
Czy to możliwe, że ośnieżonym Bieszczadom coś się pomyliło i postanowiły podarować mi prezent gwiazdkowy w lutym? Może to te wszystkie zmiany pogodowe namieszały im w głowie? A może po prostu chciały nagrodzić za wytrwałość? Czy najzwyczajniej w świecie pokazać mi, że warto spełniać marzenia?
Ale od początku 😉
Jak najczęściej podróżujecie? Ze znajomymi, z partnerem, z rodziną, sami? A może korzystacie z grupowych wyjazdów zorganizowanych?
Osobiście nie miałam za dużo styczności w moim życiu z tą ostatnią formą, ale z okazji ostatniego Sylwestra zapoznałam się z podróżniczą grupą Space for Dream i naprawdę polubiłam tę serdeczną społeczność 🙂 Poczułam się jej częścią, zostałam ciepło przyjęta i szybko znajdowałam wspólny język z napotykanymi tam jednostkami. Z tego miejsca wszystkich z nich serdecznie pozdrawiam! ❤
Kiedy dowiedziałam się od niezastąpionego Wojtka o wydarzeniu „Slow weekend w krainie Łemków – Beskid Niski, Magurski PN”, w mojej górskiej główce od razu zaczął kiełkować dużo bardziej zaawansowany plan niż pojedynczy weekend 😀 W końcu będąc tak blisko, grzech by było nie skorzystać i nie wyskoczyć w Bieszczady, prawda? Ostatecznie jak się już jedzie na koniec świata, to warto na nieco dłużej niż dwa dni.
Szczególnie, że moim głównym marzeniem na ten sezon zimowy były właśnie Bieszczady 😉
Rewind, bo… Ale od początku.
Tak zupełnie mimochodem napomknę, iż moja srebrna strzała, zwana Seico, postanowiła spłatać mi figla tuż przed wyjazdem (na którym przebrnęła ze mną przez ponad 1 600 km :o) i trochę na ryzyku ruszałam z Łodzi, po kilku wieczorach z tatą w garażu (wymienialiśmy pompę płynu chłodniczego i filtr oleju :D). No risk, no fun?
A więc weekend – odebrałam mojego towarzysza wyprawy z Katowic i w drogę do Krempnej. W międzyczasie musiałam trochę płynu chłodniczego dolewać, bo układ nie był do końca odpowietrzony, więc nieco się cykałam, co to będzie z tym wyjazdem w Bieszczady. Niemniej jechaliśmy dzielnie w te odległe krańce naszego pięknego kraju, a Seico zawiodło dopiero na samym finishu i to zupełnie nie przez układ chłodniczy czy olej – po prostu, biorąc pod uwagę obciążenie bagażami, nie dało mi radę podjechać pod oblodzone zbocze pełne serpentyn 😀 Tak więc zadzwoniliśmy do obecnych od dawna na miejscu ziomeczków i zgarnęli nas, wraz z tobołami, terenówką, a Seicuś został odpoczywać poniżej ostatniego podjazdu 🙂
No dobra, bo czuję, że nieco za bardzo się rozpisuję (ale za to zupełnie nie czuję, że rymuję 😀 Sucharki zawsze w cenie!). Weekend z ekipą Space for Dream był oczywiście mega! Uwielbiam poznawać ciekawych ludzi, a ta grupa składa się z samych takich niesamowitych indywiduów ❤ Oprócz fajnych prelekcji, wielu fascynujących rozmów, wspólnych planszówek i genialnej sauny (po której rzucaliśmy się w zaspy śniegu i to był super sztos!), zrobiliśmy jeden pagórkowy spacerek, podczas którego jakimś cudem żeśmy się zagubili 😀 Ale chociaż pogoda nawet całkiem dopisała, przyznam 🙂




Po kilku godzinach brodzenia w śniegu w doborowym towarzystwie, naszym oczom ukazała się w końcu docelowa wieża widokowa. Wysokie osiągnięte, jupi! Za to zupełnie nie spodziewałam się pieczątki na wieży, więc trybiki zostały uruchomione i ostatecznie wymyśliliśmy rozbrojenie opakowania zapałek, coby przystemplować sobie osiągnięty szczyt chociaż na małej tekturce 😀

Jakby przyjemności było mało, przez całą drogę towarzyszył nam przesłodki nowy znajomy (a w zasadzie dwóch, ale uwieczniłam jakimś cudem tylko tego puchatka), który rozjaśniał swoją czarującą osobowością każdą minutę trasy 😀

No dobra, żeby za dużo nie pisać, podrzucam Wam jeszcze nieco niekompletną (bo jakoś wyłączyłam śledzenie przed dotarciem do celu) traskę (by Mapa Turystyczna) i lecimy dalej z tematem!

