Spoko loko, lecę do Maroko

Jak do tego doszło?

Jest to pytanie, na które odpowiedź ostatnimi czasy bywa całkiem ciekawa w przypadku moich podróży 😀

  1. Czemu Maroko?

Otóż – tak wyszło 😀 W wyszukiwarkę lotów (jak nie znacie, to polecam Kiwi 😉 do szukania, a nie kupowania – dostałam tip od przyjaciela, że lepiej jednak nie kupować za ich pośrednictwem) wpisałam warunki – bardzo konkretne daty, miejsce wylotu = Polska, miejsce docelowe = Azja / Ameryka / Afryka. Czemu? Chciałam poza Europę po prostu 🙂 Jakie były dodatkowe założenia? Góry. Ale nie po prostu góry. Chciałam przebić swój dotychczasowy najwyższy szczyt (czyli Teide na Teneryfie, wys. 3715 m n.p.m., który niestety został zaliczony nie wędrówką, a podczas objazdówki wyspy, więc w ogóle wstyd). Sortowanie po cenie i dość szybko mój wzrok zatrzymał się na Marrakeszu. Od razu coś kliknęło i wyświetliło mi w głowie wspomnienia sprzed kilku lat, kiedy to intensywnie marzyłam o wyprawie do Maroko, planowałam, szukałam, nastawiałam się, a później nic z tego nie wyszło. Znalezione loty były naprawdę tanie, więc tym razem wycieczka była całkiem realna. Tak właśnie padło na Maroko 🙂

  1. Kiedy zapadła decyzja?

Może jest to trochę zaskakujące pytanie, którego byście nie zadali, ale jednak sprawa była dość ciekawa, więc i tak Wam opowiem. Jak Was to nie interesuje, zapraszam do przewinięcia w dół 😀
Generalnie powyższy przegląd dostępnych lotów odbył się bodaj ok. tygodnia przed planowanym wylotem. Na projekt podróży zdecydowałam się dość szybko, ale (zawsze musi być jakieś „ale” 😀 ) nie miałam pewności, czy w ogóle w terminie, który wybrałam, będę mogła opuścić rodzinne miasto, a co dopiero Polskę, nie mówiąc o Europie 😀 Czemu? W zasadzie kwestia remontów, spraw rodzinnych i różnych takich – bez znaczenia dla historii. Dość powiedzieć, że trzy dni przed wylotem wciąż nie miałam biletów i dzwoniłam upewniać się, że mogę wyjechać. Zatem – kiedy tak naprawdę kliknęłam „kup”? 14.11.2023 o 10:30. Kiedy był lot? 17.11.2023 o 12:25 z Warszawy (ja mieszkam w Łodzi, jeśli ktoś jeszcze nie wie). Dużo czasu na przygotowanie czy krótko? Biorąc pod uwagę, że tego samego dnia zamówiłam trochę używanych ubrań, bo nie miałam za bardzo ogarniętych sensownych okryć na takie temperatury? Odpowiedzcie sobie sami 😀

Zatem wstęp mamy za sobą. Gotowi na podróż? 😉

Tak sobie pomyślałam (ja to nie umiem bez dygresji, nie?), że może by Was ciekawiło, ile te moje podróże kosztują. Zatem w przypadku Maroko muszę na samym wstępnie zaznaczyć, że wycieczka byłaby dużo bardziej budżetowa, gdybym nie uparła się na zdobywanie najwyższej góry Afryki Północnej, czyli Toubkalu. Jeśli jednakowoż czytaliście powyższy akapit, to wiecie, że nie było takiej opcji, bo był to główny cel wyprawy 😉 Generalnie góry zazwyczaj są dla mnie opcją „must have” w podróżach. Co w kosztorysie już na samym starcie (później było tego więcej) zmieniło się z tego powodu? Przede wszystkim konieczność zabrania bagażu rejestrowanego.

Czy na pewno? Tak sobie teraz myślę, że jednak niekoniecznie, ale mądry człowiek po szkodzie. Czemu niekoniecznie? Ano prawda jest taka, że sprzęt potrzebny w górach można było wypożyczyć w Maroko. Wyszłoby taniej, a do tego nie musiałabym tak okrutnie dużo dźwigać na plecach (a należy nadmienić, że z powodu górskiej wędrówki przemieszczałam się dużo międzymiastowo, nocując w różnych punktach na mapie, więc bagaż często miałam ze sobą na plecach).

No dobrze, już ruszam dalej! 😀 Samolot! „Co może być ciekawego w samolocie?” – zapytacie? Otóż tym razem nawet może, ponieważ siedziałam z małżeństwem, które właśnie świętowało swoją 40-tą (o ile mnie pamięć nie myli) rocznicę ślubu, podróżując wspólnie z wycieczką do Maroko ❤ Niesamowicie sympatyczni ludzie! Dzięki nim pierwszy raz w życiu piłam Prosecco na takiej wysokości 😀 Razem wznieśliśmy toast, a także rozprawialiśmy o podróżach i wielu innych aspektach życia przez większość czasu lotu 😀

Pierwsza realna trudność po lądowaniu? Znalezienie autobusu 😀 Ale zanim – wskazówka dla Was – ja byłam mocno ukierunkowana na szybkie uzyskanie dostępu do internetu, więc kupiłam kartę na lotnisku. To jest tak szalenie drogie… A można taką kartę kupić później praktycznie wszędzie 😉 No, autobus! Czemu to był problem? Ano dlatego, że wujek Google pokazał zły punkt zbiorczy – ot, taka drobnostka.

Marrakesz welcome to! Do centrum dotarłam za szalone 12 zł, po czym rozpoczęło się poszukiwanie mojego pierwszego noclegu. Dodam, iż moja rodzina mocno stresowała się samotną podróżą blondynki do Maroko, ja akurat w sumie nie, ale jednak chciałam pozostać względnie rozsądna w tej podróży 😀 Idąc za GPSem jednak dość szybko znalazłam się w wąskich, pustych uliczkach, które ciągnęły się niczym labirynt. Niedługo później byłam już przyzwyczajona do tego schematu miasta, ale pierwszy dzień, mimo uprzedniego researchu, nieco mnie zaniepokoił 😀 Gdy dotarłam na miejsce, okazało się, że to wcale nie jest to miejsce! GPS mnie okłamał (znowu!) ;( Tam jednakowoż napotkałam na przemiłego pana z obsługi innego hotelu, który przedzwonił do mojego miejsca noclegu, by poznać jego lokalizację, po czym odprowadził mnie na miejsce ❤ Nawet nie przyjął ode mnie drobnego finansowego dziękczynienia!

Po zrzuceniu bambetli w pokoju, ruszyłam na Plac Jemaa el-Fna, który o tej porze tętnił życiem. Nie jestem wielką fanką tłoku, więc nie zapuściłam się między stragany, tylko przespacerowałam obrzeżem placu i zajrzałam do restauracji z widoczkiem na cały ten targ z góry 🙂

Jak wyglądał plan wyjazdu? Prawie każdą noc spędzałam w innym miejscu 😀 Tako i tu – wróciłam do pokoju, spróbowałam zaznać odrobiny snu, po czym rano spakowałam cały swój podróżniczy dobytek do plecaka i opuściłam to trudne do zlokalizowania, acz przyjemne, miejsce 🙂

Co uderzyło mnie już tego pierwszego dnia? Bezdomne kociaki. W niesamowitych ilościach. Wychudzone, biedne, w każdym wieku. Wszędzie. Aż serduszko pękało.

W każdym razie, ruszajmy dalej razem w wir Maroko 😉 Ten dzień przeznaczony miałam na dostanie się do górskiej wioski Imlil, położonej ok. 1700 m n.p.m., jakieś 65 km na południe od Marrakeszu. Koncept na ten etap był prosty – próbujemy autostopu, jeśli całkowicie nie będzie to szło, to alternatywą były tzw. grand taxi, czyli wieloosobowe taksówki.

