
Wiele razy słyszałam to pytanie na szlaku. Podczas tej wycieczki jeszcze częściej, z dodatkowymi członami typu „Z plecakiem? Na kilka dni? Z noclegiem w schroniskach?”. Ale od początku.
Jaką myśli może mieć Ewa na hasło „Boże Ciało”? Oczywiście: góry! Brak potencjalnego towarzystwa stanowił przeszkodę nie do pokonania? No gdzież! Przecież wędrowałam już po górach solo. Tylko czy tym razem chciałam zrobić to tak samo? Znaleźć kwaterę, zaplanować „kółeczka” po górach od niej z powrotem, może z parkingów, i tak spędzić ten długi weekend? Otóż nie. Tym razem postanowiłam pójść o krok dalej.
Robiłam już wielodniówkę z dobytkiem na plecach. Robiłam już trasy solo. Ale jeszcze tego nie łączyłam. Więc? Zawsze musi być ten pierwszy raz 😉

Mój plecak niestety nie jest potencjalnym zwycięzcą na podium pojemności plecaków, więc musiałam improwizować i podopinać do niego co się da od zewnątrz (podczas mojej wędrówki ten bagaż à la Frankenstein zyskał nawet swoją nazwę, ale o tym później). Ostatecznie ważył jakieś… milion kg? 😀 W zasadzie nie sprawdzałam, ale tak na oko koło 20kg. Milusio, prawda?
Cel nadrzędny wyjazdu? Skończyć KGP. Realnie zaliczyłam już wszystkie szczyty z Korony Gór Polski, ale Wysoką Kopę robiłam nocą i przegapiłam oznaczenie, a Śnieżkę robiłam jakieś sześć razy (z czego pierwszy raz jak miałam 3,5 roku :D), ale jeszcze zanim zapisałam się do projektu… Tak więc w planie Góry Izerskie i Karkonosze. Do zrobienia!
Boże Ciało mamy w czwartek, ale szkoda wolnego dnia na samochodową trasę, zatem z Łodzi ruszyłam w piątek. I tutaj ukłony dla mojego wspaniałego pomysłu – po co w środę nocować w mieście u podnóży gór, jak można nocować w górach? 😀 Tylko logistycznie mission impossible, żeby nie iść w tej sytuacji po zmroku. Ale… Przecież jeszcze nie szłam solo po zmroku, to czas najwyższy przełamać kolejną barierę, nie? 😉 Im więcej „pierwszych razów”, tym lepiej!
Zatem… Po pracy wsiadłam w moją srebrną strzałę i dawaj na Rozdroże Izerskie. Zlitujcie się, jaki upał był! Niestety moje fenomenalne seico nie ma takich luksusów jak klimatyzacja, więc topiłam się jak ser na słońcu Nie wspomnę już o tym, jak przyjemnie jeździ się po polskich drogach w wieczór przed długim weekendem… No mało brakowało, żebym życie straciła i wcale nie hiperbolizuję. Niemniej w ostatecznym rozrachunku „jakoś poszło, Ośle, jakoś poszło!”. Dotarłam na parking koło 21:30. Stały tam dwa samochody, których właściciele właśnie w nich nocowali. A ja, niewielka blondynka w obitym Seicento, dojechałam, wysiadłam, przepakowałam plecak nieomal większy ode mnie samej i dawaj na szlak! Koło 22.
Przyznam Wam szczerze, z ręką na sercu, że nieco stresujące jest takie chodzenie samemu po górach nocą. Siada trochę na psychikę 😀 Po jakichś 10 minutach musiałam podmienić czołówkę i chciałam sobie przy okazji opróżnić pęcherz, ale pewien ciekawski lisek postanowił mi towarzyszyć, więc się spietrałam wystawiać mu czterech liter i ostatecznie poszłam dalej z pełnym pęcherzem 😀 Ale z lepszą czołówką! Ostatecznie – za lisim ogonem! Trzeba się cieszyć, że napotkałam rudego przyjaciela 😉
Dodam, że podczas tego samotnego marszu nocą, przez sporą część drogi po prostu mówiłam do siebie na głos, żeby było mi nieco raźniej. Możecie oceniać, ale zanim rzucicie kamieniem – sami spróbujcie takiej przygody 😀 Z fauny napotkałam sporo ptaków, ale naocznie doświadczyłam jeszcze jedynie spotkań z wieloma owadami, gigantyczną sową i jedną uroczą żabką 🙂


Do Chatki Górzystów dotarłam przed północą. Ostatecznie trasa ok. 9km zajęła mi niecałe 2h, bo całkiem mi było spieszno 😉 Ale droga szeroka i wygodna, to mogłam zasuwać. Szkoda tylko, że nie do końca przemyślałam zaopiekowanie się stopami w butach, a nie miałam w sobie dość determinacji, by się zatrzymać i naprawić swoje błędy. Odbijało się to na mnie przez całą resztę kilkudniowej wyprawy… A przebyta tej nocy trasa prezentuje się tak (by Mapa Turystyczna):