W niedzielę oprócz rozrywek zahaczyliśmy jeszcze o dwie zabytkowe cerkwie w Krempnej i w Kotani, bo nie samą wędrówką człowiek żyje 🙂


Wraz z moim towarzyszem wyprawy i kilkoma innymi zapaleńcami zostaliśmy nieco dłużej, żeby rozwinąć się towarzysko i spędzić dodatkowe kilka godzin przy planszówkach, a dalej już azymut na Bieszczady! Na kwaterkę (sprawdzoną, były to już moje trzecie odwiedziny u gospodarzy w Pszczelinach 🙂 ) dotarliśmy w nocy z niedzieli na poniedziałek. W planach było chodzenie po górkach w poniedziałek, wtorek i środę, w czwartek zaś powrót. Także niebawem przechodzimy do sedna, zapnijcie pasy 😀
Pierwszy dzień wędrówki? To solidnie sztampowe, ale Tarnica 😀 Całkiem szczerze – byłam na niej już dwa razy, ale żadna z tych wycieczek nie odbyła się odkąd zdobywam szczyty z KGP (Korony Gór Polski), więc niestety mi się nie liczy i po prostu do projektu musiałam ją powtórzyć. A czy coś w tym złego? Nie, zimą jeszcze w ogóle nie byłam w Bieszczadach, więc na Tarnicy również nie 😉 Zatem ruszamy.

Pogoda była niby niezła, ale bez szału. Nic jednak nie mogło zepsuć radości z wyjścia na bieszczadzki szlak zimową porą 🙂 Jak do tej pory przemierzałam te pasma górskie latem i jesienią, a ze względu na niepowtarzalne krajobrazy niesamowicie pociągała mnie wizja śnieżnego wypadu w te tereny 🙂
Plan był na wejście najprostszą drogą i wycieczkę dookoła, coby machnąć sensowny spacer na pierwszy dzień. Natura zachwycała nieskażoną bielą, a obcowanie z nią nie było zakłócane dziesiątkami turystów, jak to ma miejsce w sezonie 🙂


Z tego miejsca chciałam również podziękować mojej mamie za pożyczenie termosu, dzięki któremu mieliśmy zapewnioną gorącą herbatkę na zimnym szlaku 😀 A jak już jestem przy wyrażaniu wdzięczności, to to moi rodzice właśnie zaszczepili we mnie miłość do gór i będę im za to dozgonnie wdzięczna ❤

Im dalej w górę, tym zimniej i wietrzniej, a w Bieszczadach nasilenie wiatru rośnie wykładniczo bardzo szybko (kto był, ten wie), więc już niedługo urywało głowę i sypało śniegiem w twarz 😀 Niemniej wciąż pięknie!

Na samą Tarnicę wchodziliśmy w poprzek zbocza, już zupełnie nie widząc ścieżki, bo ślady od razu były zasypywane świeżą warstwą puchu. No czyste szaleństwo! Ale gra warta świeczki, krzyż na szczycie wyglądał naprawdę spektakularnie. A wędrówka bez wyzwań to mniejsza przyjemność, nie? Kiedy pokonuje się trudności, budują się świetne wspomnienia i prawdziwa duma 😉

Po krótkiej chwili na wietrznym szczycie zeszliśmy z powrotem do rozwidlenia i chwilę wahaliśmy się, nim ruszyliśmy w dalszą drogę. Dlaczego? Tam szlaku nie było już widać naprawdę w ogóle, a pokrywa śnieżna sprawiała, że z każdym krokiem zapadaliśmy się coraz głębiej. Dla takiego kurdupelka, jak ja, głębokość do pół uda stała się normą 😀
To był ten moment, kiedy zaczęłam żałować, że nie zakupiłam rakiet śnieżnych. Nabyłam raczki, zdecydowałam się na raki, pokusiłam się nawet o czekan! A z jakiegoś powodu zrezygnowałam z rakiet i to zdecydowanie nie był dobry pomysł 😀 Po kilkunastu minutach (a może kilkudziesięciu? We wszechobecnej bieli, brodząc po biodra w puchu, ciężko ocenia się mijający czas), postanowiliśmy zawrócić.
To nie są proste decyzje. Podejmowanie wyzwań przychodzi mi dużo łatwiej niż rezygnowanie z nich. Tylko, że czasem trzeba posłuchać głosu rozsądku, nie ma to tamto. Mój towarzysz, Daniel, pierwszy dostrzegł, że dalsze brnięcie w tę trasę zdaje się lekkomyślne, a ja ze szczerą przykrością musiałam przyznać mu rację. Zwizualizowałam sobie, co bym czuła, jakby ze szlaku musiał mnie zbierać GOPR. Takiego doświadczonego włóczykija? No wstyd i hańba!