Jako że miałam cały dzień na sam transport, postanowiłam najpierw skorzystać odrobinę z uroków Marrakeszu 🙂 Po przejściu przez Jemaa el-Fna (rano plac ten jest dla kontrastu totalnie opustoszały!), skierowałam swoje kroki na widoczną już z daleka Koutoubię. Meczet Księgarzy ogrodzony był siatką terenu budowy, ale nawet zza tych barier prezentował się bardzo przyjemnie dla oka. Wielokrotnie podczas kolejnych dni podróży stanowił mój punkt odniesienia i swego rodzaju latarnię w tym specyficznym miasteczku 🙂

Po kilku minutach na podziwianiu tej budowli, ruszyłam do Nekropolii Sadytów (Saadian Tombs) – bilet wstępu to rząd wielkości ok. 30zł (70 DHM / MAD – sama początkowo nieco się mieszałam z tymi skrótami waluty, ale są równoznaczne, jak nasze PLN i zł 🙂 ). Jeszcze jedna ciekawostka! Ruch uliczny w Marrakeszu to jest jakaś „wolna Amerykanka”, totalny chaos! Początkowo naprawdę ciężko było mi się w tym odnaleźć. Auta, skutery, wózki – wszystko naraz, a piesi po prostu wchodzą na drogę i przeciskają się między jeżdżącymi pojazdami. No, całkiem szczerze, pierwszego dnia znajdowałam sobie jakiegoś miejscowego, który akurat przechodził przez ulicę tam, gdzie ja chciałam, i pomykałam równolegle do niego, z duszą na ramieniu, czy coś mnie nie potrąci 😀 Z czasem przyzwyczaiłam się do tej formy poruszania i nawet ją polubiłam, a wręcz po powrocie do Polski czułam się nieswojo, musząc szukać przejść dla pieszych 😀 No, wracając do nekropolii – seria foteczek dla Was!

W drodze od nekropolii na miejsce wypadowe w kierunku Imlil zahaczyłam o bramę miejską Bab Agnaou, jedną z kilku monumentalnych bram w Marrakeszu 🙂 No ładne, ładne 😀

A co jeszcze stało się na tym odcinku? Ano natrafiłam na wycieczkę Polaków, z którą leciałam samolotem, czyli powitałam przemiłe małżeństwo, z którym spożywałam Prosecco. Ciekawe tak się spotkać akurat o tej samej porze w tym samym miejscu 😀 Tylko oni właśnie szli do nekropolii, z której ja już wyszłam.

Kilkanaście minut wędrówki dalej rozbiłam swój „obóz” autostopowy, czyli zdjęłam plecak 😀 Co ciekawe, miejscowi również łapali stopa, zgadzało się to z tym, co wcześniej wyczytałam, że nie jest to problematyczny środek transportu w Maroko (tylko trzeba dogadać, bo sporo osób się zatrzymuje, ale oczekują zapłaty). Co więc mogło stanowić problem? Ano mój obrany kierunek podróży…

Przyznam, że bardzo szybko zaczęły się przy mnie zatrzymywać pierwsze samochody i bardzo sympatyczni ludzie chętnie by mnie podrzucili, tylko faktycznie nikt nie jechał w kierunku górskiej wioski (może kwestia podróży poza sezonem?). Istnieje spora szansa, że w końcu udałoby mi się przemieścić na raty do Imlil, gdyby nie jeden nadgorliwy Marokańczyk 😀 Wspomniany dżentelmen nie mówił zbyt biegle po angielsku, więc nasza rozmowa odbywała się przy pomocy tłumacza w telefonie. Niestety również i jemu moja destynacja zupełnie nie pasowała, ale pan straszliwie się tym przejął. Tak bardzo chciał mi być wsparciem, że nie zgodził się po prostu zostawić mnie przy drodze – wręczył mi banknot na przejazd taksówką (nie są to wielkie kwoty, w przeliczeniu jakieś 40zł, i tłumaczyłam mu, że pieniądze nie są dla mnie problemem, ale jakoś nie dotarło to do niego 😀 ) i przykazał iść na postój grand taxi, upewniając się, czy umiem wskazać go na mapie. Nie było to zgodne z moim planem, ale ten empatyczny człowiek naprawdę nie chciał za grosz przemieszczać się dalej, póki tego nie zrobiłam. Moje sumienie nie pozwoliło mi po tym zdarzeniu zostać przy drodze i dalej łapać stopa, więc zarzuciłam ponownie na plecy mój bagaż i zawróciłam w kierunku centrum miasta i postoju taksówek. Tyle by było z autostopowania 😀

Jak to działa w Marrakeszu? Głośno i chaotycznie, co nie powinno już nikogo zaskakiwać 😉 Ostatecznie busik, do którego wsiadłam, nie był wcale grand taxi 😀 Kiedy doszłam do postoju i usłyszałam „naganiaczy”, wykrzykujących nazwę mojej docelowej wioski, podbiegłam, spytałam, za ile, powiedziałam twardo, że tyle nie dam i ile dokładnie jestem w stanie im zapłacić i… wsiadłam. Nieco stresu, mój plecak został wrzucony na dach, a ja znalazłam się między miejscowymi w dziwnym busiku (jeszcze czekając na wydanie reszty, ale na szczęście nie było z tym problemów, mimo mojego niepokoju, gdy pojazd ruszył, a ja wciąż byłam w plecy z gotówką).

W moim osobistym przekonaniu kolejne punkty moich przygód miały się już odbywać w Imlil. Jakież było moje zdziwienie, kiedy busik zatrzymał się dużo szybciej i kierowcy zaczęli wykrzykiwać jakąś nazwę miasteczka. „W sumie nic dziwnego, że bus ma więcej przystanków” – pomyślałam. Wtedy jednak miejscowi ponownie przyszli mi z pomocą, ponieważ siedzący najbliżej mnie panowie odwrócili się do mnie i spytali, dokąd jadę. „Imlil” – odpowiedziałam prosto. Co się wtedy stało? Tył busa (a tam siedziałam), został szybko ponownie otworzony, ktoś pociągnął mnie za łokieć, inny człowiek już zrzucał mój plecak. Nie miałam pojęcia, gdzie jestem, ale wiedziałam, że nie dam się tu po prostu zostawić, bo zapłaciłam za dojazd do Imlil. No to próbuję tych krzyczących do siebie panów jakoś skupić na mnie, żeby ktoś mi logicznie odpowiedział, co teraz. Najpierw jeden z nich zaczął wyciągać gotówkę, żeby mi połowę zwrócić, ale drugi go powstrzymał, kazał mi ze sobą iść i ruszył szybkim marszem gdzieś w inną ulicę. No to ja za nim! Wsadzono mnie w dużo mniejszego busika, mój plecak ponownie wylądował na dachu, a ja ścisnęłam się w środku pomiędzy czekającymi na odjazd Marokańczykami (wtedy myślałam, że już jest ciasno). Panowie jakoś się między sobą rozliczyli za mój przejazd i ruszyliśmy. Niepokoiło mnie jednak to, że z ust mojego nowego kierowcy ani razu nie padła nazwa „Imlil”, mimo moich usilnych prób skomunikowania się, a ponadto nie wiem, czy w ogóle mówił on po angielsku. No trudno!

Droga była już coraz mniej przyjemna i lękliwie obserwowałam kawałek paska od mojego plecaka, pokazujący się podczas przechyłów w oknie, z duszą na ramieniu, czy mój bagaż nie zostanie na którymś z zakrętów. Dodam, że gdzieś po drodze dosiadali się kolejni pasażerowie, a jeden nawet dostał mały drewniany zydelek, żeby postawić go w przejściu i na nim usiąść 😀 Po jakimś czasie (a tym razem dość często zerkałam na GPS w telefonie, żeby kontrolować przejazd) drzwi ponownie się otworzyły i kierowca gestami nakazał mi wysiąść. Jak myślicie, czy byłam w Imlil?

Otóż nie 😀 Szok i niedowierzanie, prawda? Pan, jak wspomniałam, po angielskiemu njet, więc nieco skołowana stałam obok mini busika, rozglądając się nerwowo na boki. Wtedy zostałam „przekazana” kolejnemu miejscowemu, który powiedział, że musimy poczekać na grand taxi i pewnie zajmie to koło pół godziny, więc proponuje herbatkę. W sumie czemu nie? Zarzucił sobie mój plecak na plecy i poprowadził w gąszcz mieszkańców miejscowości Asni.

