
Kojarzycie takie marzenia, które pojawiają się trochę nie wiadomo skąd i przyczepiają się do nas jak rzepy? Podróżniczo nie mam jakichś mocno skonkretyzowanych marzeń. Generalnie chciałabym poznać jak najwięcej różnorodnych miejsc i kultur, podziwiając cuda tego świata i poznając ludzi z wielu krajów. Oczywiście mam z tyłu głowę Australię (i nurkowanie tam), Nową Zelandię (i plan filmowy LOTR), Azję w różnych wydaniach (z Japonią gdzieś w czołówce), Amerykę Południową, Rosję, Skandynawię czy Himalaje. No dobra, część z tego nie jest całkowicie rozmyta czy typowa, ale jednak raczej mało zaskakująca (może oprócz Władcy Pierścieni? 😀 ). Ale od lat w mojej głowie kołatały się z dużą mocą dwie destynacje, wracając niczym bumerang.
Jedna z nich jest moim must have, ale nie jest to podróż tania i… mocno obrosła w mojej głowie w oczekiwania. Laos. W przypadku tego planu (marzenia?) dokładnie wiem, skąd pojawiło się w moich myślach. Otóż w dzieciństwie po szkole często przebywałam u babci, która, jak zapewne wiele babć, zazwyczaj miała jakieś swoje magazyny z krzyżówkami, z ploteczkami i programem telewizyjnym. Norma. Pewnego zaś razu, mając lat kilka, zobaczyłam u babci na stole gazetkę otwartą na stronie, która przyciągnęła mój wzrok natychmiastowo. Zdjęcia, które dostrzegły moje młode oczka całkowicie mnie zachwyciły i poczułam, jakbym odnalazła raj na Ziemi. Do tej pory nie wiem, czemu magazyn otwarty był na tej stronie, bo babcia nie czytała artykułów podróżniczych. Być może na poprzedniej stronie kończyło się coś, co akurat ją interesowało. Tak czy siak, mój chłonny w tym wieku umysł zakorzenił we mnie bardzo głęboko niewytrzebialną myśl, że muszę osobiście doświadczyć tego miejsca.
Czy ten wpis jest o Laos?
Otóż nie 😀
Wybaczcie zatem przydługą dygresję. Druga destynacja? Tutaj w grę wchodziło już nie tylko miejsce, ale również czas. Od liceum marzyło mi się odwiedzić Irlandię na św. Patryka 🙂 Czemu? Nie mam tutaj takiej barwnej historii. Trochę nie wiem. Chyba dlatego, że lubię piwo? 😀
Tak czy siak, rokrocznie zbliżający się marzec zapalał w mojej głowie małą, zieloną lampkę z napisem „Irlandia”. W zeszłym roku ten neonowy napis prawie wyszedł na swoje, ale ostatecznie skończyłam w Londynie (zapraszam do wpisu CHEAT POST : LONDON, BABY!). Tym razem jednak byłam stanowcza – lecę i już!
Zdecydowałam się z wyprzedzeniem (zupełnie jak nie ja!), więc bilety lotnicze nie poszły jeszcze kilkukrotnie w górę z okazji na popyt wywołany świętem. Nie byłabym jednak sobą, gdybym po prostu poleciała do Dublina, po prostu wynajęła hotel i po prostu spędziła tam kilka dni…
Ale o tym zaraz 😀 A zanim – muszę opisać Wam jeszcze jedną okoliczność wyjazdu. Otóż moja poznana po sylwestrze koleżanka, z którą próbowałam umówić się na kilkudniowy wypad w góry, miała dwa wolne terminy. Jeden z nich tuż po tej mojej znamiennej dacie. Trybiki poszły więc w ruch i zmergowałam dwa wyjazdy! Ograniczało mnie to mocno w kwestii czasu w Irlandii, ale przecież nie można mieć ciastko i zjeść ciastko 😀
Back to Ireland. Jak rysował się mój plan? Przede wszystkim trochę zobaczyć Dublin i okolice oczami lokalsów, zahaczyć o odrobinkę naturki i wziąć udział w paradzie. Generalnie rozpisałam sobie początkowo różne punkty na mapie Irlandii, które chciałabym odwiedzić i dość szybko zrozumiałam, że to się nie uda w tak krótkim czasie, ponieważ leciałam na cztery dni, z czego jeden to parada 😀 Co więc zrobiłam? Zdecydowałam, że wypad do Irlandii trzeba będzie powtórzyć w mniej obleganym czasie i tyle 😀
A kojarzycie Couchsurfing? Platforma zrzeszająca podróżników z całego świata, użyczających miejsca do spania w swoich mieszkaniach, doradzających sobie nawzajem i spotykających się podczas swoich wycieczek. Napisałam więc do kilku osób, tylko tutaj ponownie pojawił się pewien dylemat. Otóż niedawno zaczęłam z pomocą pewnej aplikacji poznawać online ludzi z całego świata i znalazł się jeden chętny na ten wypad. Szanowny kolega Maciek, na co dzień zamieszkujący na Islandii. Kwestią problematyczną pozostawał urlop w jego pracy. Zatem do ostatniej chwili (i mam na myśli dosłownie ostatnią chwilę) nie wiedziałam, czy lecę solo czy w pakiecie duo.
Poprzez CS (powyższa platforma) skontaktowałam się z kilkoma naprawdę pomocnymi, wspaniałymi ludźmi, którzy polecili mi parę miejsc i dali nieco wskazówek, niemniej nie znalazł się żaden potencjalny gospodarz na ten okres. Głównie ze względu na to, że za szukanie noclegu zabrałam się dość późno, a Dublin jest naprawdę oblegany w okolicy św. Patryka. Czy brak noclegu mnie stresował? Trochę. Czy się bałam? W zasadzie nie 😉 Dublin to cywilizowane miasto i byłam przekonana, że jakoś sobie poradzę. Ostatecznie jednak kilka dni przed wyjazdem sięgnęłam po metody z Islandii i dopisałam się do kilku grup na Facebooku, zamieszczając ogłoszenie o moim przyjeździe i poszukiwaniu noclegu. Od razu Wam podpowiem, że wyjątkowo istotne jest dodanie fajnych, pozytywnych zdjęć z podróży w takich postach – wtedy przyciągają wzrok i ludzie naprawdę reagują! W przeciągu jednego raptem dnia dostałam kilka propozycji wsparcia i aż mi się zrobiło ciepło na serduszku. Ostatecznie przyjęła mnie do siebie nieprawdopodobnie sympatyczna Aga, której z tego miejsca ślę buziaki ❤ Niedługo potem dostałam również informację, że Maciek także leci 🙂 No dobra, to mam skład, mam bilety i mam nocleg. Mam nawet jakiś plan ramowy! Czego chcieć więcej? 😉

