny przewodnik miał ze sobą kilka akcesoriów dla urozmaicenia 🙂


Fajne? Bo dla mnie sztosik 😀
Dobra, ruszamy na wodę! Dostaliśmy od przewodnika kaloszki, żałuję tylko, że nie założyłam dodatkowej pary skarpet, bo spędziliśmy tam dużo czasu, a woda, chociaż płytka, była lodowata i pod koniec nie czułam stóp! Niemniej było genialnie ❤ Zrobiliśmy zdjęcia, filmiki, napiliśmy się wspólnie wina 🙂 A przede wszystkim, oprócz samej zabawy przy tych sesjach, mieliśmy naprawdę sporo czasu na czysty zachwyt tym wspaniałym miejscem 🙂


















I jak tu się gniewać na los? Jasne, nie zdobyłam Uturuncu. Oczywiście, nie zobaczyłam Titicaca. Niemniej i tak było niesamowicie! Trzeba doceniać 🙂
Jak zakładacie, busy już jeździły, dało się opuścić Uyuni?
Tym razem tak! Więc tego wieczoru rozpoczęłam moją długą drogę w stronę granicy z Peru, która miała mi zająć około doby.
Dziękuję Lenie i Charlesowi za ten czas, naprawdę nie mogłam lepiej trafić! Jestem pewna, że kiedyś się jeszcze zobaczymy ❤ Może w Kanadzie? 😉
Day 10
| czyli długa droga z Boliwii do Peru
Odetchniecie, moi drodzy, bo tutaj naprawdę nie będzie dużo 😉
Bus był niby „cama”, czyli do spanka, ale jednak wiadomo, że w moim przypadku spanie w środkach transportu nie wchodzi w grę. Nauczona doświadczeniem miałam ze sobą rzeczy, żeby móc się w razie czego przykrywać kolejnymi warstwami, ale w tym busie panował raczej komfort termiczny. Podróż w skrócie? Zobaczyłam z daleka kawałek jeziora Titicaca. Wymieniłam odrobinę gotówki po drodze na jednym z przystanków, wierząc, że resztę ogarnę w Peru. Podczas postoju, korzystając z toalety, bardzo się zestresowałam, że bus odjedzie beze mnie, bo byłam ostatnia, a podróżuję sama. Z rozrywek – odbyła się jedna, dość agresywna, drama pomiędzy kilkoma podróżnikami, ale nie wiem, o co, bo nie znam hiszpańskiego.
Na granicy było trochę stresu ze względu na rewizję i okazuje się, że nie można przewozić na przykład owoców. Z moim gospodarzem z couchsurfingu skontaktowałam się jeszcze z Boliwii, informując go, o której będę na dworcu w Cusco, skąd miał mnie odebrać, bo kartę SIM do telefonu miałam kupić na miejscu i nie chciałam kupować jej na dworcu, żeby nie przepłacić. Ale o tej historii napiszę odrobinę po kilku fotkach z przejazdu 🙂








Tym oto sposobem wylądowałam w Cusco – w Peru. Z dworca autobusowego miał mnie odebrać Joel, poznany przez Couchsurfing. Byłam odrobinę zestresowana brakiem dostępu do internetu, więc poprosiłam jakiegoś miłego człowieka, żeby użyczył mi na chwilkę hotspota, zrobiłam sobie zdjęcie i wysłałam je do Joela (żeby mnie na pewno poznał) z informacją, gdzie czekam. I czekałam. Czekałam. Stresowałam się…
Przyszedł! Ruszyliśmy pieszo, mając nadzieję po drodze kupić mi kartę SIM, co okazało się niemożliwe z powodu późnej pory. No trudno! Uznałam, że mogę przecież poczekać do następnego dnia.