Pół godzinki zmieniło się w jakieś dwie godziny, o ile mnie pamięć nie myli. Miałam za to okazję przejść się po lokalnym rynku, zupełnie nie ukierunkowanym na turystów (bo kto normalny miałby tu przyjeżdżać i po co?), wypić herbatkę i podyskutować sobie z kolejnym lokalsem, który pokazał mi też fajne widoczki i parking dla osłów (what?!). Nie nazwałabym tego zatem czasem straconym 🙂

Czy dotarłam w końcu do Imlil? Owszem. Czy musiałam dopłacić? Nie musiałam, ale nie chciało mi się kłócić o równowartość 4zł, więc zapłaciłam bez marudzenia. Górskimi serpentynami dojechaliśmy w końcu z kolejną grupą Marokańczyków do mojej destynacji. Trochę dziwiło mnie, że nie napotkałam jeszcze żadnych turystów 😀 Ale co tam!

Znalazłam moje kolejne jednorazowe miejsce spoczynku, którego korytarze stanowiły nie lada labirynt, zrzuciłam bagaż z pleców i poszłam na taras szukać jedzonka!

Podczas posiłku poznałam dwóch młodych Marokańczyków w podróży motocyklowej, z którymi, miło gawędząc, spędziłam czas 🙂 Po jedzonku wyznaczyłam sobie na mapie trasę przechadzki i zdecydowałam się na rozgrzewkowy spacer przed wchodzeniem na Toubkal. Dodam, iż pozostawałam w kontakcie z przewodnikiem, do którego pisałam jeszcze z Polski, znalazłszy jego numer na jakimś blogu 😀

Czemu guide? No właśnie. Otóż dlatego, że aktualnie przewodnik na tym szlaku jest obowiązkowy. Czemu? Nie jest to zbyt przyjemna historia. W 2018 r. dwie turystki zostały na tym szlaku zamordowane. Nie chcę zagłębiać się w szczegóły, żeby wrażliwsi odbiorcy nie poczuli się niekomfortowo – zainteresowanych odsyłam do wyszukiwarki, znalezienie informacji, dotyczących tego zdarzenia, nie jest zadaniem trudnym. Dla opowieści istotnym jest fakt, że aktualnie wchodzenie na Toubkal na własną rękę jest nielegalne, a na wejściu na szlak faktycznie znajduje się swego rodzaju wojskowa stróżówka, gdzie sprawdzane są dokumenty zarówno turystów, jak i przewodników.

Wspominałam Wam, że wyjazd byłby znacząco tańszy, gdyby nie Toubkal? Ano właśnie. Bagaż to jedno. Przewodnik? Jakieś 150 EUR (z noclegiem w schronisku i posiłkami na szlaku). Uh. Auć. Dodam, że koszta na większą grupę nie rosną znacząco, więc przy kilku osobach generalnie nie jest to aż tak droga impreza. Solo? Ajajaj, Puerto Rico (jak to śpiewane jest w popularnej piosence). Plus był oczywiście taki, że tempo poruszania się, pory wyjścia i w zasadzie dokładnie wszystko podczas wędrówki było dostosowane w 100% do mnie.

Trochę wybiegłam do przodu, przepraszam! Wróćmy do dnia przyjazdu do Imlil i mojej mini pieszej wycieczki po okolicach 🙂

Zaplanowałam sobie spacerek ok. 6 km, zahaczający odrobinę o trasę dnia następnego. Plan był jednakowoż na tyle niewymagający, że ja, Ewa, nawet nie przebrałam się w spodnie! A ile razy żeście mnie w kiecce widzieli? 😀

Ciekawe warunki pogodowe, nie? 😀 To słońce na górach się rysowało bardzo abstrakcyjnie. Dość nierealnie, ale jak malowniczo! Co tam jeszcze miałam z atrakcji? W zasadzie głównie podziwiałam górki i piękne osady tych specyficznych domków. Załapałam się też na niewielkie wodospadziki. No przyjemny spacerek!

W moim hoteliku dogadałam się z obsługą na możliwość pozostawienia części bagażu na recepcji, coby nie targać ze sobą wszystkiego na pobliski szczyt szczytów. Na szczęście panowie byli bardzo pomocni i nie robili absolutnie problemów w tym zakresie. A co musiałam dźwigać? Generalnie sporo 😀 W schronisku tak czy siak trzeba było mieć śpiwór, Do tego ciuchy na zmianę, mój standardowy górski survival kit, trochę jedzonka, dużo picia, przybory kąpielowe, żeby dało radę z prysznica skorzystać, no i oczywiście ciepłe ciuchy na szczyt – kurtka, czapka, itp. Oczywiście i tak lepiej tyle, niż wszystko, ale tak czy siak – jako tako po japońsku. Czy to dla mnie problem? No nie, z dużo cięższym plecakiem już wędrowałam 🙂

Ostatni, nocny, widoczek z hotelu i lecimy w góry!

Start wycieczki dnia kolejnego zaplanowany był jakoś po 9 rano. Generalnie nie trzeba się było spieszyć, do schroniska nie było ani wybitnie daleko, ani wybitnie ciężko. Ostatecznie z moich śledzeń tras wychodzi ok. 12 km, a z różnicy wysokości wychodzi jakieś 1500 m (schronisko położone jest na wysokości 3207 m n.p.m.). Jednym słowem – betka 🙂 Ale czy na pewno?

Opowiadając o Islandii zwróciłam Waszą uwagę na moją antypatię względem upałów. Kojarzycie temperatury Maroko? To było wyzwanie, które mnie niepokoiło. I moje nie do końca zdrowe serducho, które czasem się podczas wędrówek odzywa, szczególnie przy takich temperaturach. Po co się jednak martwić na zapas? 😉

Mój przewodnik mieszkał już za punktem kontrolnym, a pierwszym postojem dnia było jego domostwo. Do wioski zbiegł on rano bez bagażu po to jedynie, żeby odebrać mnie z hotelu i wskazać drogę. Generalnie mogłam to ogarnąć sama, ale oczywiście przewodnik nie przyjął do wiadomości takiej opcji 😀

Czy zjadłam śniadanie w hotelu? Tak. Powiedziałam o tym przewodnikowi dzień wcześniej? Tak! Czy w jego domu czekał na mnie posiłek? Ano. Etykieta Marokańczyków chyba nakazuje im zawsze poczęstować gościa. Tym sposobem poznałam wybrankę serca mojego przewodnika i zapchałam żołądek jeszcze bardziej 😀 Idealnie przed górską wędrówką, nie?

Niedługo później byliśmy z powrotem na szlaku. Mijaliśmy różne grupy turystów, pomykając sobie obok nich moim tempem (tu są te plusy wędrowania solo) i niebawem dotarliśmy do wejścia Parku Narodowego 🙂

Co najbardziej zaskoczyło mnie na szlaku? Stragany z sokiem i jedzeniem raz na jakiś czas 😀 Na trasie była też cała mini osadka skupiona wokół jakiegoś świętego miejsca, do którego na grzbietach osiołków podróżują marokańskie kobiety. Ciekawa to sprawa! Powyżej pewnego poziomu nie było już żadnych takich punktów postojowych, ale przez większość drogi tego dnia można było liczyć w nieodległym czasie na świeżo wyciskany soczek 😉 A, generalnie wszyscy przestrzegają przed piciem nieprzegotowanej, niebutelkowanej wody w Maroko. Osobiście piłam nie raz, nie dwa, nie pięć i nic mi nie było, ale nie mam zamiaru nikogo do niczego przekonywać! Nawet miejscowi patrzyli na mnie szeroko otwartymi oczami jak sobie piłam taką wodę prosto z kranu, więc chyba też mają niepokojące doświadczenia związane z układem pokarmowym turystów 😀

Zaplanowany na ten dzień główny posiłek nastąpił zdecydowanie zbyt szybko (i to po dwóch śniadaniach 😀 ), więc nie skonsumowałam zbyt wiele. A jak podejście? Po przejściu poranka, w okolicach południa upał zaczął solidnie dawać mi się we znaki, serducho oszalało i moje tempo znacząco spadło. Nie powstrzymało mnie to jednak przed dobrnięciem do celu tegoż dnia – Refuge du Toubkal 🙂

Do schroniska dotarłam krótko po godzinie 15, więc miałam jeszcze sporo czasu na odpoczynek. Dopadła mnie trochę niestety choroba wysokościowa, zatem zdecydowałam się podejść jeszcze kawałek pod górę i zejść z powrotem do schroniska, coby lepiej przystosować organizm. Ale najpierw… W okolicy była cudowna sunia z przeuroczymi szczeniaczkami ❤ Szkoda biedactw, że takie bezdomniaki, bo nocą temperatura nawet w tak upalnym okresie spadała poniżej zera, ale chociaż były tam dokarmiane.