Jak żem wrzucała powyższe zdjęcie, to mi się przypomniały dwie kwestie. A już chciałam od razu przechodzić do Irlandii 😀 Aż mi Was czasem szkoda przez moje bajkopisarskie skłonności!
Sprawa jeden – jak wyglądały moje loty. Czy z Polski do Irlandii jest jakoś wybitnie daleko? Nie. Czy wydaje Wam się, że się tam leci z przesiadką? No ja tak 😀 Jestem przekonana, że nie jest to jedyna i pewnie nawet nie najlepsza opcja, ale miałam bardzo konkretne daty i bardzo konkretne miejsce wylotu, czyli Wrocław. Czemu? Trochę dlatego, że o świcie po powrocie ruszałam w góry i było bliżej. A trochę dlatego, że przy okazji umówiłam sobie lot w tunelu aerodynamicznym FlySpot w piątek po pracy (w sobotę ruszałam do Dublina). Szybka dygresja – ekstra takie loty w tunelu! Dużo to trudniejsze niż myślałam i naprawdę genialne przeżycie, które z całą pewnością chcę kiedyś powtórzyć! Pewnie to zupełnie co innego niż skok ze spadochronem, ale troszkę potraktowałam to jako taką zajawkę w kierunku spełnienia tego właśnie marzenia 🙂 Jak ktoś ma pytania o FlySpot, to dawajcie w komentarzach albo na priv, a ja już nie zrzędzę 😉
Sprawa dwa – leciałam liniami KLM, które na każdy lot zapewniają darmową przekąskę (wegetariańska kanapka + wybrany napój, jak się okazało), nawet na tak krótkie loty, jak moje (po dwa w każdą stronę) ❤ Trochę przeżyłam na tych kanapkach i do Irlandii, i z powrotem, więc life saving option 😀 Ponadto na cztery odbyte loty w trzech samoloty miały jedynie dwa miejsca po każdej stronie, a nie trzy, co zapewnia większą wygodę.
Wracając – mój pierwszy z czterech lotów był najbardziej komfortowym w moim życiu. Nawet 1/3 miejsc (na oko) nie była zajęta, więc przesiadłam się i siedziałam sobie sama na dwóch fotelach, na wysokości drzwi awaryjnych, czyli z dodatkowym miejscem na nogi, i jeszcze dali mi jeść i pić ❤ Żyć, nie umierać!
Gdzie miałam przesiadkę? W Amsterdamie. Czy siedziałam przez kilka godzin na lotnisku, czekając na docelowy samolot? A znacie mnie chociaż trochę? 😀
W Amsterdamie już w moim życiu byłam, a mając ok. 5h do kolejnego lotu nie widziałam sensu w zasuwaniu do centrum. W końcu niebawem musiałam być z powrotem. Znalazłam sobie jakąś małą wioseczkę w pobliżu lotniska z lokalną knajpką i tam zamierzałam się udać. Planowo pieszo, ale, zabijcie mnie, lotnisko w Amsterdamie to jakiś nieprawdopodobny kolos jest! Aż się zgubiłam! W końcu, lekko zirytowana, znalazłam sobie autobus, żeby kawałek podjechać. Patrząc na mapę logicznym wydawało mi się wysiąść na konkretnym przystanku, ale Google twierdził, że powinnam podjechać jeden dalej. Damn you. Wysiadam i idę z GPS jak po sznurku, aż… napotykam autostradę bez chodnika, wzdłuż której szanowny wujek nawigacyjny nakazuje mi iść. Damn you.
Nie było tam praktycznie żywej duszy. Byłam jedynym człowiekiem prawie, a już na pewno jedyną turystką. Oprócz mnie był tam jednak pan budowlaniec, do którego dziarsko podeszłam z mapą w ręku, pytając, jak mam się dostać do mojego punktu docelowego. „No nie da się” – odpowiedział (po angielsku), nieco mnie frapując. Po chwili dodał jednak, że może mnie podwieźć. Cóż za wspaniały, przemiły człowiek! ❤ W kilka minut byłam w knajpce, uśmiechnięta od ucha do ucha, ze wskazówkami, którędy mogę sobie dodreptać z powrotem 🙂
Kończąc ten wstęp (nawet jeszcze nie jestem w Irlandii, nie mówiąc o Beskidach z koleżanką, które będą kontynuacją tejże podróży 😀 ), napiłam się piwka i zjadłam lokalne przekąski (bo na główne danie to mi jednak szkoda było pieniążków, więc liczyłam na kanapki w samolocie 😀 ) w miejscu, w którym mówienie po angielsku było totalnie egzotyczne, bo przesiadywali tam tylko mieszkańcy danej wioski. Było super!