Joel nie mieszkał na stałe w Cusco, był tam tylko przejazdem i spał w jakimś takim hostelu pracowniczym, gdzie po prostu udostępnił mi drugie łóźko w swoim pokoju. Dla mnie priorytetem po dobie w busie był prysznic, do którego dostać się z pokoju można było otwartym (pod gołym niebem) korytarzem. Wzięłam potrzebne bambetle, załadowałam się do mini pomieszczenia, uruchomiłam wodę i czekałam na ciepłą. I czekałam. I czekałam.
W końcu owinęłam się w ręcznik i wyczłapałam przed drzwi. Obok był kawałek kuchni, w której się ktoś kręcił, więc spróbowałam spytać szanownego kolegę, o co chodzi z ciepłą wodą. Tak poznałam Fabiana 😀 Który jednak, oczywiście, nie bardzo po angielsku, zatem zawołałam Joela (który akurat wyjątkowo nieco po angielsku mówił), a ten skonsultował sprawę z naszym nowym znajomym (jak się okazało – z Kolumbii, a w Peru był tylko pracować). No i wszystko jasne. Ciepła woda była wyłączana na noc.
Coooo? No tak się bawić nie chciałam. Wstawiliśmy więc kilka garnków wody na kuchenkę i czekaliśmy. Musiała to być dość surrealistyczna scena – dwóch względnie tutejszych facetów, poubieranych dość szczelnie (bo jednak praktycznie byliśmy pod gołym niebem) i jedna mała blondynka, zawinięta w ręcznik, którzy stoją razem w prowizorycznej kuchni, czekając na kilka garnków wody, mówią różnymi językami i słuchają muzyki 😀 Po dłuższym czasie oczekiwania udało mi się prowizorycznie umyć, ale nie było to to, na co liczyłam tego dnia. Niemniej Joel obiecał mi, że rano będzie czas wziąć porządny prysznic. Miałam bowiem w planach na kolejny dzień Rainbow Mountain i mój gospodarz załatwił nam tę wycieczkę po znajomości, więc realnie nie wiedziałam jeszcze, gdzie i o której mamy zbiórkę.
W każdym razie, po prysznicowych perypetiach, wybraliśmy się jeszcze na nocny spacer po Cusco. Połowę spaceru spędził z nami z resztą niedawno poznany Fabian 🙂 Zatem łapcie fotki z tegoż miasta nocą ❤





Day 11
| czyli Rainbow Mountain (Vinikunka) i Ollantaytambo
Generalnie w kwestii wstawania rano jestem dość stanowcza – jeśli mam się podnieść o określonej porze, sama nastawiam budzik. Nawet, jeśli ktoś, z kim podróżuję lub z innego powodu śpię w pokoju, mówi, że nastawił. Ja i tak nastawiam swój. Czemu tego dnia tego nie zrobiłam? Nie mam pojęcia. Okazało się jednak, że telefon Joela się rozładował, przez co alarm nie zadzwonił.
Domyślacie się już zapewne, że nie odbył się mój poranny, wymarzony prysznic. Jako, że nie było w moich planach powrotu w miejsce noclegu tego samego dnia, w minutę wrzuciłam wszystko z powrotem do plecaka i wybiegliśmy. Joel zadzwonił do swojego znajomego, który poinformował nas, że bus już ruszył, ale jakimś cudem miał po nas podjechać, jeśli zdążymy na miejsce spotkania. Sprint o świcie uliczkami Cusco, z plecakiem na plecach i ledwo obudzona, nie należał do przyjemności, ale czego się nie robi, żeby zrealizować plan zobaczenia Rainbow Mountain!
Kiedy już wskoczyliśmy do busa, zorientowałam się, że wciąż nie mam wymienionej gotówki ani karty SIM w telefonie. Nie miałam jednak dość siły, by to analizować, Joel założył za mnie koszt wycieczki i opadłam na kawałek siedzenia, który mi przysługiwał. Ważne, że zdążyliśmy…
W drodze do celu był na szczęście przewidziany przystanek na śniadanie. Pobawione ze szczeniakami na terenie gospodarstwa, gdzie jedliśmy i dalej w drogę. Lekko ponad dwie godziny później zatrzymaliśmy się na parkingu pod wejściem na szczyt, dla którego wybraliśmy się na tę wycieczkę. Pierwszy kawałeczek podejścia organizator pokonał z nami, pilnując, by grupa trzymała się razem, ponieważ chciał upewnić się, że wszyscy dobrze znoszą wysokość, na jakiej się znajdowaliśmy. Tęczowa Góra, czyli Vinicunca, to szczyt liczący sobie powyżej 5 tys. m n.p.m., więc prawdopodobieństwo wystąpienia choroby wysokościowej jest duże. Co prawda samo Cusco leży powyżej 3 tysięcy, ale nadal nie jest to mała różnica, a już znajdowaliśmy się powyżej 4 tys. m n.p.m. Dla osób, którym zależało na dotarciu na szczyt, a nie czuli się na siłach, czekały do wypożyczenia konie i osły. Aż mi się serce krajało, że te biedne zwierzaczki targają turystów na takich wysokościach w górę i w dół… A tam przecież naprawdę brakuje tlenu ;( Pewnie te zwierzaki są do tego przyzwyczajone, ale ich pracę uznaję za wybitnie ciężką i mój umysł buntuje się przed takim wykorzystaniem czworonożnych, chociaż pewnie nie wszyscy się ze mną zgodzą. Nie zmienia to faktu, że ani przez chwilę nie rozważałam takiej opcji nawet po prostu dlatego, że jestem ostatecznie włóczykijem i podróżnikiem, który lubi zdobywać szczyty. Na własnych nogach.
Po 5 minutach podejścia przewodnik rzucił na nas okiem, powiedział, kiedy mniej więcej mamy się zebrać przy busie, i każdy ruszył w swoim tempie. Jako że na parkingu bazy wypadowej było naprawdę dużo bardzo podobnych busów, sprytna Ewa zrobiła sobie zdjęcie tablic rejestracyjnych, żeby nie musieć polegać tylko na swojej ułomnej pamięci 😀
I… Ruszyli!