Na następny dzień zaplanowany był atak szczytowy i zejście do Imlil. Dużo czasu, luzik, tylko, że… Na szczyt chcieliśmy dotrzeć na wschód słońca 😀

Generalnie w schronisku poznałam naprawdę fajnych ludzi z różnych zakątków świata (było nawet dwóch Polaków!). To wspaniałe, że w górach zawsze się dogadasz z ludźmi, bo są takimi samymi świrkami, jak Ty 😉 Żałuję jedynie, że od dwóch dziewczyn i jednego chłopaka jakoś nie wzięłam kontaktu. Szczególnie, że ten chłopak akurat też był solo z przewodnikiem i okazało się, że mamy podobne tempo, więc w sumie sporo czasu następnego dnia spędziliśmy razem. A fajno poznawać ludzi do podróżowania! ❤

No ale. Ranny ptaszek ze mnie żaden, a nie udało mi się w nocy spać w zasadzie w ogóle, szczególnie że pani koło miała mocne objawy choroby wysokościowej. Tylko kto, jak nie ja, nie musi spać, żeby zaliczać szczyty? 😀 Zatem wschód słońca na Toubkalu!

Troszkę przestrzelił mój przewodnik z tym, ile czasu będziemy potrzebować na wejście. Być może końcówka poprzedniego dnia, gdy doskwierał mi upał, kazała mu przypuszczać, że się zmęczyłam i będę szła wolno. Ale była noc, temperatura niska, więc zasuwałam standardowo żwawo. Tuż przed szczytem zatem spędziliśmy słownie parędziesiąt minut, żeby nie na samym wierzchołku, bo tam strasznie wiało. A czy na postoju było ciepło? Ja mam dość wysoką tolerancję na niskie temperatury, naprawdę, a jednak pożyczyłam od przewodnika dodatkową parę rękawiczek. Ale było warto!

Stopniuję napięcie 😀 Widzicie kilka etapów podnoszenia się słońca na horyzoncie ❤

A więc oto i on! Mój najwyższy (jak do tej pory) zaliczony szczyt! Toubkal – 4167 m n.p.m.! Przyznam Wam się, że po wszystkich trudach minionego roku, wszystkich emocjach i całym tym braku emocji, po walce z upałem i własnym tętnem, a później mroźnymi powiewami – uroniłam łezkę na szczycie 😉 Może nie była to dla mnie jakaś trudna góra, ale poczułam ją jako wygraną, której potrzebowałam. A może też odrobinę dlatego, że nie było ze mną nikogo bliskiego, z kim mogłabym dzielić ten niesamowity wschód słońca? Eeeee, nie 😀 To był bardzo osobisty moment dla mnie. Naprawdę ważny i piękny ❤

Szybciutkie zejście do schroniska, chwilka odpoczynku i pomykanie do Imlil. Upał powrócił, moje stopy błagały o pomstę do nieba, ale zbiegałam radośnie do wioski.

Brzmi jak koniec wędrówki, prawda? Dotarłam do hotelu, odebrałam bagaż. Fajnie. Pisałam Wam jednak o tym, że prawie każdej nocy spałam w innym obiekcie, pamiętacie? Tutaj również chciałam zobaczyć wioskę z innej strony, więc zamówiłam nocleg kawałek dalej. Na mapie, owszem, był to kawałek. Tylko jakoś nie wpadłam na to, żeby sprawdzić trasę 😀

Zatem po 19 km górskiego szlaku, wspięciu się 1000 m do góry i zejściu nieomal 2 500 m, okazało się, że czeka mnie jeszcze 3-kilometrowa wycieczka w pełnym słońcu i z pełnym bagażem na barkach. Ah, jakaż była moja radość! Prawdę powiedziawszy, naprawdę było to dla mnie niesamowicie ciężkie wtedy. Być może też dlatego, że zupełnie niezaplanowane. Bo, widzicie, ja osiągam swoje cele głównie głową. Jak sobie mówię, że mam dojść tam i tam, to idę, choćby ciało odmawiało posłuszeństwa. Siłą woli. A tego dnia powiedziałam sobie, że mam wrócić do wioski. Ostatnie kilometry zejścia widziałam oczyma wyobraźni metę. Osiągnęłam metę! A tu proszę, dogrywka…

Najważniejsze pytanie, które tak często zadaję – czy było warto? Tak, było!!! Zobaczyłam Imlil i otaczające je pasmo górskie z nowej perspektywy i była ona naprawdę niesamowicie urokliwa ❤

Miejsce mojego noclegu może nie było najbardziej, jakby to ująć, ogarnięte, ale ludzie byli przesympatyczni, ugościli mnie w stylu marokańskim, a ja w końcu podjęłam próbę nalania sobie herbaty tak, jak to u nich w zwyczaju (a nie jest to proste, bo trzeba lać z dużej wysokości, żeby powstała piana, inaczej jest to obraza dla częstowanego – a w praktyce chodzi o to, żeby strumień nieco się ochłodził, nim dotrze do kubka) i nawet mi wyszło!

A, jeszcze nocując w Imlil, przed wejściem na Toubkal, wybrałam sobie dwie wycieczki z Marrakeszu z Get Your Guide (nie wiem, czy kojarzycie tę stronę/apkę, ale zrzesza ona lokalne wycieczki w wielu krajach i można wygodnie sobie takowe załatwić), więc pojawiła się w zasadzie pierwsza „pozaszczytowa” presja czasowa. Podróżując solo moje dni są bardzo płynne, jak coś nie wyjdzie, to się przesunie, przestawi i działa 😀 Niemniej płacąc za wycieczkę warto by już było na nią zdążyć 😉

Pierwsza wycieczka to wieczór na pustyni z krótką przejażdżką na wielbłądach i kolacją 🙂 Kiedy? Ano w dniu powrotu z Imlil do Marrakeszu. Generalnie w Maroko zauważyłam, że pod względem snu bym się tam zdecydowanie odnalazła, bo tam raczej nie ma rannych ptaszków 😀 Zatem zmierzając rano do Imlil po transport, zdawałam sobie sprawę, że tym razem opcja autostopu już realnie absolutnie nie istnieje.

O poranku te 3 km pieszej wędrówki nie wydawały się już takie straszne, więc mogłam pozwolić sobie na więcej podziwiania otoczenia 🙂

W opustoszałej o poranku (a mam tu na myśli godzinę po 9. rano, jakby co) wiosce napotkałam kolejnego biednego kociaczka. To zjawisko niejednokrotnie w Maroko łamało mi serducho.

Do Marrakeszu ostatecznie wróciłam prawdziwym grand taxi, i to, zupełnie przypadkowo, z jednym z towarzyszy ze schroniska na Toubkalu 🙂 Wyszło mnie to już nie 20 zł (bo te 40 zł poprzednio, co Wam mówiłam, to miało starczyć w obie strony 😀 ), tylko 40! Majątek! Jakbyśmy poczekali na więcej chętnych, to by było taniej, ale o tej godzinie po jakimś kwadransie czekanie nam się znudziło, bo nie zapowiadało się, żeby się ktoś miał zjawić (tak à propos rannych ptaszków). Więc wytargowane 40 zł od łebka zdecydowaliśmy się w końcu wyłożyć i wygodnie wróciliśmy do Marrakeszu 🙂

Ze względu na czas bezprzystankowej podróży, miałam jeszcze większość dnia dla siebie, więc odnalazłam ostatni już hotel, w którym miałam nocować w Maroko (jedyny, w którym spędziłam więcej niż jedną noc), zostawiłam rzeczy i pomknęłam zwiedzać 🙂

Zbiórkę na wycieczkę miałam o 16, więc musiałam mocno zoptymalizować punkty do odwiedzenia, żeby się wyrobić. Padło na dwa pałace – El-Badi oraz El-Bahia (w obu wejście kosztowało 70 DHM, czyli niecałe 30 zł). No to lu, El-Badi!