W chatce ledwo dostrzegalne światło, ale przecież mieli zostawić otwarte drzwi, to chyba będzie dobrze, nie? 😀
Było dobrze 🙂 Dwóch pracowników siedziało sobie w jadalni przy świetle świec i rozmawiało przy piwku. Zaraz… Piwku? Dej! 😀 Na szczęście panowie sami zaoferowali, że podadzą mi napój bogów, więc jedynie poprosiłam o chwilę cierpliwości i zniknęłam pod prysznicem, który był mi tak niesamowicie potrzebny po godzinach topienia się w seico i dwóch godzinach solidnego marszu z niemałym obciążeniem.
Gdy wróciłam czysta i pachnąca (no, może po prostu czysta), zastałam już tylko jednego szanownego kolegę, przesympatycznego Bartka, którego z tego miejsca serdecznie pozdrawiam ❤ Przesiedziałam z nim nieomal całą noc, rozmawiając o wszystkim i niczym. Czy to samotny wypad w góry, skoro już pierwszej nocy spędzam 4h na ożywionych dyskusjach z dopiero poznanym człowiekiem? 😉 Zaczęła we mnie kiełkować myśl, że osoby poznawane na szlaku muszą być moimi pokrewnymi duszami przecież, więc będę z nimi łapać kontakt. Czy tak było dalej? Zaraz się dowiecie, cierpliwości 🙂
W każdym razie między 3 a 4 w nocy zdecydowałam, że musimy zakończyć nasze przemiłe spotkanie, bo przecież rano ruszam w dalszą trasę i naprawdę mam przed sobą sporo wyzwań. Zebrałam bambetle, poczłapałam piętro wyżej, otworzyłam drzwi do mojego wieloosobowego pokoju i… zamknęłam je z powrotem. No nie, przy takim chrapaniu to ja nie zasnę, choćbym umierała ze zmęczenia. Więc sturlałam się z powrotem do jadalni i spytałam, czy mogę spać tam na glebie. Wiadomo, rano zaczną kręcić się ludzie, ale chyba lepiej spać krótko niż w ogóle 😀
I tak oto pierwszą noc spędziłam na deskach podłogi w Chatce Górzystów. Zgodnie z przewidywaniami, a nawet nieco wychodząc naprzeciw niewypowiedzianym obawom, ruch zaczął się rano, a wręcz okrutnie, nieprzyzwoicie rano – czyli koło 5:30. Gratulacje Ewa – pierwsza noc na wielodniówce i jakieś 2 godzinki snu, sztos! 😀
Niczego nie żałuję, było warto 😉 Rano wykaraskałam się, po dwóch godzinach udawania, że nadal da się spać w tych warunkach, ze śpiwora, zebrałam manatki i wyszłam powitać piękny górski poranek 🙂
Polecam. Poranek w górach? Miodzio ❤

Po pysznym i skrajnie obfitym śniadanku (polecono mi naleśniki, które okazały się być biszkoptowe i zdecydowanie obiadowe, a nie śniadaniowe, ale jak polecono, to co zrobić – nie wygrasz!), założyłam na plecy mój bagaż (dobę później nie można już było z lekkim sercem mówić o zakładaniu bagażu, a raczej o pełnym cierpienia narzucaniu jarzma) i ruszyłam w dalszą drogę. Przede mną był dzień przejścia Izerów, zaliczenia tej nieszczęsnej Kopy, zahaczenia o Wysoki Kamień, po czym wyzerowania wysokości do Szklarskiej Poręby i wdrapania się z powrotem po drugiej stronie – na Karkonosze. Good luck, have fun, right? 😀
Niemniej i tym razem – jakoś poszło! Ale po kolei. Zacznijmy od tego, że upał fest, więc dość szybko przeskoczyłam z opcji okulary na opcję soczewki, a to po to, żeby dodać opcję bonus: okulary przeciwsłoneczne 😀 I jazda. Jeśli chodzi o całą aferę z Wysoką Kopą – już Wam wyjaśniam, jak do tego doszło, że żem tam była, a dowodów brak.
Otóż. Wysoka Kopa jest szczytem w obrębie ochrony przyrody, a konkretnie cietrzewia. Nie prowadzi na nią bezpośrednio szlak turystyczny, chociaż są ścieżki. Zdobywcy KGP zasuwali sobie po tychże ścieżkach, niepokojąc Bogu ducha winne cietrzewie, więc zdecydowano, by umieścić oznaczenie szczytu i pieczątkę na szlaku turystycznym poniżej samej Kopy. Tylko, że ja za pierwszym podejściem nie doczytałam tej kwestii i po prostu poszłam na żywioł. A dodatkowo sprawę skomplikował fakt, że zaliczałam ją nocą. Zachwycając się urokami Parku Ciemnego Nieba, nie spodziewałam się, że przejdę obok tak upragnionej tabliczki z oznaczeniem, zupełnie jej nie zauważając. Po prostu celowałam w szczyt, nie ma się co dziwić, proszę się rozejść!
Także ten, tego, ekhm. No do powtórki. Tym razem zaznaczyłam sobie na mapie, gdzie znajduje się słupek i pieczątka, ale zasadniczo za dnia ciężko je przegapić (przynajmniej idąc od tej strony) 😀 Odhaczone? Sir, yes, sir! Napotkałam dwójkę młodych dżentelmenów, którzy również aspirowali do miana zdobywców KGP, mając ambitny plan zaliczenia całości w trzy miesiące. Trzymam kciuki, chłopaki!