Wspinaczka na tej wysokości nie była łatwa, ale już znacznie prostsza niż w przypadku Chacaltayi. Może w końcu przeszłam dostateczną aklimatyzację 😀 Wiedziałam, że trasa nie jest wybitnie długa ani trudna, pozwalałam sobie więc na szybsze tempo, bardziej w moim stylu. Serducho trochę się buntowało, ale doszliśmy do porozumienia 🙂 W jakieś trzy kwadranse wdrapałam się na punkt widokowy. Kolejki do zdjęcia tam były absurdalne, więc odeszłam kawałek na bok, gdzie były dwie osoby (łącznie ze mną :D) i cyknęłyśmy sobie fotki nawzajem 😀
Czy Rainbow Mountain naprawdę jest tęczowa? A jakże! Oczywiście wszystko ma uzasadnienie w nauce, a barwy rozpościerających się dookoła gór biorą się z różnorodności występujących w nich minerałów. Czy jest to piękne i wyjątkowe? A jakże!







Minęłam zatem punkt foto i ruszyłam zdobyć szczyt, który był już w zasięgu porządnego rzutu beretem 😀 Po drodze stało kilka lokalsów z wystrojonymi lamami i alpakami, którzy pozwalali robić sobie z nimi zdjęcie za „co łaska”. Abstrakcyjny dla mnie koncept, żeby kwota w tak turystycznym miejscu w ogóle nie była ustalona. Wracając do etyki – czy uważam, że to miłe dla tych lam, że stoją wystrojone niczym choinka dla uciechy gawiedzi? Pewnie nie. Czy jest to ciężka praca pokroju wnoszenia leniwych turystów na swoim grzbiecie? No nie. Po drodze zaś widziałam stadka przeganiane w obie strony, więc wierzę, że ich praca jest „zmianowa” i nie są wystawione na niehumanitarne warunki spędzania tam całych dni. Niech każdy w serduszku oceni, ale uznałam, że podarowanie kilku monet lokalsom za parę fotek ze zwierzakami na tle góry nie jest złym pomysłem.
Niedługo później trafiłam na szczyt, gdzie stała następna kolejka. Tym razem do znaku z nazwą góry i jej wysokością. Taka kolejka powinna poruszać się szybko, więc stanęłam w niej, radosna, że dotarłam do celu. Jakiś czas później zaś zorientowałam się, że nie poruszam się w ogóle. I okazało się, że turyści nie robią sobie jednego czy dwóch zdjęć. Tylko całe sesje. Ustawiają się w przeróżnych pozach i konfiguracjach, nie zważając na kolejnych oczekujących. Wtedy zaczęłam zerkać na zegarek. Zgodnie z moimi wyliczeniami, mój czas dobiegał końca. Nerwowo się rozglądając, próbowałam wyłapać wzrokiem kogokolwiek z mojej wycieczki. I nic. Biorąc zaś pod uwagę, w jaki sposób wskakiwałam rano do busa, nie byłam pewna, czy moja nieobecność zostanie zauważona – nie byłam do końca formalnym uczestnikiem wycieczki, więc jeśli była jakaś lista, mogłam na niej nie widnieć. Wciąż nie miałam karty SIM, żeby skontaktować się chociażby z Joelem. Gotówki również, bo te kilka monet, które wymieniłam jeszcze w Boliwii, trafiły do pana od lam. Nie czułam się pewnie.
Trzeba było podjąć stanowcze kroki. Jakie? Olać zdjęcie ze znakiem na szczycie ;( Na formalne, porządne zdjęcie na czubku Vinikunki nie miałam więc szansy. Na szybkie selfie od boku? Luz blues 😀 Jeszcze kilka fotek z okolic szczytu i biegiem w dół!