Niby tylko ruiny, ale naprawdę mi się podobało to miejsce! ❤ Część była niestety w renowacji. W środku oczywiście znajdowały się wystawy związane z historią Marrakeszu, więc to nie tylko za oglądanie budowli i roślinności się płaci 😉 Dodatkowo dość zaskoczyły mnie bociany, których w Maroko nie widziałam nigdzie indziej. Zaś rozbawiły słupy/anteny, kamuflowane sztucznymi liśćmi, żeby wyglądały jak palmy 😀

Bardzo serdecznie polecam to miejsce, naprawdę 🙂 Warto zajrzeć!

Pałac El-Bahia zaś znajduje się w pobliżu wspomnianego wyżej El-Badi, więc zaraz po wyjściu skierowałam tam swoje kroki. Zupełnie inny klimat! Absolutnie co innego, więc nie trzeba się martwić, czy jest sens dwa razy to samo oglądać 😀

Po zwiedzaniu pałaców miałam jeszcze chwilkę na spacer po targu i zakup pamiątek, nim ruszyłam na wieczorną wycieczkę zorganizowaną. Przemknęłam w kierunku mojej latarni, czyli Koutoubii, niedaleko której znajdowało się miejsce zbiórki. Niedługo później byłam już w drodze na pustynię. Oczywiście prawda jest taka, że to taka pustynia pod publiczkę, miejsce komercyjne dla turystów, ale w okolicy Marrakeszu tak już jest i w sumie lepszy rydz niż nic 😀

Przechodząc do ciekawych punktów wieczoru. Wielbłądy. Przyznam szczerze, że miałam mieszane uczucia już wykupując wycieczkę z przejażdżką na tych uroczych stworzeniach. Czemu? No kocham zwierzaki, staram się być dla nich dobra i sprzeciwiam się ich krzywdzie, a przejażdżki na wielbłądach dla turystów są dość kontrowersyjne. Chciałam te parzystokopytne słodziaki zobaczyć i pogłaskać, w zasadzie nie zależało mi wybitnie na tym, żeby na nie wsiadać. Miałam szczerą nadzieję zobaczyć zwierzaki traktowane humanitarnie. Nie do końca jednak to zastałam. Faktem jest, iż nie znam się za bardzo na tych bestyjkach i nie mam pojęcia, jakie warunki są im potrzebne, ale na chłopski rozum nie mogło być im zbyt dobrze. Cała „karawana” związana była dość ściśle, by pysk kolejnego zwierzaka praktycznie stykał się z bokiem zada tego przed nim. Z tego, co zrozumiałam, miało to na celu ograniczenia skubania turystów przez wielbłądy. Z całym szacunkiem – dobrze traktowany zwierzak mógłby to najwyżej robić delikatnie, jak konie w dobrze utrzymanych stajniach. Tak sądzę. Ale zapewne są turyści, którzy nie chcą być tykani brudnym pyskiem tych wielkich ssaków i zapewne to dlatego tak wygląda. Jak bardzo problematyczne jest to wiązanie? Z krótkiej obserwacji, bo nie miałam za wiele czasu do obcowania z tymi pyszczkami, podczas „spaceru” nie jest to raczej jakieś straszne. Ale. Karawana musi siadać i wstawać, coby dało się wskakiwać na grzbiety wielbłądów. Możecie sobie mniej więcej wyobrazić, jak to wygląda. Wstawanie? Zaczyna się od pierwszego zwierzaka (który ma na pysk w ogóle założony kaganiec), który, podrywając się, pociąga za głowę kolejnego, i tak to sobie leci jak domino. Nie wyglądało to przyjemnie. Siadanie? Zaczyna się od tylnego i spoczywające garbatki pozostają z brutalnie wyciągniętą szyją, będąc przyduszane, aż poprzedzający je osobnik również usiądzie. Na moich oczach drugi wielbłąd zaczął krzyczeć przeraźliwie, gdy usiadł, a prowadzący karawanę usiąść nie chciał, przez co podduszał go i ciągnął za szyję. Płaczący wręcz zwierzak w końcu zerwał się z powrotem, ciągnąc resztę. Turyści oczywiście przerażeni tym, że nieokiełznane bestie gwałtownie się zrywają i biedni ludzie mogą spaść. A gdzie jakieś współczucie dla tych zwierząt? Doskakujący do nich opiekunowie szarpali je z powrotem w dół i tylko klientów z zaangażowaniem pytali, czy wszystko w porządku.

Więc? Spytałam o to, ale co w zasadzie mieli mi powiedzieć ludzie, którzy z tego żyją? Generalnie zdania w tej kwestii są podzielone. Same przejażdżki na wielbłądach nie są nieetyczne, bo człowiek nie jest dla nich za ciężki, ale wszystko zależy od warunków, w jakich te słodziaki żyją. Oprócz samej kwestii wiązań, która mnie osobiście przeraziła, istotną kwestią jest przepracowanie, którego nie mogę ocenić w tak krótkim czasie, ale faktem jest, że jak przyjechaliśmy, to zwierzaki właśnie wróciły z poprzedniej przejażdżki, natychmiast potem wsiadaliśmy my, a za nami czekali już kolejni. Niemniej trzy rundki po jakiś kwadrans to raczej nie jest dużo. Pytanie brzmi, ile godzin takiej notorycznej pracy wielbłądy dziennie muszą znosić. Nie znam się, to się nie wypowiem.

Każdy chyba sam sobie musi odpowiedzieć na to pytanie. Ja więcej na taki komercyjny event się nie wybiorę raczej. Może jak mi się uda kiedyś trafić do jakiejś faktycznie lokalnej wioski, gdzie zobaczę najpierw warunki zwierzaków – o, wtedy to tak.

Tak czy siak, spotkanie z wielbłądami się odbyło, więc podzielę się kilkoma zdjęciami. Ale kwestie moralne są do przemyślenia.

Jak widać na jednym z załączonych obrazków, panu wielbłądu wcale nie przeszkadzało mizianie po nosku. A już były nerwy, że skubie kocyk i już panowie skracali mu linę… ;( Ciężko mi to ocenić.

Dobra, zostawmy temat! Tegoż wieczoru w planach była jeszcze kolacja na pustyni z lokalną muzyką. Przejechaliśmy wgłąb suchej połaci, po czym ostatni odcinek przespacerowaliśmy, mając możliwość wspiąć się na niewielkie wzniesienie i podziwiać widoczki. A było co podziwiać!

Naprawdę było pięknie 🙂 Chwilę później wchodziliśmy już do przygotowanego dla nas na posiłek miejsca. Tutaj napomknę, że czasami jednakowoż opłaca się być singlem w podróży 😀 Uszykowane były stoliki na minimum 2 osoby, a byłam jedynym ludkiem solo i nie chciałam przeszkadzać żadnej parze bądź grupce, więc trochę się zmieszałam w oczekiwaniu, by każdy usiadł w swoim towarzystwie, chcąc po prostu zająć jakieś wolne miejsce później. Przewodnik podszedł do mnie i powiedział, że mogę usiąść, gdzie chcę. A gdzie chciałam?

Ano tu 😀 Cała reszta ekipy siedziała przy stolikach w pewnym oddaleniu, a ja sobie na kanapie, pod „parasolką”, z widoczkiem na pustynię i nikim wchodzącym w kadr 😀 Co ciekawe, przewodnik uznał mnie za wybitnie nieszczęśliwą, skoro jestem sama, więc na jakiś czas się do mnie przysiadł, dzięki czemu udało mi się zyskać sporo perspektywy na życie w Maroko od strony lokalsa 🙂 Wieczór był naprawdę miły! Posiłek, rozmowy, cudowne widoczki i zakończenie z fenomenalną muzyką lokalną, połączoną z tańcami, a zwieńczone pokazem ognia ❤

Nocny powrót, szybki spacer do hotelu – kolejnego ranka czekała mnie całodzienna wycieczka zorganizowana ze zbiórką o 7 😮 Sama sobie zgotowałam ten los! Jaki plan? Warzazat i Aït Benhaddou. A co to? Niebawem się dowiecie 🙂

Czemu zdecydowałam się wykupić gotową atrakcję turystyczną? Generalnie preferuję podróżować na własną rękę i sama sobie ustalać wszelkie plany, ale naprawdę zależało mi na dotarciu do Aït Benhaddou, a transport publiczny zająłby mi co najmniej pół dnia w jedną stronę. Czasem więc warto po prostu skorzystać z opcji zorganizowanych, gdzie autokar jest do dyspozycji wycieczki i nie ma problemów przejazdowych. Dokładnie tym się kierowałam, wybierając Get Your Guide również tym razem.