Także ostatecznie wróciliśmy tą samą drogą i zostało nam jeszcze trochę dnia przed zapadnięciem zmroku. Rozsądni my, brawo! Bieszczady nagrodziły nas pięknymi widoczkami na powrocie i znaczną poprawą pogody 🙂



Także podsumowanko trasy: całkowity czas: 4,5h; dystans: 12km; przewyższenia: 600 m; przeżycia i widoczki: bezcenne; ilość śniegu: po pas.

Następny dzień nie jest dobrym tematem do opowiadania 😀 Pogoda była naprawdę kiepska, my wykończeni i jakoś tak leniwie się nam zeszło, więc ostatecznie nie zdecydowaliśmy się na konkretne górskie trasy, tylko pojedyncze spacerki i atrakcje 🙂 Trzeba umieć odpuszczać, kochani. Każdy zasługuje na relaks. Wiadomo, że nie pojechaliśmy w Bieszczady, żeby siedzieć na kwaterce, ale nie zawsze trzeba tyrać długie wędrówki. Tego dnia odwiedziliśmy Zagrodę Żubra w Mucznem i zrobiliśmy dwa małe spacerki – w Mucznem oraz Tarnawie Niższej 🙂 Było ładnie, przyjemnie i spokojnie. W sam raz przed dniem z długą wycieczką w planach 😉





Ostatni górski dzień był jednocześnie dniem urodzin mojego towarzysza podróży. Dla mnie osobiście ten dzień był właśnie tytułową gwiazdką, bo okazał się czasem pełnym cudów, piękna, emocji, wzruszeń i wdzięczności ❤ Takie bajery załatwiłam z tym tam na górze (pan Darek?) na urodziny Daniela! 😀 Żarty żartami, ale całkiem na poważnie – to jest niewiarygodne, co się działo. Postaram Wam się to opisać i od razu przepraszam za liczbę zdjęć i ilość zachwytów, no ale, kurczę, to był nieziemski dzień!
Zacznijmy od tego, że pogoda zaskoczyła nas naprawdę wybitnymi warunkami. WYBITNYMI. Było praktycznie bezchmurnie, piękne słoneczko, cieplutko i, uwaga, bezwietrznie. Startowaliśmy z Ustrzyk Górnych na Połoninę Caryńską, gdzie spodziewaliśmy się zmiany warunków, bo przecież tam wieje zawsze. I to tak, że chce łeb urwać, dosłownie. A czy tak było? Zostawię Was w napięciu na kilka sekund kontemplacji zdjęcia ze startu tego dnia 🙂

No więc… NIE! Czy to możliwe, Panie i Panowie, czy to możliwe?! Połonina Caryńska i ZERO WIATRU? Rozciągające się przed naszymi oczami krajobrazy wyciskały łzy wzruszenia, tak było pięknie. Nie da się opisać słowami pejzaży, które malowały się dookoła nas, nie pozwalając na chwilę oddechu pomiędzy zachwytami. Teraz już nie ma litości i zaczynam zalewanie Was fotkami na serio 😀 Nawet się nie spodziewacie, co za chwilę zobaczycie!






Ej, Ewa, a co to za helikopter na tym zdjęciu powyżej? Jednak trzeba cię było ratować?
Ano właśnie! Otóż nie, nie przyleciał on po mnie 😀 Kolejna niespodzianka tego dnia – GOPR miał akurat właśnie wtedy ćwiczenia na Połoninie Caryńskiej i latał sobie helikopterem nad naszymi głowami, tak blisko, że musieliśmy niekiedy poczekać podczas manewrów, żeby nie wejść tuż pod niego, bo wtedy akurat zaiste wiatr urywał głowę 😀 I szczerze – jak często w życiu ma się okazję oglądać takie ćwiczenia? Czas więc na kolejne pozdrowienia – z tego miejsca wyrażam ogromny podziw i szacunek dla GOPRu w każdych pasmach górskich – robicie fenomenalną robotę ❤
Kolejne zdjęcia i lecimy z tematem 😉





Po zejściu z Połoniny Caryńskiej, przekroczyliśmy drogę i ruszyliśmy na Rawki (Małą i Wielką, a co!). Po drodze zahaczyliśmy o bacówkę, by napić się gorącej czekolady, bo żeśmy zasłużyli w końcu 😉 Dodam, że rozmawialiśmy w tzw. międzyczasie zarówno z GOPRowcami, jaki i pracownikiem Bieszczadzkiego Parku, coby zasięgnąć języka w kwestii warunków pogodowych – i tak, nie tylko my uznaliśmy je za wyjątkowe, a ci ludzie przebywają tam na co dzień. Więc wiecie. Gwiazdka w lutym? 😉