W dół naprawdę pędziłam, wciąż rozglądając się za znajomymi twarzami czy sylwetkami. Nie to, że mnie to powstrzymało przed cyknięciem jeszcze kilku fotek! Ale naprawdę dawałam czadu. Jeśli dobrze to pamiętam, ruszyłam w dół po 10:30, a według mojej najlepszej wiedzy bus miał ruszać w drogę powrotną o 11. Biorąc pod uwagę, że z bazy wypadowej ruszyłam po 9 i na szczyt skrabałam się niecałą godzinę, dawało mi to niezłe szanse na wyrobienie się, jeśli naprawdę bym się spięła. Podczas marszu rozpoznałam sylwetkę jednego z towarzyszy wycieczki. Kojarzyłam go, bo pod górę mieliśmy podobne tempo i dość długo trzymałam się w pobliżu jego i jego kolegi. Nie napawał mnie jednak optymizmem fakt, że szanowny kolega również wręcz truchtał w dół.
Dogoniłam znajomą postać i zagadałam do niego. Miał podobne pojęcie, co ja, czyli niewielkie. Również stracił z oczu wszystkich uczestników, a nawet swojego kolegę. Razem więc uprawialiśmy dalszy marszobieg do parkingu. Odnaleźliśmy naszego busa i… Był zamknięty. Nie było nikogo. Dotarliśmy pierwsi 😀
Tego się nie spodziewałam! Zaskoczeni satuacją, trochę się pośmialiśmy i podeszliśmy zabić czas do straganów. Nowy kolega kupił nam po lodzie na ochłodę (przypominam, że ja nie miałam przy sobie odpowiedniej waluty) i spędziliśmy miło jeszcze spokojnie z kwadrans, nim zaczęli się schodzić pozostali, a ponad pół godziny, zanim bus faktycznie się zapełnił. Ale było super! 😀








W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się ponownie w tym samym miejscu na obiadek. Ostatecznie trasa w jedną stronę z/do Cusco zajmowała między 3 a 4h + odpoczynek z posiłkiem, więc w mieście wylądowaliśmy z powrotem późnym popołudniem (mimo absurdalnie wczesnej pory wyruszenia!). Priorytetem dla mnie było zdobycie gotówki i karty SIM, bo kolejnym przystankiem tego dnia miała być inkaska miejscowość Ollantaytambo i nie miałam pojęcia, czego się tam spodziewać, bo nie jest to miejsce wybitnie turystyczne. Czemu ja chciałam tam nocować? Wyczytałam, że miasteczko jest wybitnie klimatyczne, położone w sercu ruin fortecy Inków i trochę liczyłam na to, że jeszcze tego wieczoru uda mi się nieco pozwiedzać. Ostatecznie już czułam, że raczej muszę to sobie wybić z głowy, z powodu późnej pory, ale tak już miałam wszystko zorganizowane i niczego nie żałowałam 🙂
Szybki spacer z Joelem po Cusco pozwolił mi na załatwienie spraw, co do których odczuwałam coraz większą wewnętrzną presję. A później poszliśmy szukać taksówki, którą mogliśmy dotrzeć do Ollantaytambo w ok. 1,5h. Joel miał zarezerwowany nocleg w tym samym miejscu, co ja i planował kolejny dzień spędzić w tym miasteczku, podczas gdy ja będę odbywać trekking na Machu Picchu ❤
Trochę czasu spędziliśmy na czekaniu, czy znajdzie się więcej osób chętnych na taksówkę, coby mniej zapłacić, ale ostatecznie, jeśli dobrze pamiętam, pojechaliśmy sami, co nie było jakoś super absurdalnie drogie, biorąc pod uwagę kilometraż podróży. W trakcie drogi okazało się, że na moją jutrzejszą trekkingową wyprawę właśnie odbywa się briefing w Cusco (wycieczka zaczynała się w Cusco, ja byłam po prostu uczestnikiem, który zaczynał z innej miejscowości). Przyznam, że nieco mnie to zestresowało, odbyłam jednak szybką telefoniczną rozmowę z moim przewodnikiem, który zorganizował mi poranny transport z hotelu na stację kolejową. Miałam niewielkie obawy co do całej tej sprawy, ale wierzyłam, że wszystko się powiedzie i pójdzie gładko 🙂
Na miejscu zameldowaliśmy się i rozeszliśmy, żeby ogarnąć się po tym pełnym wrażeń dniu. W końcu udało mi się wziąć wymarzony prysznic ❤ Później zaś, przyznam, zwinęłam się na łóźku pod kołderką i zdecydowałam chwilę odpocząć. Gdy mój znajomy z Couchsurfingu spytał, czy idę się przejść na miasto, miałam ogromną ochotę już nigdzie się nie ruszać. Ostatecznie zostałam jeszcze chwilę, ale zebrałam się w sobie i wyszłam, podczas gdy on już kręcił się gdzieś po wiosce.
Było już naprawdę późno, dochodziła 22, a ja potrzebowałam coś zjeść. Przypominam, że jestem wegetarianką. Po szybkim przejrzeniu niewielkiej liczby knajp, kupiłam sobie opiekane ziemniaczki na wynos i ruszyłam na spacer na obrzeża, gdzie dołączył do mnie Joel.
Kiedy przyjechaliśmy do Ollantaytambo było już ciemno, więc nie od razu zauważyłam, że miasteczko otoczone jest imponujących rozmiarów skałami. Nocny spacer okazał się wspaniałym pomysłem i naprawdę poczułam klimat tegoż miejsca 🙂 Nie mogłam jednak przesadzić z czasem tej nocnej wędrówki, bo czekała mnie wczesna pobudka przed finałową atrakcją całej amerykańskiej podróży…







