
Podróżowaliście kiedyś z dobytkiem na plecach, śpiąc w schroniskach po drodze? A nie w schroniskach? Może namioty, może hamaki, a może coś tak egzotycznego, jak… leśne chatki?
Plan na tę wycieczkę kreował się spontanicznie w trakcie podróży, czyli zupełnie nie w moim stylu 😀 Trzech Króli oznaczało w tym roku długi weekend i moja psychika zdecydowanie by się skrzywiła, gdybym nie skorzystała z tego w jedyny prawilny (dla mnie) sposób – czyli GÓRY!
Ze względu na panujące na drogach warunki, jak i przystanek na trasie, by zabrać do mojej super fury, zwanej Seico (powalająca dawka kreatywności, skoro to Seicento, nie? :D), towarzysza tejże wyprawy – trochę czasowo się sprawa obsunęła i pod szlakiem znaleźliśmy się koło północy (ups).
Jeszcze tego samego dnia zapadła decyzja, że nocować będziemy na szlaku, co oznaczało konieczność zabrania zasobów spożywczych, karimat i śpiworów. Przepakowanie rzeczy (zostało poczynione założenie, że w górach spędzamy jedną noc, może dwie), rozmowa z podchmielonym spacerowiczem Radkiem i jakoś po 00:30 wystartowaliśmy w las.
Muszę zaznaczyć, że nocnej wędrówki po górach nie polecam nowicjuszom, a jeśli już czujecie się na to gotowi, nie idźcie sami i zaopatrzcie się w potrzebny sprzęt, dużo opcji „na wszelki wypadek”, kilka źródeł światła i ciepła oraz mapy, działające offline 🙂
Planowany nocleg w Chatce pod Czernicą, planowana trasa na niecałe dwie godzinki… A w praktyce? Wyszło nieco inaczej, ale o tym za chwilkę 😀 Częstujcie się screenem śladu naszych butów tej nocy (wizualizacja trasy by Mapa Turystyczna) 😉 Zielona flaga to start, pomarańczowa to meta. Ten bazgroł na środku to szaleństwo podczas utraty sygnału GPS, ale pętelka na zakończenie niestety faktycznie miała miejsce.

Troszkę kluczenia wyszło (trasa łącznie niecałe 7 km) i już Wam o tym opowiadam!
Otóż poruszaliśmy się na cel zgodnie z koordynatami, które otrzymaliśmy od znajomego. Kiedy znaleźliśmy się w wyznaczonym punkcie koło 2 w nocy, trochę nas zszokowało, że wspomniana chatka… nie istnieje 😮
Ale zaraz, ten kolega nie zmierzał do niej pierwszy raz! Ona musi gdzieś tu być!
Niestety – zero zasięgu, nie można dzwonić, nie ma neta, jesteśmy w środku nocy w środku lasu, patrzymy na mapę, nasza lokalizacja jest kropka w kropkę z lokalizacją celu, ale celu nadal nigdzie nie widać.
To co, herbatka? 😀
Skracając historię, obraliśmy azymut na wieżę widokową na Czernicy i rozpoczęliśmy dalszą wędrówkę, przeszukując las. Prawda jest taka, że nic strasznego się nie działo – w najgorszym razie zawsze mogliśmy wrócić do auta, ale naprawdę tego nie chcieliśmy. Noc była jasna, księżyc świecił wysoko, jego blask odbijał się od śniegu… Tylko nie w samym środku lasu, gdzie nawet nie było ścieżki 😀 W każdym razie, pomijając wszelkie trudności, trafiliśmy ostatecznie na nasz pierwszy nocleg, do chatki pod Czernicą, koło 3:30. Pytanie więc, na ile można to nazwać noclegiem, skoro pogadaliśmy jeszcze trochę ze znajomym, zjedliśmy coś i na kanapie ułożyliśmy się jakoś w granicach 5 rano 😀
Nie wiem, czy macie świadomość, ale w górach wędrowcy wstają często z pianiem koguta, a ja nie umiem spać, kiedy wokół mnie dzieją się rzeczy, więc… No nie spałam. I wiecie co? Zupełnie mi to nie przeszkadzało!
Kiedy podnieśliśmy się z kanapy i zaczęliśmy poznawać ludzi wokół nas (część z nich spała na podłodze na pięterku, część na parterze z nami, wokół stołu), okazali się naprawdę niesamowici! Fenomenalne osoby spotyka się w takich miejscach, fascynujące osobowości, prawdziwych pasjonatów ❤ Tym sposobem spędziliśmy w chatce kolejnych ładnych parę godzin. „Upichciłam” dla chętnych makaron z sosem z papierka i pomidorami, wypiliśmy kawkę, pośmialiśmy się i wygenerowaliśmy kolejny cel podróży – Chatkę pod Śnieżnikiem, gdzie zdecydowaliśmy się spędzić kolejną noc.
Biorąc pod uwagę, iż było już koło południa, mieliśmy świadomość, że to będzie kolejna nocna trasa. Ostatecznie zimą ciemno zaczyna się robić już po 15 😀 Ale! Nie żałuję, było wspaniale 🙂
Wystartowaliśmy najpierw z kilkoma osobami na samą wieżę na Czernicy, skąd można było rzucić okiem na Śnieżnicki Park Krajobrazowy wokół i pozachwycać się klimatem zamglonego lasu.