Zatem, jak już jesteśmy w temacie transportu, kilka kadrów z dość długiej drogi do pierwszego punktu programu, czyli Warzazat. Generalnie trochę się mieszam w pisowni wszelkich marokańskich obiektów. Czasem Wam piszę bardziej po polsku, czasem bardziej po angielsku, czasem bardziej po marokańsku. Przepraszam! Warzazat = Ouarzazate.

No dobra, słowem wstępu: Warzazat jest miasteczkiem leżącym u stóp Atlasu, a słynie z…

Mamy tu jakichś kinomaniaków?

A kojarzycie Studio Atlas? 😀

Gladiator, Mumia, James Bond, Gwiezdne Wojny, Pasja, Kleopatra, Asterix i Obelix, Książę Persji, Helikopter w ogniu, Prison Break, Klejnot Nilu, Gra o Tron… Sceny do naprawdę wielu filmów i seriali kręcone były w Warzazat, a studio można zwiedzić (o ile nie odbywa się tam w danej chwili żadna produkcja, bo wtedy pocałujecie klamkę) za zawrotną cenę 8 EUR.

Już się podjaraliście? 😀 Ja generalnie spodziewałam się więcej i obiekt nie zrobił na mnie jakiegoś piorunującego wrażenia, ale ciekawa sprawa, na pewno fajnie zajrzeć, posłuchać przewodnika i pooglądać sobie scenerie i rekwizyty z wielkich produkcji 🙂

W sumie dla samego studia nie chciałabym jechać tyle godzin, ale czując wewnętrzny imperatyw odwiedzenia Aït Benhaddou, będąc tak blisko, skorzystanie z tej opcji było naprawdę fajną odskocznią i miłym doświadczeniem 🙂

Ewa, o co Ci chodzi z tym Aït Benhaddou?! Już spieszę z wyjaśnieniem 😉 Aït Benhaddou = Ajt Bin Haddu. To historyczna osada w Maroko, wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Część ze scen filmów kręconych przez Studio Atlas miała miejsce właśnie tam. Miejsce jest wyjątkowe. Czerwone budowle ksaru (taka nazwa ufortyfikowanej osady) otoczone są palmowym gajem i generalnie gra kolorów jest tak malownicza, że absolutnie się nie dziwię, czemu obiekt ten stał się smakowitym kąskiem dla filmowców.

Znacie mnie już chyba na tyle, by wiedzieć, że zazwyczaj najwięcej zachwytu wywołuje u mnie natura, a w szczególności góry. Maroko było dla mnie destynacją ze względu na Toubkal i trasa ta z pewnością zapisze się w mojej pamięci. Ale Aït Benhaddou…

To powyżej to dopiero mała zajawka, naprawdę. Nieprawdopodobne wrażenia wizualne robi ta osada. Widziałam już w życiu wiele miejsc, chociaż nadal zachwycam się nimi jakbym dopiero się urodziła i wszystko było dla mnie nowe, czuję respekt przed wielkością świata i pięknem natury, a także szaloną wyobraźnią i precyzją ludzi, tworzących dzieła architektury i sztuki. Rzadko jednak zapiera mi dech w piersiach.

A przed zachwytami łapcie lokalnego przewodnika (Berbera), który opowiadał nam o osadzie, nie zważając na łaszącego się futrzaka 😀 Ja tam na niego zważyłam 😀

Na ostatnim z powyższych zdjęć możecie zauważyć wyznaczone lądowisko dla helikopterów. A to dlatego, że podczas mojego pobytu dopiero co zakończono zdjęcia do kolejnej produkcji 😀

Czy pojawiły się jakieś trudności? Kurczę, wiatr! SZALONY. Wreszcie poczułam na własnej skórze, po co się ludzie na pustyni owijają cali w chusty. Totalnie bez tego nie idzie przetrwać tego gradu drobinek piasku na skórze! Nawet na jedno ze zdjęć wkradł się mój szalik, bo nie dało rady go utrzymać 😀

W drodze powrotnej był jeszcze jeden postój na widoczki 🙂 Generalnie spora część dnia była spędzona w busie, ale i tak było to dużo lepsze rozwiązanie w tym wypadku od podróży na własną rękę, a naprawdę warto było się tam udać! ❤

Tegoż wieczoru udałam się jeszcze „na miasto” i spotkałam się na kawkę z przewodnikiem dnia poprzedniego, żeby zaznać jeszcze trochę lokalności 🙂 Został mi jeden pełny dzień, który miałam już całkowicie rozplanowany, a później dzień wylotu, na który zostawiłam sobie przestrzeń z kategorii „co mi zostanie” 😉

Skoro już napomknęłam, iż kolejny dzień miałam zaplanowany, to może warto wspomnieć, jak 🙂 Otóż zechciałam zobaczyć jeszcze jedno oblicze Maroko, zupełnie inne od poznanych do tej pory. Agadir. Nadmorskie miasto, zasadniczo zupełnie inne architektonicznie, ponieważ zostało nieomal doszczętnie zburzone podczas trzęsienia ziemi, po czym odbudowane ponownie w całkowicie odmiennym, nie do końca marokańskim, stylu. Jest to miejscowość mocno turystyczna, typowy kurort nadmorski, gdzie wielu ludzi przylatuje po prostu odpocząć na plaży, zrelaksować się i naładować baterie, a nie zwiedzać i poznawać kraj do utraty tchu.

Do Agadiru dostać się planowałam komunikacją publiczną, a mianowicie busami, które przebywały tę trasę w ok. 3h w jedną stronę. Z przykrością muszę stwierdzić, że troszkę tutaj zawiodły moje zdolności przewidywania. Miałam wybrany bus, sprawdzałam jeszcze poprzedniego wieczoru, czy na pewno wszystko się zgadza. Zaplanowałam zakup biletu na dworcu, zupełnie nie zastanawiając się nad tym, czy będą jeszcze dostępne miejsca. Był środek tygodnia, poza sezonem i jakoś z góry założyłam, że nie powinno być z tym problemu. Chyba się już domyślacie, że się myliłam 😀 Ale zanim – piechotą na dworzec! Uwielbiam podczas podróży poruszać się w miarę możliwości z buta. Poznaje się zupełnie inne miejsca i aspekty odwiedzanych miejscowości. Na przykład takie dziwactwa, jak wielka dziura w ogrodzeniu parku, coby drzewo sobie mogło przez nią wystawać 😉

Inna sprawa, że właśnie ten spacer po raz pierwszy uświadomił mi, że coś większego aktualnie dzieje się w Marakeszu, a mianowicie Festival International du Film de Marrakech, czyli Marrakech International Film Festival, który rozpoczynał się dokładnie w dniu mojego wylotu do Polski 😀

A, no to jak to było z tymi biletami. Otóż na dworcu dostałam informację, że miejsc nie ma. Po prostu nie ma i już. Kolejny bus był bodaj za jakieś 2-3h, o ile mnie pamięć nie myli, ale cały mój plan zakładał powrót transportem o 16:40, żeby wrócić do Marrakeszu o przyzwoitej porze, gdyż kolejny był dopiero 5h później (sic!), przez co wysiadałabym na dworcu o 1:30 w nocy. Troszku nie chciałam o takiej godzinie sama śmigać po Marrakeszu jednak. Chyba ustaliliśmy, że miałam być rozsądna, nie? Z powyższego wynika, że miałam 4,5h w Agadirze. Nie mogłam sobie pozwolić na wyjazd kolejnym busem bez przekładania powrotu na ryzykowne pory nocne.

To był chyba jeden z najbardziej stresujących momentów tego wyjazdu. Po dłuższej dyskusji z obsługą, dowiedziałam się, że jedna pani już czeka na ewentualne zwolnienie się miejsca i mogę też czekać do ostatniej chwili, mając nadzieję, że co najmniej dwie osoby się nie pojawią. No to pewno, że czekałam!