Day 12
| czyli Machu Picchu
Poranek pokazał mi, jak blisko skalnych ścian znajduje się mój nocleg. Nie miałam jednak czasu na zachwyt. Szybkie spakowanie bambetli i na busika, który miał podrzucić mnie na stację kolejową. Miałam ze sobą elektroniczną formę biletu i wyczytałam w intertecie, że mogę z nim podejść do bagażowni dworca i zostawić cały ten dwutygodniowy majdan na dworcu. Tak, było to dla mnie nieco stresujące (coś dużo ostatnio używam tego słowa, chyba pod koniec wyjazdu zrobiłam się trochę nerwowa), szczególnie, że mój przewodnik nigdy nie słyszał o takiej opcji, a to on był tzw. lokalsem. Ponadto nie byłam pewna, ile będę miała czasu na powrotnej przesiadce z pociągu na busa. Ale musiałam zaryzykować, bo zdecydowanie nie uśmiechało mi się taszczenie dobytku na plecach podczas trekkingu. Moja forma interakcji z Machu Picchu obejmowała bowiem wędrówkę górską 🙂
Zwyczajowe sposoby na odwiedzenie tego cudu świata to po prostu zwiedzanie obiektu bądź trzydniowy trekking. Ja osobiście nie miałam czasu na 3 dni w trasie, ale nie chciałam odpuścić skorzystania z pobliskich gór. Udało mi się więc znaleźć opcję wędrówki jednodniowej. Nasz szlak miał obejmować ok. 12-15 km na wysokościach między 2000 m n.p.m. a 2720 m n.p.m., co oznaczało dużo bardziej „ludzkie” wysokości niż w ostatnim czasie, nawet sama miejscowość Ollantaytambo była wyżej położona. Ze śledzenia mojej trasy już teraz mogę Wam powiedzieć, że wyszło ok. 1500 m całkowitych przewyższeń.
Cała impreza dla mnie zaczynała się w Ollantaytambo, gdzie miałam wsiąść do pociągu bodaj o 6:40. Gdy kierowca wyrzucił mnie na miejscu, zorientowałam się, gdzie powinnam czekać (były osobne bramki, oznaczane literami, zależnie od biletu) i szybko rozejrzałam się za opcją zostawienia bagażu. Sprawnie znalazłam odpowiednie miejsce i wróciłam do kawiarenki po śniadanie i kawę. Niedługo poźniej ropoczęło się istne szaleństwo 😀
Na pociąg każda grupa (zależnie od bramki) odprowadzana była przez osobnego pracownika, ubranego w tradycyjne stroje Inków, w akompaniamencie muzyki i tańców ❤ Takiej imprezy na dworcu jeszcze nie widziałam 😀 Ale ostatecznie szliśmy na pociąg do Machu Picchu, czy powinna zaskakiwać mnie pompa tego wydarzenia?
Jako osoba, mająca uczestniczyć w jednodniowym trekkingu, musiałam zgłosić do konduktora informację, że wysiadam na 104 KM, gdzie rozpoczynał się mój szlak. Większość pasażerów pociągu jechała bowiem do samej miejscowości pod Machu Picchu. Nie musiałam jednak nikogo szukać, bo pracownicy kolei szybko sami zgłosili się z tym pytaniem. W trakcie trasy zaś odegrano dla nas scenkę z historii o zakochanych, która miała jakiś związek z tym miejscem, ale nie powiem Wam, jaki, bo wszystko było po hiszpańsku 😀 Zabawną okazała się sytuacja, w której pani, odgrywającej rolę kochanki w naszym wagonie, zacięły się drzwi i trzeba jej było pomóc, bo nie mogła wejść na swoją scenę 😀 Absolutnie nie postrzegam tego jako wady wydarzenia, bo było przeurocze ❤ Historia, wraz z muzyką, leciała z głośników, a pracownicy kolei, nasi wspaniali aktorzy, odgrywali role, korzystając z opcji „playback”, czyli po prostu ruszali ustami do rytmu swoich kwestii 😀