Nasza trasa na ten pięknie rozpoczęty dzień wypadła jak widać poniżej.

Całkiem ładny kawałek drogi, nie? 😉 Tym razem nieco poniżej 20 km. Wciąż z dobytkiem na plecach, w warunkach roztapiającego się śniegu, w deszczu i głównie po ciemku.
Tego dnia zrobiłam już użytek z raczków. W doborowym towarzystwie taka wędrówka to sama przyjemność, nawet w strugach deszczu 🙂 Po drodze zrobiliśmy sobie przerwę przy przydrożnej, oświetlonej stajence. Pałaszowaliśmy ostatnie zapasy jedzonka, a z nieba wciąż kapało. Grzebanie w plecaku poskutkowało niestety uszkodzeniem linek, którymi przytroczona była do mojego plecaka karimata (no gumka pękła, co poradzę :o), więc trzeba było wymyślić alternatywę. Mój zaradny towarzysz odnalazł składzik na tyłach stajenki, który, jak się okazało, zapewniał dach nad głową i mogliśmy tam zjeść (ale przecież nie wiedzieliśmy tego wcześniej, gdy wcinaliśmy pod gołym niebem, częstującym nas fontannami w ramach dodatkowych atrakcji). W każdym razie odcięliśmy kawałek otuliny do kabli i przymocowałam karimatę na nowo do plecaka. Trochę wyglądałam jak astronauta, trochę jak jakiś obcy, odżywiany przez kable, ale jak działa, to działa, nie ma co drążyć 😉
Z przygód tego dnia to w zasadzie na tyle. Do następnej chatki dotarliśmy późnym wieczorkiem, przed 21. Ostatni odcinek był stromy i prowadził głównie po roztapiającym się lodzie, więc znużenie solidnie dało o sobie znać. Kiedy weszliśmy do suchego pomieszczenia, nie mogłam przywitać obecnych tam włóczykijów inaczej niż słowami:
– Cześć, jestem Ewa! 🙂 Jestem cała mokra! ;(
Mogło zabrzmieć dwuznacznie, ale gdybyście widzieli ich reakcję! ❤ W takich miejscach można spotkać naprawdę niesamowite jednostki – poderwali się od razu z miejsc, odebrali mój plecak i sięgali po kolejne, zdejmowane przeze mnie warstwy ubrań, by od razu rozwiesić je wokół pieca. Chwilę później poczęstowali nas jedzeniem i piciem, a kiedy przycisnęła mnie potrzeba i skrzywiłam się na widok mokrej kurtki, od razu jeden z nich podał mi swoją. Kochani ludzie!
Na rano dogadaliśmy się z dwójką przesympatycznych chłopaków, że wspólnie wstaniemy o 6:30 i ruszymy do Schroniska pod Śnieżnikiem, a później na szczyt, dalej zaś rozejdziemy się – każdy w swoją stronę.
Warunki w Chatce pod Śnieżnikiem były nieco gorsze, niż na poprzednim noclegu, ale jakoś to poszło. Sięgnęliśmy ze stryszku chaty starą kołdrę, rozłożyliśmy własne karimaty i śpiwory, po czym uszykowaliśmy się na noc na podłodze. Jeden z towarzyszy niedoli poczęstował mnie nawet suchą czapką, żebym nie zmarzła podczas snu, za co jestem mu niewymownie wdzięczna ❤
Musicie wiedzieć, że pojechałam na tę wyprawę „nieco” chora – zapalenie zatok i krtani kurowałam codzienną dawką antybiotyku. Przyznam, że tej nocy wytelepało mnie dostatecznie solidnie, żeby rano wygłosić wątpliwość, czy postąpiłam rozsądnie, porywając się na taką wycieczkę w moim stanie 😀 Wszyscy wokół zgodnie roześmiali się na informację, że dopiero teraz naszły mnie wątpliwości.
Rano widok z okienka był idealnym sygnałem, że przed nami piękny dzień. Zjedliśmy szybko i ruszyliśmy we czwórkę w drogę.