Co ciekawe, będąc poza sezonem i poza weekendem, większość pasażerów to byli miejscowi, którzy chyba faktycznie sobie jechali odpocząć nad morze. Potwierdził mi to później jeden Francuz, ale o tym zaraz 😉

Sukces został odtrąbiony minutę przed planowanym odjazdem busa, pozwolono mi kupić bilet i wbiec do autokaru. Mogłam odetchnąć z ulgą 🙂 Oczywiście jasnym dla mnie było, że z powrotnym transportem nie mogę tak ryzykować, więc pierwszą rzeczą, którą zrobiłam po dotarciu do Agadiru, było kupienie biletu powrotnego 😀

Jaki był plan na Agadir? No chciałam chociaż na minutkę wejść do wody ❤ Ale przede wszystkim moim celem była Kasbah Oufella, czyli historyczna forteca, pozostałości z dawnego Agadiru, położona na wzniesieniu na obrzeżach miasta. Generalnie pierwotnym założeniem był spacer do miejsca docelowego, który według mapy miał zająć mi ok. 2h. Pomysł ten jednak opierał się na założeniu, że spróbuję zdążyć na docelowego busa, ale jak nie dam rady, to najwyżej wrócę kolejnym. Po przygodzie z miejscami nie chciałam sobie pozwolić na taką wtopę. Dość szybko podjęłam więc decyzję – zasuwam taksóweczką, a dopiero później, w drodze powrotnej, z buta, to będę kontrolować, ile mam czasu 🙂

Szanowny taksówkarz z Agadiru zdarł ze mnie jak za złoto, bo chyba wyczuł desperację. I tak wytargowałam sporo mniej niż wołał na początku, ale cena była typowo turystyczna i wygórowana (co później potwierdził mi pan Francuz 😀 ), chociaż zasadniczo w przeliczeniu na nasze wyniosło mnie to ok. 50zł za 20min jazdy, więc drogo, ale bez dramatu. Dla porównania – autokar na trasie Marrakesz – Agadir też kosztował 120 DHM w jedną stronę, czyli dokładnie tyle samo. Za 3h drogi. Widzicie już teraz, jak pan ze mnie zdarł?

Trzeba jednak przyznać, że moje zachwyty nad widokami w drodze na wzniesienie, sprawiły, że taksówkarz jednak zatrzymał się na środku drogi i pozwolił mi wysiąść, porobić sobie zdjęcia, a nawet coś tam mi opowiedział. Minęło nas w tym czasie chyba jedno auto – szalone pustki 😀

Uh, po wszystkich perypetiach znalazłam się w końcu w miejscu docelowym. Sztos, tylko… było zamknięte. Z powodu renowacji.

Nie zrozumcie mnie źle – i tak warto. Dla widoczku z góry chociażby. Do tego są tablice, gdzie można sobie poczytać sporo o historii. Niemniej naprawdę liczyłam na wejście do środka…

Na szczycie turystów było jak na lekarstwo. Dosłownie na palcach jednej ręki można było policzyć. Może dlatego, że poza sezonem, a może jednak wiedzieli, że jest renowacja 😀

Poza miejscowymi kontakt złapałam z jednym samotnym turystą – tak, dobrze myślicie, z panem Francuzem 😀 Porozmawialiśmy sobie o tym, że ma on korzenie, wywodzące się właśnie z tego miejsca, więc bardzo chciał wejść do środka i jest okrutnie zawiedziony. Co ciekawe, pan ten wielokrotnie bywał już w Maroko, w zasadzie nawet konkretnie w Agadirze, w celach typowo wypoczynkowych, ale akurat tym razem w końcu zdecydował się zajrzeć do tej historycznej fortyfikacji. Ajajaj.

W każdym razie rozmawiało nam się dość sympatycznie i poprowadził mnie on schodkami dla pieszych w dół do portu. Dużo szybsza trasa od tej pętelki dla samochodów. Całą drogę sobie gawędziliśmy, co było miłą odmianą po ostatnich kilku dniach, gdzie kontakt miałam praktycznie tylko z Marokańczykami (podczas całego wyjazdu poza lokalsami miałam styczność z ludźmi w schronisku na Toubkalu i tutaj z panem Francuzem) 🙂 Ostatecznie przespacerowaliśmy się portem i doszliśmy do plaży, gdzie miałam zrealizować mój drugi cel wyprawy do Agadiru – kąpiel w Oceanie Atlantyckim ❤

Nieprawdopodobnie puste plaże to to, co Ewa lubi 🙂 Nie cierpię tłumów, polskie plaże absolutnie nie są dla mnie (a przynajmniej w sezonie; w sumie żadne plaże nie są dla mnie w sezonie 😀 ). Szybkie pływanko naprawdę sprawiło mi ogromną przyjemność i pozwoliło odetchnąć. Nie mogłam sobie jednak pozwolić na dłuższy odpoczynek, jeśli na dworzec chciałam wrócić pieszo, czerpiąc jak najwięcej z Agadiru. Z przykrością więc odrzuciłam zaproszenie mojego nowego znajomego na obiadek w porcie i ruszyłam w dalszą drogę solo.

Zupełnie, totalnie, nieprawdopodobnie inny klimat tego miejsca niż Marrakeszu. Nie musiałam pomykać szybko między wykrzykującymi do mnie miejscowymi, błądząc wąskimi uliczkami. Spacerowałam spokojnie wzdłuż szerokich dróg opustoszałego miasteczka w martwym sezonie turystycznym. Znalazłam jednak maleńki wspólny mianownik – kotełki. Było ich tu mnie, ale wciąż sporo.

Piękne, zielone założenia parkowe. Normalne miejskie życie. Zastanawia mnie jedynie zużycie wody w nieustająco podlewanych terenach. Nie znam się, to się nie wypowiem!

Podróż do Marrakeszu była dość męcząca, po kąpieli w oceanie, po której nie było możliwości prysznicowych, pokrywała mnie sól, a do tego byłam okrutnie głodna i zmęczona. Niemniej naprawdę usatysfakcjonowana i zadowolona z tej wycieczki 🙂

Po powrocie do gwarnego Marrakeszu (co ciekawe, im dalej od centrum, które znajduje się w pobliżu lotniska, tym „normalniejsza” to miejscowość; ładna, spokojna, nie nastawiona na turystów) szybkim marszem, z głośną muzyczką w słuchawkach, wróciłam do hotelu na ostatni nocleg w Maroko.

Szanuję każdego z Was, który dotarł ze mną aż tutaj. To najdłuższy mój wpis (jak do tej pory)! Swoją drogą – dajcie znać, czy wygodniej by Wam było, jakbym go rozdzieliła na dwie części, jak Islandię, czy taka długość jest w porządku. To dla mnie bardzo istotna informacja na przyszłość 😉 Z góry dziękuję! ❤

No dobra, moi mili, ostatni dzionek! Dacie radę!

Na szczęście mój mega giga bagaż mogłam zostawić w recepcji hotelu, więc z lekkością ruszyłam na ostatnie zwiedzanko. Jakie? Wyznaczyłam sobie kilka punktów, bardziej oddalonych od placu Jemaa el-Fna, chcąc głównie po prostu się przespacerować po mniej komercyjnych/turystycznych częściach miasteczka. Ale nie tylko 😀

Jak już wspomniałam, od rana Marrakesz śpi. Bez dwóch zdań. Miałam nawet wpaść do jednego pana na stragan na śniadanko, ale oczywiście był jeszcze zamknięty, więc pan ten z całą pewnością uznał, że go oszukałam 😀 Inaczej chyba rozumiemy pojęcie porannego posiłku. Potuptałam więc sobie spokojnie pustymi uliczkami, zajrzałam przez płot do medresy, po czym ruszyłam gdzieś na północ z założeniem zrobienia sporego kółeczka dookoła centrum, co niestety skończyło się z goła inaczej (a w zasadzie skończyło się podobnie, ale z dodatkowym epizodem w trakcie), ale o tym za chwilkę.