Zatem dotarliśmy do 104 km. Pociąg zatrzymał się i kilka osób opuściło pokład. Na miejscu miał czekać na mnie przewodnik, jednak nigdzie nie widziałam osoby, którą poznałam zdalnie dzień wcześniej (miałam jego zdjęcie). Niemniej kiedy wszyscy inni się rozeszli, podeszłam do jedynego pana, który się ostał. Okazało się, że reszta mojej grupy, która prawilnie startowała w Cusco, jechała poprzednim pociągiem, pół godziny wcześniej, a mój przewdonik czeka teraz z nimi. Na mnie. Tylko na mnie.
Nie lubię stresowych sytuacji! Tylko czy ona do nich należała? Osobiście zrobiłam wszystko według instrukcji 🙂 Nie było więc problemu. Miły pan cyknął mi fotkę na starcie, zorganizował wegetariański posiłek na ten dzień, który spakowałam szybko do plecaka i zostałam poprowadzona do pierwszych małych ruin Inków, atrakcji początkowej tego dnia (jeśli nie liczyć pociągowej imprezy :D).





W okolicach ruin spotkałam moją grupę. Wysłuchaliśmy przewodnika, rozejrzeliśmy się po tym tajemniczym miejscu i ruszyliśmy dalej. Jak to śpiewano w bajce „Droga do El Dorado”: „Przecieraaaaamy szlak!”.



Jak tam było pięknie i zielono! Jedyne, co naprawdę mi przeszkadzało, to upał. Straszliwy, bezlitosny upał. Niemniej mijane krajobrazy rekompensowały mi cierpienie z nawiązką ❤
Pierwsze realne wytchnienie zapewnił krótki postój przy wodospadzie. Jakże miło było poczuć bryzę na twarzy! Odpocząć w cieniu drzew, słuchając szumu życiodajnej wody…




Podczas naszego znoju wędrówki mieliśmy okazję zapoznać się bliżej ze wspaniałymi ruinami Wiñay Wayna. Przed podziwianiem majestatu docelowego Machu Picchu, dana nam była zajaweczka 😀 Wioska Inków leżała na wysokości 2580 m n.p.m. i zapewniła naprawdę piękne doświadczenia ❤ Wybitnie spodobało mi się to miejsce, co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że cel tej wędrówki zmiecie mnie z nóg 🙂













Przepięknie! Naprawdę ❤ Trochę upał doskwierał, ale było warto! Zaraz po odwiedzeniu tychże ruin mieliśmy mały postój na jedzonko, które ze sobą nieśliśmy. Co ciekawe, zaraz potem była wyrywkowa kontrola plecaków, żeby sprawdzić, czy turyści niosą ze sobą swoje śmieci. W zasadzie mogli sprawdzić tylko pudełka obiadowe, bo to było od nich, a o innych nie mogli mieć pojęcia, ale zawsze coś!
Wybaczcie trzy pozy Ewy na powyższych fotach, ale nie mogłam się zdecydować 😀 A było tam naprawdę epicko!
Po obiadku rozpoczęliśmy finałową wspinaczkę. Wędrówkę w kierunku punktu widokowego na Machu Picchu, najwyższego punktu naszej trasy, czyli Sun Gate (Bramy Słońca) zwieńczało naprawdę strome podejście. Szczęśliwie również naprawdę krótkie, przynajmniej mówiąc o tej dość pionowej części. Stamtąd zaś rozpościerał się przed nami wybitnie imponujący widok. Pierwsze spojrzenie na Machu Picchu wśród pięknych gór ❤












No w tym punkcie to spędziliśmy trochę czasu. Dla mnie osobiście akurat taki długi postój pod kątem odpoczynku nie był potrzebny. Ale pod kątem rozkoszowania się widokami… Aż się łezka w oku zakręciła ❤
Zanim opowiem Wam o samym cudzie świata, nadmienię jeszcze jedną konfrontację, która przypadła nam w udziale. Mianowicie lamy 😀 Słodkie stadko, tylko jedna mała nie umiała wskoczyć po schodach za mamusią, co wszystkim nam połamało serduszka i zostaliśmy jej kibicować 😀