Droga na Rawki minęła spokojnie, w pięknych okolicznościach przyrody, z mijanymi niekiedy turystami. Zaczynało robić się późno, więc praktycznie nikt już nie szedł w tę samą stronę, co my, tylko w drogę powrotną. Oczywiście, ruszając rano, byliśmy świadomi długości zaplanowanej trasy, także byliśmy absolutnie przygotowani do powrotu po ciemku i wszystko szło zgodnie z planem. Rozsądek w górach zawsze przede wszystkim 🙂
Kolejnym celem, ostatnim już przed zejściem, był Krzemieniec – czyli trójstyk granic polskiej, ukraińskiej i słowackiej. Napomknę mimochodem, iż miałam z tyłu głowy projekt zdobywania trójstyków granic Polski, więc tym chętniej wędrowałam ku temu wyjątkowemu punktowi na mapie 🙂



Dodam, że było tak cieplutko, że oboje maszerowaliśmy bez kurtek 😮
Po przerwie na jedzonko oraz dziesiątki zdjęć i filmików rozpoczęliśmy drogę powrotną na Wielką Rawkę, skąd planowaliśmy zejście do Ustrzyk. Ale! Spotkaliśmy zachód słońca i OJEJ! Jakie to było epickie przeżycie ❤ Jakbyśmy wrośli w ziemię, nie mogliśmy oderwać się od zjawisk, malowanych przez naturę dookoła nas, naprawdę nie byliśmy w stanie oderwać stóp od ziemi, by ruszyć dalej. Było zbyt pięknie, nierealnie. Ah, samo wspomnienie mnie wzrusza…



Niemniej w końcu należało pozostawić za sobą te cuda i rozpocząć powrót.
Tutaj już nieco zapadaliśmy się w śniegu, bo ten fragment szlaku jest dużo mniej uczęszczany, ale było to całkiem przyjemne i zabawne wyzwanie 😀 Czołówki poszły w ruch i zsuwaliśmy się w dół, ku miastu, wsłuchując się w nocne odgłosy przyrody. Nawet udało nam się wyłapać nawoływanie puszczyka! ❤
Wyszliśmy w końcu z lasu na drogę i wtedy naszym oczom ukazał się… kolejny cud. Tak przepiękne niebo porusza najczulsze struny w sercu. Nie da się przejść obojętnie pod czujnym okiem błyszczących ogni nocnego nieboskłonu. Wzruszenie odbierało mi mowę…


Żadne zdjęcia oczywiście nie oddają w ułamku widoku, który rozpościerał się ponad naszymi głowami.
Pokonując ostatni odcinek trasy drogą, trafiliśmy jeszcze na dodatkowe wyjątkowe zjawisko – sznur satelitów SpaceX Starlink. Ja osobiście nigdy wcześniej tego nie zaobserwowałam i zdało mi się nieco nierealne, taki zasuwający sznur kropeczek 😀 Akurat tego dnia… Przypadek?
Szczerze? Tylko wilka brakowało! A po takim dniu zaczynałam wręcz spodziewać się, że zaraz nam się jakiś pokaże, coby zwieńczyć te wszystkie cuda 😉
Ostateczna trasa pokonana tego dnia prezentowała się jak poniżej. Całkowity czas: niecałe 10h (w tym naprawdę ogrom czasu spędzony na robieniu fotek :D); dystans: 23km; przewyższenia: 1 400 m; przeżycia i widoczki: bezcenne do kwadratu; warunki pogodowe: nieziemskie ❤

Zakończyliśmy tę bieszczadzką gwiazdkę smacznym wege jedzonkiem w knajpie, a ja w ramach pogłębiania znajomości regionalnej kultury, zakupiłam sobie kilka piwek 😀 Czyż grafiki na etykietach nie są epickie?

Podczas opuszczania Bieszczad (chlip) udało się zahaczyć o jeszcze jeden zabytkowy kościółek i fajny punkt widokowy. Seico dało radę i my też 😀 Jest moc!


No i co Wy na to? Nie za dużo szczęścia jak na takiego małego szarego ludka, jak ja? 😉
A Wy jak zapatrujecie się na zimy górą? Próbowaliście takiej formy turystyki? A może Was też czasem spotykają takie dni pełne cudów i chcielibyście się tym podzielić? 🙂
Czasami życie to bajka ❤


Dodaj odpowiedź do Dd Anuluj pisanie odpowiedzi