Co ty żeś znowu odwaliła, kobieto? Ano, typowy misunderstanding. Maszerowałam sobie dzielnie, kiedy zaczepił mnie miejscowy. Generalnie rzecz ujmując naprawdę nieźle już sobie radziłam z ignorowaniem takich, ale tym razem sytuacja była inna, bo dookoła raczej pusto, byłam na małym targu miejscowych, zupełnie nie przeznaczonym dla turystów (bleh, możecie mi wierzyć), gdzie w zasadzie dość krzywo na mnie patrzono i raczej nikt się do mnie nie odzywał. Ten pan zaś gdzieś tam maszerował i zatrzymał się przy mnie w sumie po to, żeby mi powiedzieć, że w kierunku, w którym idę, nie ma nic turystycznego. W zasadzie chyba nawet wymienił coś konkretnego, sugerując, że się zgubiłam i idę w złym kierunku. To ja mu podziękowałam grzecznie i mówię, że dzisiaj wylatuję i po prostu sobie spaceruję bez celu po okolicy. Błąd. Pan wyczuł okazję i poinformował mnie, że mam ogromne szczęście, bo właśnie odbywa się „colours festival”. Specjalnie Wam tutaj dokładnie przytoczyłam, żeby każdy sobie sam pomyślał, co by mu się z tym skojarzyło.

Generalnie pan mi powiedział, że to taka gruba impreza, że Berberowie przychodzą do miasta ze swoimi wyrobami, zamykane są nawet szkoły i wszyscy świętują. No i że właśnie jest ostatni dzień tego. Co byście zrobili? Ja uznałam, że w sumie czemu nie. Błąd.

Czymże był ‚festiwal kolorów’?

Pewnie niektórzy już wiedzą. Ja nieomal umarłam. Jestem wegetarianką, leży mi na serduszku los zwierzaków i generalnie szanuję wybór każdego człowieka, ale z całą, niezachwianą pewnością – nigdy z własnej woli nie poszłabym do polowej garbarni. Fuck. Dla wrażliwszych – nie czytajcie kolejnego akapitu. Serio.

Zacznijmy od tego, że smród był tak nieprawdopodobny, że dostałam pęczek mięty do „zawąchiwania”, żeby nie zwrócić. W tym momencie cieszyłam się, że jestem bez śniadania… Berber oprowadził mnie po placu opowiadając o obróbce skór. Nie chciałam tego słyszeć. Naprawdę. O kadziach z odchodami ptaków, w których te skóry leżą – też nie. Ponadto na placu biegał chudy piesiołek, którego pan co chwilę od nas przepędzał, a którego mnie osobiście bardzo było szkoda. Niemniej nie ucieszyłam się, kiedy biegające po tym całym syfie psisko stanęło na tylnych łapach i oparło się o mój biały sweterek. Zazwyczaj nie przeszkadza mi błoto na ubraniach, szczególnie przyniesione przez zwierzaki, ale to nie było po prostu błoto. Sweterek ów, nawiasem mówiąc, już nigdy się nie doprał, mimo wielokrotnych prób – tak dla wyobrażenia, z czym tam się mierzyłam.

Dobra, dość. Aż mnie ciarki przechodzą. To była tylko taka dygresja, bo osobiście przeżyłam naprawdę solidny szok ze względu na skalę pomyłki w interpretacji.

Po tym paskudnym epizodzie skierowałam swoje kroki ku Muzeum Dar Si Said. Tutaj ponownie mea culpa – nie wykonałam odpowiedniego researchu. Nie da się kupić biletów do tegoż muzeum na miejscu. Trzeba je kupić przez internet. I owszem, można sobie to zrobić stojąc przed wejściem, ale… Tam akurat są naprawdę szalone kolejki. Ja miałam dość konkretną godzinę wylotu (dość 😀 ), więc nie mogłam sobie niestety pozwolić na taki czas oczekiwania, jaki był dostępny. Tip dla Was – zaklepcie sobie wcześniej wejściówki 😉

Zwróciłam zatem swoje kroki z powrotem w kierunku mojej Marrakeszowej latarni, czyli Koutoubii. Miałam jeszcze jeden plan przed wylotem, a mianowicie ogrody hotelu La Mamounia. Jest to hotel dla ludzi o zdecydowaniem wyższym poziomie życia niż mój i z całą pewnością mnie na niego nie stać, a nawet jeśli kiedyś mnie będzie na niego stać, to i tak będzie mi szkoda kaski, bo wolę wydawać na inne rzeczy 😀 Ale! Ogrody są ogólnie dostępne, tylko trzeba o tym wiedzieć. Przyznam, że nieco się cykałam iść tam z moją podróżniczą aparycją, ale kupiłam sobie bułkę i banana, zjadłam na skwerku w okolicy centrum i zebrałam się na odwagę. Zanim o ogrodach – jeszcze kilka kadrów.

Ogrody. No więc przyznam, że dość mocno się czułam nie na miejscu. Niesamowicie eleganccy ludzie, drogie samochody, piękne panie, wyższe sfery. Zdobyłam się jednak na odwagę, by spytać przy bramie ogrodzenia, czy mogę odwiedzić ogrody. Wpuszczono mnie przez bramę. Rozejrzałam się. No ładnie, ładnie, altanka, coś tam. Ale maleńkie to. Zrobiłam parę kroków w lewo, parę w prawo. Już się miałam wycofać, ale wzięłam głęboki wdech i podeszłam do drzwi hotelu. No i bardzo dobrze. Widziałam kilku turystów, którzy po szybkich oględzinach tej zieleni z przodu, zawracali. Właściwe ogrody zaś znajdowały się po drugiej stronie hotelowego lobby (które samo w sobie również było imponujące i wywierało takie wrażenie, że wtedy już całkowicie czułam się nie na miejscu) 🙂

Ładne miejsce, nie? 😀 Korty tenisowe, ogrom alejek, fontanny. Hmmm, w Agadirze się zastanawiałam, ile wody idzie na utrzymanie zieleni. Tutaj ponownie myśl ta zjawiła się w mojej głowie.

No dobra, kochani, finito! Kupiłam sobie w nagrodę za świetny wyjazd loda, pomknęłam na lotnisko i wróciłam do domku 🙂 Co ciekawe, po wylądowaniu w Polsce przywitały mnie pierwsze śniegi, a nawet grad 😀 Troszkę szok przeżyłam, bo jak wylatywałam, to nie było o tym mowy nawet!

A, zaproponowałam Wam pogląd na finanse takiej wyprawy. W tym temacie również chętnie przyjmę od Was feedback, czy jest to aspekt, który Was interesuje, czy raczej sobie darować na przyszłość takie wyliczenia. Dawajcie znać!

Rozliczenie klaruje się mniej więcej tak:
– Za cały wyjazd 8 dni ze wszystkim (samolot, bagaż, ubezpieczenie, noclegi, transport, pożywienie, pamiątki, Toubkal, wycieczki, bilety wejściowe – generalnie total) wyszło ok. 4 180 zł.
– Gdybym nie decydowała się na Toubkal (odchodzi przewodnik, bagaż rejestrowany i ubezpieczenie, które zakupiłam ze względu na sporty podchodzące pod ekstremalne -> mogłabym odjąć też oczywiście transport do Imlil czy dodać zniżkę za to, że spałabym więcej nocy w jednym miejscu, ale przecież przez te 2 dni coś też bym robiła, więc zostawiam ten temat), kwota ta radykalnie by spadła i wyniosła ok. 2 700 zł.
– Dodam, że za pamiątki dla siebie i rodziny na wyjeździe wydałam jakieś 350 zł, więc o tę sumę też można ewentualnie powyższe wydatki obniżyć.

Sami oceńcie, czy to dużo, czy mało. Gdyby nie Toubkal, to uważam, że to naprawdę fajny i budżetowy wypad, podczas którego zobaczyłam wiele i naprawdę nie ograniczałam się ani w kwestii zwiedzania, ani jedzonka. W sumie nie wiem, jak to wychodzi z biurami podróży, ale 8 dni w Maroko za 2 350 zł (bo bez pamiątek), gdzie w cenie są dwie wycieczki „fakultatywne” na pustynię z wielbłądami oraz do Warzazat i Aït Benhaddou, a ponadto jednodniowy wypad do Agadiru, nie brzmi chyba realnie. Czyli? Jednak dobrze mi wychodzą te budżetowe podróże 🙂 Umiem w planowanie!

Zapraszam na ostatnie fotki. Dajcie znać, czy wolelibyście tak długi wpis rozbity na dwa oraz czy interesują Was podliczenia finansowe. Generalnie możecie też pisać w każdym innym temacie! Mam nadzieję, że nieco Was zainspirowałam 😉