Lecimy w końcu do tej Irlandii? 😀
Lądowałam dość późno, w okolicach 22 (a nawet jeszcze później, bo mój samolot był opóźniony), ale zupełnie mnie to nie martwiło. Dzięki poznanym wcześniej na CS ludziom wiedziałam, że najkorzystniej będzie zaopatrzyć się w tzw. Leap Card – czyli taka łódzka migawka, czy innego typu bilet okresowy na większość form komunikacji miejskiej. Dostałam nawet wytyczne, gdzie skierować swoje pierwsze kroki na lotnisku, coby ją nabyć. Tak więc zrobiłam i śmiało ruszyłam przed siebie. Okazało się, że istnieje turystyczny Leap Card, który nie jest po prostu doładowywaną kartą, wykorzystywaną do płatności, tylko faktycznie czasowym unlimited. Do wyboru było chyba 1, 3 albo 7 dni, ale ręki sobie nie dam uciąć już teraz. W każdym razie miałam w Irlandii spędzić 4 dni, więc wzięłam na dzień dobry 3 i ruszyłam na autobus do centrum Dublina. Tam miałam przesiąść się w inny, wprost do Agi. Okazało się, że w Dublinie komunikacja miejska raczej nie trzyma się rozkładu 😀 Ostatecznie zdążyłam na OSTATNI autobus z centrum do Agi, który ponadto przyjechał przed czasem. Ale na farciku, dojechałam!