Maleńka lama podjęła kilka prób wskoczenia po schodkach za resztą stada, ale niestety za każdym razem ponosiła porażkę. Więc ostatecznie została sama na dole 😦 Niemniej jestem przekonana, że po naszym oddaleniu stadko wróciło do niej, bo wciąż bacznie przyglądało się jej z góry. Na pewno kiedyś maleństwo nauczy się sztuki wchodzenia po schodach 😉
Niedługo po tym uroczym spotkaniu, ruszyliśmy dalej i wyłoniło się przed nami (a trochę pod nami) słynne Machu Picchu ❤
Parę słów o sposobach na zwiedzanie Machu Picchu. Podczas moich odwiedzin, w roku 2024, możliwe było kilka ścieżek zwiedzania. Nie ma opcji, żeby sobie po prostu przyjść i zobaczyć wszystko, co uzasadnione jest ochroną zabytku. Ponoć turyści lubią sobie zabierać po kamyczku z Machu Picchu i niedługo może z niego zostać dużo mniej niż jest. Nie wiadomo, czy nie nadejdzie czas, kiedy jego zwiedzanie w ogóle nie będzie udostępnione dla turystów.
Wszyscy pozostali z wycieczki, z którą wędrowałam, mieli wykupioną wyprawę na 2 dni. Pierwszy mieliśmy wspólny – hiking Inka Trail i Machu Picchu z góry. Platforma Superior i Interior to dwa tarasy powyżej zabytkowej osady, z których można obserwować ruiny. Można je zwiedzać w jednej z opcji: Circuito 1 (Panorámico). Na drugi dzień reszta ekipy miała w planach jedną ze ścieżek zwiedzania częściowo ruin Machu Picchu, ze wspinaczką na Waynapicchu (inaczej Huayna Picchu), gdzie kiedyś znajdowała się Świątynia Księżycowa (w przeciwieństwie do Słonecznej Bramy, z której przyszliśmy). Ta trasa należy do jednej z opcji Circuito 3 (Machupicchu Realeza). Poza tymi są jeszcze dostępne trasy z kategorii najbardziej klasycznych, czyli Circuito 2 (Machupicchu Clásico).
Osobiście chyba najbardziej i tak zależało mi na zobaczeniu Machu Picchu z góry, nie mówiąc już o wspaniałym hikingu, który uwielbiam ponad inne atrakcje ❤ Nie pogardziłabym jeszcze jednym dniem z dodatkową wspinaczką i przyjrzeniem się ruinom bardziej z bliska, ale musiałam wracać. Tymczasem przewodnik postanowił mi poopowiadać o widocznych z góry budynkach osobiście, jako że następnego dnia nie mogłam uczestniczyć w wycieczce 🙂
Nie wiem, co dalej zmieni się z Machu Picchu, jego trasami i opcjami biletów. Ale dla mnie doświadczenie, które wybrałam, było idealne jak na mój ograniczony czas. A widok? Ach, niezastąpiony!













Z ciekawostek – próbowałam też zrobić sobie zdjęcie z Machu Picchu w tle podczas podskoku. Okazało się jednak, że na terenie tegoż cudu nie można skakać. Serio. I ja rozumiem zabezpieczanie terenów ruin, ale żeby podskoczyć nie było można? 😀
W każdym razie – samymi zdjęciami już na pewno możecie się zachwycić. A gwarantuję, że na żywo było jeszcze lepiej ❤
Z tarasów zeszliśmy ścieżką obok ruin (kilka fotek powyżej), by dojść do przystanku busów, które miały zabrać nas w dół do miasta. Ale zanim – podrzucam Wam traskę, zriobioną tego pięknego dnia 🙂
W miasteczku poniżej, Aguas Calientes, cała wycieczka ruszyła w kierunku noclegu. Ja zaś zostałam odstawiona do knajpki, gdzie należał mi się obiad w cenie, po czym miałam sama zadbać o dotarcie na dworzec, bo bilety na powrót do Ollantaytambo i do Cusco miałam już zapisane na telefonie. Szybkie żarełko (i lokalne piwko!), po czym ruszyłam na targ 🙂 Mnóstwo pięknych rzeczy, ale nie miałam już za dużo gotówki niestety, a ponadto na powrót miałam dokupiony tylko jeden mały bagaż na pokład samolotu. Postarałam się dorwać jakieś brakujące pamiątki. Na rzeczy z wełny młodych alpak to by mnie nie było stać, ale tak to całkiem było w czym wybierać 🙂 Tylko kieliszki bardzo kiepskie, więc moja kolekcja się nie powiększyła 😦







Na dworcu panował lekki chaos. Mnóstwo ludzi, a tym razem nie było wesołych śpiewających zarządzającyh ruchem 😀 Kluczem było dostanie się do pociągu. Przynajmniej na początku. A to się udało 🙂
Następnym stresującym momentem była przesiadka na busy w Ollantaytambo. Wręczono nam bilety na konkretne busy, ale ja musiałam jeszcze odebrać swój pozostawiony bagaż. Trzeba się było streszczać! Na szczęście żaden czarny scenariusz się nie ziścił, bagaż był na swoim miejscu, a ja nie spóźniłam się na busa i już niebawem byłam w drodze do Cusco 🙂 Gdzie… nie czekał na mnie nocleg 😀 Okazało się, że Joel został na jeszcze jedną noc w Ollantaytambo, więc szybciutko wyszukałam sobie jakiś nocleg w centrum. Została mi ostatnia noc.