Wschód słońca w górach to naprawdę wyjątkowy nie tylko widok, ale całokształt przeżycia. Klimat, atmosfera – nazywajcie to, jak chcecie. Jest doskonale ❤
Ze względu na idealną pogodę naszły nas wątpliwości co do kolejności odwiedzanych punktów. Musicie wiedzieć, że Śnieżnik rzadko wita turystów widoczkami – zazwyczaj jest tam mgliście, pochmurno i wietrznie. To niebo zaś sugerowało, że z wieży widokowej na szczycie (na którym byłam już kilka razy wcześniej w moim życiu i ani razu nie złapałam widoczków) może rozciągać się naprawdę fajna panorama. Niby decyzja prosta, ale były dwa ALE. Po pierwsze, skończyły nam się zapasy, byliśmy głodni i wizja ciepłego posiłku w schronisku wręcz do nas wołała. Po drugie, mieliśmy na ten dzień zaplanowane ok. 25km, a idąc najpierw na szczyt musielibyśmy wspiąć się na niego dwa razy (na Śnieżnik, do schroniska, na Śnieżnik, w dalszą trasę). Czy się wahaliśmy?
Otóż nie 😀 Było zbyt pięknie, by się wahać 😉

Poznani poprzedniego wieczoru towarzysze poprowadzili nas dzikimi ostępami (ponoć tam była ścieżka, ale śmiem wątpić :D) w stronę szczytu.
Dodam, iż na powyższym zdjęciu stoję na pieńku tak idealnie oblodzonym, jak szklanka na ulicach Łodzi podczas marznącej mżawki. Wiem, że tego nie widać, ale uwierzcie mi na słowo, że wdrapanie się na niego było niezłym wyzwaniem, a i utrzymanie się nieruchomo do zdjęcia wcale nie okazało się pestką 😉
A jak już komentuję fotkę, to nadmienię również, że przy plecaku widać przytroczoną reklamówkę ze śmieciami z chatki – dobro wspólne jest dobrem, o ile każdy o nie dba. Trzeba zostawiać po sobie porządek. Zastałeś narąbane drewno? Zostaw narąbane drewno, jak odchodzisz. Masz w plecaku suchy prowiant, który Tobie się już nie przyda? Odłóż na półkę, inny turysta skorzysta. A sprzątanie po sobie jest już całkowitym wymogiem kultury osobistej. Szanuję, że to działa i chciałabym wpisywać się w te zwyczaje 🙂
Kiedy osiągnęliśmy cel i wdrapaliśmy się na wieżę, mogliśmy na własne oczy obserwować, jak w przeciągu 10 minut świat dookoła zasnuwają gęste chmury i cały krajobraz znika pod wodospadem bieli. Niedługo później wszystko dookoła było już mlekiem bez faktury. Wiecie, jakie to uczucie, jak wręcz wylewa się z Was satysfakcja z dobrze podjętej decyzji? To było właśnie to 😀
Zdjęcia ze Śnieżnika dla Was i lecimy dalej 🙂



Następnym punktem na trasie już obowiązkowo było schronisko. Ciepły posiłek i zdobycz cywilizacji, jaką jest toaleta – sztos. Niemniej błędem było zerknięcie w lustro po dwóch ostatnich nocach bez opcji prysznica 😀 Szybko odwróciłam wzrok i heja, w drogę, przygoda czeka!
Oprócz zaopatrzenia się w batony i napoje, udało nam się zdobyć jajecznicę na wynos, by nie iść cały dzień o przekąskach. Ostatecznie bowiem, przez naszą poranną zmianę planów, czekała nas trasa licząca nieomal 30km (wliczając pokonany do tej pory odcinek).