Mieszkanie, w którym miałam nocować przez kilka kolejnych dni, znajdowało się w niedalekim sąsiedztwie ogrodu botanicznego, do którego planowałam zajrzeć kolejnego dnia.
A, Maciek lądował w Dublinie rano i cały dzień spędził już w Irlandii (z tego co wiem – głównie w pubach w centrum 😀 ), a spotkać mieliśmy się przed osiedlem Agi. Tak właśnie poznałam mojego towarzysza podróży – czekającego na przystanku 😀 Szybkie przywitanie i potuptaliśmy w stronę mieszkanka, które znajdowało się na osiedlu zamkniętym, więc napisałam do naszej gospodyni i miała po nas zejść. My tymczasem wyłapaliśmy jakiegoś człowieka, który przechodził przez furtkę i znaleźliśmy się w środku. Trochę się żeśmy rozminęli, ale szybko sprawy się wyjaśniły i byliśmy już razem we trójkę 🙂 Wtedy też (nie pamiętam nawet, jak to wyszło w rozmowie) Aga dowiedziała się, że w zasadzie Maćka też widzę pierwszy raz w życiu, co dosyć ją rozbawiło 😉 Może i słusznie? Może to nie jest do końca codzienna forma podróżowania – z obcymi ludźmi do obcych ludzi? 😀 Ale jako obywatel świata czerpię całymi garściami pozytywną energię z takich spotkań 🙂 A szanowny kolega Maciek przywiózł mi nawet samodzielnie wystruganego mini krasnala, tak idealnie wpasowującego się w klimat św. Patryka ❤
Co prawda wspólne foto zrobiliśmy sobie dopiero ostatniego wieczoru, ale wstawię Wam je już tutaj, żebyście mieli wyobrażenie o moich towarzyszach tego wypadu 🙂 Ja akurat panna z mokrą głową, ale tak też bywa 😀



Świetny kontakt żeśmy złapali i długo rozmawialiśmy przy piwku, nawet nie zauważając upływu czasu 🙂 Rewelacyjna ekipa! Pozdrawiam i polecam!
No dobra, zaczynamy realnie dzień pierwszy Irlandii (nie żebyście spędzili już pewnie z 10min na czytaniu wpisu o Irlandii i Beskidach, a właśnie zaczynamy pierwszy dzień 😀 ).
Jak już wspomniałam – z rana National Botanic Gardens, a po drodze bardzo zadbany i chyba mocno leciwy cmentarz.



A, tak wykminiłam, że te literki (np. „KA” na powyższym zdjęciu) to chyba numeracja alejek na cmentarzu (bo innej nie widziałam) i szły po kolei alfabetycznie, namalowane na ścianach zewnętrznych. Nie mam pewności, ale ma to sens!
No już, już, Narodowy Ogród Botaniczny 😀







Ładnie, nie ma to tamto. Spokojnie, mało ludzi, sporo wiewiórek. Główny plan na ten dzień zakładał paradę, na której spodziewałam się mnóstwa ludzi, więc taki relaksacyjny poranek wśród zieleni był całkiem wskazany 😉
Kierując się w stronę miejsca startu uroczystości, zauważaliśmy coraz więcej ludzi w zielonych kapelusikach albo dzierżących inne akcesoria związane ze świętem, w którym przyleciałam wziąć udział. Generalnie wesoło, zielono i przyjemnie 🙂 Niebawem zaś dotarliśmy spacerkiem do okolic Parnell Square, gdzie miała rozpocząć się parada.



Tutaj muszę przyznać, że moje oczekiwania były mocno wygórowane względem zastanej imprezy. Było wesoło, muzykalnie, kolorowo i naprawdę fajnie! Ale jakoś… Nic specjalnego jednak?
Podczas parady zaczęłam żałować również wzięcia butów na obcasach 😀 Nie weźcie mnie za debila, wiedziałam, że będzie dużo chodzenia, ale A) te buty są naprawdę wygodne, o ile nie zapomnę żelowych wkładek, których zapomniałam, B) są to jedne z wybitnie nielicznych par obuwia w mojej garderobie, które wytrzymałyby deszcz bez przesiąkania, a jakoś nastawiłam się, że może jednak padać, bo to w końcu Irlandia. Wzięłam też treki! Do chodzenia po górach 🙂 Ale na miasto to co innego!
Coś wyjątkowego w Irlandii? Guiness 😀 Przyznam, że w Polsce praktycznie nigdy nie sięgam po to piwo, bo jest po prostu średnie. Za to w Wielkiej Brytanii czy Irlandii? Rany, jakie to było pyszniutkie! ❤ Jako smakosz piwa – pozostawiam znaczek jakości – cudo! Zatem odpoczynek w lokalnym pubie przy ciemnym, niegazowanym piwku 🙂 A dalej? Phoenix Park, bo Aga mówiła, że tam jelonki można spotkać 😀