Po zakwaterowaniu w jakiejś opustoszałej uliczce, za dziwną metalową bramą, wzięłam ciepły prysznic i wyszłam jeszcze na ostatni nocny spacer z Fabianem z Kolumbii, poznanym dwa wieczory wcześniej, gdy szukałam wsparcia w temacie ciepłej wody pod prysznicem 😀
Następnego dnia o świcie kończyła się moja pierwsza przygoda z Peru, Boliwią i w ogóle Ameryką Południową…
Day Final
| czyli powrót do Polski
By wrócić do kraju, musiałam odbyć 3 loty. Z Cusco do Limy – 1,5h. Z Limy do Madrytu – niecałe 12h. Z Madrytu do Warszawy – 3,5h. Na lotnisku w Cusco byłam po 4 rano, zwarta i gotowa na męczącą podróż. Jej trudy jednak przerosły moje oczekiwania. I nie, nie zdarzyło się nic nieprzewidzianego. Oprócz tego, że nie przewidziałam jet lagu. Pierwszego w moim życiu. Pomijając fakt, że spanie w samolotach i na lotniskach wykracza poza moje możliwości, na lotnisku w Madrycie realnie dostałam drgawek. Zaś w samolocie do Polski siedział koło mnie młody Kolumbijczyk, lecący do pracy do mojego kraju, który postanowił wykorzystać ten czas na doskonalenie języka i wypytywanie 😀 Miły chłopaczek, więc zdecydowałam się mu pomóc 🙂
I tak oto, ruszając o świcie w sobotę, wylądowałam w Warszawie po południu w niedzielę, wsiadłam w moją srebrną strzałę i wykorzystałam resztki energii (której już w sumie miałam na minusie), żeby dojechać do domku. Wierzcie lub nie, ale od poniedziałku normalnie pracowałam, więc wyjazd odespałam tydzień później, kiedy po położeniu się w piątek, obudziałm się 12h później 😀 Ostatecznie podczas wyjazdu z różnych powódów spałam średnio 3h na dobę. Przez 2 tygodnie. Czy było warto? Oczywiście!
Wyprawa była GENIALNA. Wspaniałe doświadczenie, ogrom nauki i wspomnień. Nie zapomnę tej przygody, na pewno.






Pierwsze razy
- Pierwszy raz byłam w Ameryce Południowej, w zasadzie w ogóle w Ameryce, a wręcz za jakimkolwiek oceanem
- Pierwszy raz znalazłam się w Boliwii i Peru
- Pierwszy raz wdrapałam się powyżej 5 000 m n.p.m., pierwszy raz spałam na wysokości powyżej 4 tysięcy i pierwszy raz na żywo widziałam szczyt powyżej 6 000 m n.p.m.
- Pierwszy raz realnie udało mi się nocować u lokalsów z CouchSurfingu
- Pierwszy raz widziałam wikunię, a poza zoo również pierwszy raz lamy, alpaki, flamingi czy pancernika
- Prawie pierwszy raz zobaczyłam oficjalny cud świata, a konkretnie Machu Picchu (miesiąc wcześniej zobaczyłam swój pierwszy – Koloseum). Poprawka – nieco się pogubiłam, znalazłam wiele list i niektóre podają również Stonehenge, które odwiedziłam w roku 2013. Więc sama już nie wiem 😀
- Pierwszy raz spacerowałam w lesie deszczowym
- Pierwszy raz wspiął się na mnie ostronos! I pierwszy raz głaskałam pumę ❤
- Pierwszy raz ubrałam ciuszki z wełny alpaki czy lamy
- Pierwszy raz żułam i piłam napar z liści koki
- Pierwszy raz miałam do czynienia z blokadą dróg, będącą lokalnym strajkiem, która pokrzyżowała mi plany
- Pierwszy raz spytałam w kantorze, czy podstemplowali mi banknoty
- Pierwszy raz spędziłam w samolocie powyżej 10 godzin!
- Pierwszy raz jechałam busem „do spania” 😀
- Pierwszy raz spędziłam prawie dobę w obcym kraju bez zapewnienia sobie dostępu do sieci komórkowej
- Pierwszy raz byłam w kraju, w którym nie dało się dogadać po angielsku
- Pierwszy raz doznałam zakażenia oczy i ran z powodu brania prysznica
- Pierwszy raz spakowałam się w bagaż podręczny na dwutygodniową podróż
- Zdecydowanie nie pierwszy (i oby nie ostatni) raz byłam dumna z siebie i zachwycona wyjątkowymi doświadczeniami podróży ❤


Dodaj komentarz