Czy to było dla nas jakimś ogromnym wyzwaniem? Hmmm, raczej nie. Przyznam jednak, że raczki kolejny raz okazały się game changer’em i wysławiałam w duchu ich wynalazcę, kimkolwiek jest.
Gdy oddaliliśmy się nieco od samego Śnieżnika, na szlaku zrobiło się dość cicho i pusto, więc można było delektować się klimatem zimowego, wilgotnego lasu i wędrówką. Obolałe od plecaka mięśnie i kręgosłup nie miały wpływu na czystą radość płynącą z możliwości skorzystania z tak sympatycznej włóczęgi 🙂
Dla mnie wyprawy w góry, nawet niskie, są doskonałą odskocznią od codzienności. Zupełnie inne powietrze wypełnia płuca przy każdym oddechu, docierając do zakamarków zatrutego cywilizacją organizmu. Pokonywane kilometry pobudzają zmęczone siedzącym trybem życia ciało i pozwalają wyciszyć na chwile natłok myśli. Napotykane cuda flory i fauny, a także majestatyczne górskie widoki i rozciągające się na wiele kilometrów panoramy przypominają, że jesteśmy tylko maleńkim punktem w otaczającym nas świecie, tętniącym życiem.
Piękno. Piękno dookoła.


Gdzieś między iściem a iściem zaklepaliśmy sobie nocleg w Stroniu Śląskim, więc napędzała nas wizja gorącego prysznica i miękkiego łóżka. Mieliśmy tylko jeden dylemat – najpierw jedzenie czy kąpiel 😀
Na parking, gdzie czekała moja srebrna strzała, dostaliśmy się w okolicach 18:30. Zmęczeni, ale szczęśliwi, wpakowaliśmy się do Seico i ruszyliśmy za głosem żołądków, czyli prosto do pizzerii. Smród smrodem (trochę włóczęgi i zero kąpieli przez ostatnie dni zrobiło swoje), ale priorytetyzacja być musi 😉
Mieliśmy jeszcze jeden dzień długiego weekendu, niemniej zmęczenie materiału dało o sobie znać i wykończone absolutnym brakiem snu (serio, przez ostatnie dwie noce spałam łącznie może ze 4-5h), chłodem i, jakby nie patrzeć, wysiłkiem organizmy strofowały nasze umysły, że czas chwilę odpocząć. Z tegoż powodu zamiast wielokilometrowej wędrówki górskiej wybraliśmy się do Kopalni Uranu w Kletnie, którą miałam już okazję wcześniej zwiedzać, ale to przecież nie znaczy, że nie można tego zrobić znowu.

Niedaleko wspomnianej kopalni znajduje się również hałda minerałów, na której można wypatrzeć naprawdę fajne zdobycze, jeśli kogoś to interesuje, więc tam także zaciągnęłam mojego towarzysza.
Tak epicki wyjazd nie mógł jednak zostać zakończony kupą kamieni 😀 Z moich poprzednich wyjazdów pamiętałam o jeszcze jednym miejscu w pobliżu – kamieniołomie (tak à propos kupy kamieni, nie?), pod którym znajdował się uroczy zbiorniczek wodny. Z góry jak do tej pory nie było mi dane oglądać tej atrakcji. Przedarliśmy się więc przez las i pobliskie pagórki, gałęzie chłostały nam twarze (całkiem dosłownie – miałam krwawą rysę na policzku!), ale nie mogliśmy się poddać, cel był naprawdę blisko. Kiedy go osiągnęliśmy, zatrzymaliśmy się i spojrzeliśmy w dół, wypełniła mnie wdzięczność. Za to wszystko, co udało mi się przeżyć, czego doświadczyłam, co widziałam. Za ludzi, których poznałam, za nowy sposób podróżowania. Za radość, uważność, spokój i oczyszczenie głowy. Takie widoczki sprzyjają wdzięczności 😉

Tak więc zakończył się ten spontaniczny wyjazd i trzeba było wrócić do szarej rzeczywistości. Trzy dni, a przeżyć co najmniej jak na tydzień. Na długo w mojej pamięci pozostanie ten wyjazd. A nowy sposób włóczęgi zagości z pewnością na dłużej w moim życiu. Polecam! 🙂


Dodaj komentarz