Przyznam, że miałam chwile zwątpienia, czy faktycznie zobaczymy wspomniane parzystokopytne. Zaczynało się ściemniać, w parku było pustawo, a mnie coraz bardziej bolały stopy. Ale byliśmy niezmordowani, bo naprawdę chciałam zobaczyć jelonki!
I w końcu… Są! Zobaczyliśmy małą grupkę między drzewami i podeszliśmy do nich powolutku. Przyzwyczajone do bliskości ludzi, nie były płochliwe i pozwoliły nam naprawdę się zbliżyć. Chociaż przyznam, że Maciek w którymś momencie już chciał mnie bronić, jak podczłapałam w kuckach do jednego samca, na co on chrząknął 😀 Nie wydawał się agresywny, a ja byłam tak bliziutko! Bardzo przyjemne i ekscytujące przeżycie 🙂




Zatem kolejny cel na ten dzień wypełniony 🙂 Ruszyliśmy spacerkiem na przystanek, by wrócić na świętowanie do centrum. Tak oto spotkaliśmy całe stado jelonków 😀 Były dość daleko, a my nie chcieliśmy zakłócać ich spokoju, więc podziwialiśmy ich sylwetki z oddali. Kojący widok ❤


Niedługo potem nastąpiła pewna wtopa w moim wykonaniu 😀 Otóż założyłam, że w miejscu zakończenia parady, na St Stephen’s Green, z pewnością będą odbywać się jedne z wieczornych atrakcji imprezy. Czemu tego wcześniej nie sprawdziłam? Nie wiem. Ostatecznie przeszliśmy się znaną uliczką (taką Piotrkowską z Łodzi), gdzie napotkaliśmy faktycznie świętujących ludzi, ale już na własną rękę. Dotarliśmy jednak w końcu na jeden z koncertów w strefie po drugiej stronie rzeki, kończąc dzień przy dźwiękach muzyki 🙂
Ciekawostka – w Dublinie nie piją zielonego piwa na św. Patryka. Nie widziałam nikogo z takowym trunkiem, a w pubach również takiego nie sprzedawali. Ba, barman wydał się zniesmaczony, gdy Maciek o takie spytał. Po powrocie sprawdziłam – kultura picia zielonego piwo z okazji tego święta pochodzi ze Stanów Zjednoczonych, a nie Irlandii. Tam klasykiem na św. Patryka jest… klasyk. Guiness 😀 Polecam, pozdrawiam, Ewa 😀


Nie byłabym sobą, gdybym zaplanowała wypad do Dublina i została tylko w samym Dublinie. Owszem, czasu było mało, ale jednak dostatecznie, żeby wkleić w plan górki 🙂 Zawsze jest dość czasu, żeby wkleić w plan górki. True story.
Następny dzień miał być ledwie zajawką wielodniowego szlaku zwanego Wicklow Way, zapewniającego nieomal 130km trasy z południa Dublina dalej w dół mapy. Nasz poniedziałek zaplanowałam na początkowy odcinek, który rozpoczęliśmy w Dublinie. Kolejny dzień miał przynieść nam wrażenia z innej części tego szlaku, ale o tym później 😉
Zmierzając na przystanek autobusowy, by dostać się do Marlay Park, skąd rozpoczynaliśmy wędrówkę, zahaczyliśmy o zamówione wcześniej jedzonko na śniadanie. I tutaj znów przychodzę do Was z polecajką 😉 Aplikacja Too Good To Go pozwala się cieszyć zarówno świadomością wspierania ruchu no waste, jak i znacząco niższymi cenami 😀 Zasada działania – rezerwujesz paczkę niespodziankę resztek, które restauracji bądź kawiarni zostają czy to po dniu działania, czy z powodu zbliżającego się terminu przydatności. „Resztki” brzmi źle, ale wcale tak nie jest! Są to normalne, pełnowartościowe produkty, chronione w ten sposób przed wyrzuceniem. Z mojego doświadczenia najwięcej ofert to faktycznie kawiarnie, w których można spodziewać się kanapek czy rogalików, ale można również znaleźć restauracje, specjalizujące się w obiadach. W Londynie apka sprawdziła się świetnie i tutaj, w Dublinie, również mnie nie zawiodła 🙂 Za 4-5 euro otrzymaliśmy trzy gigantyczne, pieczone pierogi z wytrawnym, wegetariańskim farszem. Naprawdę robi robotę!
Zjedliśmy nasze śniadanko na przystanku, wsiedliśmy w autobus i z uśmiechami na twarzach ruszyliśmy na przedmieścia. Trasa naszej wędrówki tego dnia rozpoczynała się w malowniczym parku, w którym miejscowi spacerowali sobie, korzystając z ładnej pogody i potencjalnie lecząc kaca po kilkudniowym świętowaniu 😀 Szlak prowadził dalej wzdłuż pola golfowego (których tego dnia widzieliśmy taką liczbę, że głowa mała! O co im chodzi z tym golfem?) i dalej pod obwodnicą miasta, by w końcu wydostać się na górskie tereny 🙂