Dalej ruszyłam na Wysoki Kamień, po drodze decydując się na mini detour, żeby obczaić kopalnię, bo, co będę ukrywać, całkiem mnie kręcą takie klimaty 😉 Zdecydowanie była to dobra decyzja! Kopalnia kwarcu „Stanisław” prezentowała się imponująco ❤




Napomknę jeszcze, że na cały mój wyjazd zapowiadane były burze, więc z sercem na ramieniu kontynuowałam wędrówkę, gdy usłyszałam grzmoty i zobaczyłam kolory nieba po drugiej stronie gór. Dalej, dalej, nogi Ewy! Zasuwamy!


W drodze na Wysoki Kamień ponownie nawiązałam bardzo pozytywną znajomość, tym razem z ojcem dwójki chłopaków, którzy wspólnie przemierzali szlak na rowerach 🙂 W Izerach jest naprawdę dużo szlaków rowerowych, więc wszystkim fanatykom dwóch kółek serdecznie polecam 😉
Generalnie jako samotnie wędrująca kobieta z gigantycznym plecakiem, wzbudzałam całkiem spore zainteresowanie, dzięki czemu udawało mi się zapoznawać przyjazne dusze. Pytano przede wszystkim, czy się nie boję. Szczerze powiedziawszy raczej się nie bałam (no, może jak zasuwałam nocą, to troszeczkę), ale czułam respekt do tego projektu i wiedziałam, że porywam się na sporo. Zawsze musi być ten pierwszy raz 🙂
Wysoki Kamień uraczył mnie pięknymi widoczkami, smacznym piwem i nieczynną toaletą, więc dość prędko zebrałam się w dalszą drogę ku Szklarskiej Porębie, gdzie zaplanowałam sobie obiadek i dłuższy odpoczynek 🙂




Dodam, że wspomnianych wcześniej dwóch maruderów od KGP spotkałam jeszcze na Kamieniu (szli inną drogą, nie przez kopalnię), oraz po zejściu do Szklarki, gdy wracali po zakupach w Żabce na pociąg. Bardzo to miłe spotkania 🙂
Pożywić się zdecydowałam w knajpce inspirowanej PRLem i filmem Miś. Jako wegetariance nie było mi najłatwiej dobrać tam sobie obiadu, ale ostatecznie jajka sadzone, ziemniaczki, mizeria i zsiadłe mleko zrobiły robotę. Do tego piwko, rozzucie obuwia, wyciągnięcie się na krzesełku na powietrzu – i relaks można uznać za udany 🙂


Ostatni etap tego dnia – podejście na Karkonosze. Cel? Schronisko Pod Łabskim Szczytem. To miał być mój jedyny nocleg w pokoju jednoosobowym i tylko dlatego, że to był ostatni, jaki im został (normalnie to trochę szkoda kasy jednak). Ale nie ma tego złego – jak będę sama, to odeśpię ostatnią noc, nie? 😉
Podejście w pełnym upale byłoby ciężkie, ale dodatkowo doskwierający coraz bardziej ciężar na plecach czynił je naprawdę mało przyjemnym. Ścieżką wśród drzew, nieomal bez widoczków – w zasadzie marzyłam o drzemce i nie do końca wiem, czemu jej nie poczyniłam, ale chyba załączył mi się tryb sportowca, który widzi metę i po prostu chciałam już dotrzeć do celu.
I oto jest! Udało się, sukces! Prysznic! 😀


Niedługo po moim dotarciu zaczęło nieco padać, ale zasadniczo całkiem mnie to ucieszyło, bo powietrze lżejsze, a ja i tak schroniona. Żeby mi się to tylko czkawką nie odbiło…
Wieczorem odczułam odrobinę samotności, ale napotkałam towarzysza, który ją zdecydowanie załagodził, ugniatając mnie z bezgraniczną miłością ❤



Traska tego dnia zakończyła się ostatecznym wynikiem 22,6km z całkiem sporymi przewyższeniami, a na mapie prezentuje się to tak:

Nie wiem, czy już Wam o tym wspominałam, ale generalnie rzecz ujmując jakość mojego snu jest dość mizerna. Bardzo łatwo mnie obudzić, a nawet cichy dźwięk wyrywa mnie objęciom Morfeusza. I tak oto zbłąkana nocna wiadomość na komunikatorze zafundowała mi poniższy widoczek:

Czy warto było się wybudzać? No sami oceńcie 😀
Ciąg dalszy nastąpi… ❤


Dodaj odpowiedź do creativeet Anuluj pisanie odpowiedzi