Nie, nie mam pojęcia, o co chodzi z drzewem, na którym wisiało mnóstwo smoczków. Naprawdę nie wiem, ale to całkiem fascynujące.
Kawałek za miastem na szlaku zaczęli pojawiać się turyści, którzy swoją wędrówkę rozpoczęli z parkingu już za obwodnicą. Zrobiło się więc nieco więcej ludzi, ale wciąż nie były to nieprzyjemne tłumy 🙂
Wicklow Way na tym odcinku dość szybko przywitało nas śliczną panoramą Dublina ❤

Wtedy to po raz pierwszy zaczęłam zauważać ogrom ślicznym, żółtych kwiatków. Nie znam się na roślinkach, ale później wielokrotnie je widziałam, więc są chyba dość typowe dla tego rejonu Irlandii.
Swoim zwyczajem zaplanowałam traskę „pętelkę”, bo nie przepadam za chodzeniem w tę i z powrotem, mierzącą ok. 17 – 18 km. Trudność, która nas spotkała? Zbliżając się do najwyższego punktu wycieczki (nieprawdopodobne 536 m.n.p.m. 😀 ), wiatr zaczął dąć z siłą urywającą głowy. Naprawdę. Szaleństwo, totalnie nie słyszeliśmy się nawzajem, tak dmuchało! Ten odcinek więc pokonaliśmy w wybitnie sprawnym tempie, uciekając z odsłoniętego terenu.






Po tej stronie szlaku nie spotkaliśmy już zbyt wielu osób, najwidoczniej turyści czy mieszkańcy trzymają się jednak Wicklow Way i Fairy Castle Loop. Na zachód od Two Rock Mountain (a tym samym Fairy Castle) było naprawdę pusto, a po schowaniu się między drzewa wiatr stał się znacznie mniej uciążliwy, więc wróciliśmy do tempa spacerowego. Schodząc, niebawem zaczęliśmy natrafiać na domostwa (i zwierzaczki hodowlane ❤ ), a celem stał się przystanek autobusowym na ładnym osiedlu (do którego w ogóle nie pasowaliśmy 😀 ), z którego planowałam wrócić do centrum Dublina. Zatem kilka fotek, trasa naszej wędrówki i zaraz lecimy dalej 🙂







Powyższy screen pochodzi z aplikacji Mapy.cz, polecam 😉
Było jeszcze wcześnie, więc mogliśmy poczynić dodatkową aktywność turystyczną, zatem zaproponowałam Jameson Distillery Bow St.. Destylarnia Jamesona! Chciałam ją odwiedzić 🙂 Kupiłam bilety na 18:00 i niebawem skierowaliśmy swoje kroki do naprawdę ładnego budynku z dumnie świecącą nazwą znanego whisky. Wnętrze wyglądało naprawdę imponująco i ciepło, a na powitanie dostaliśmy poczekajkowego drineczka. Niebawem zaś zaproszono nas na wycieczkę, podczas której dowiedzieliśmy się co nieco o historii Jamesona i produkcji whisky. Nauczyłam się też w końcu, jak się whisky wącha, bo to się okazuje podstępną sztuką 😀 Uprzednio zaś zawsze takie próby przepalały mi nozdrza i na pytanie, czym dany trunek pachnie i jakie nuty wyczuwam, odpowiadałam zawsze „no whisky pachnie” 😀 Niesamowicie ucieszyło mnie również to, że podczas smakowania trzech rodzajów Jamesona na koniec wycieczki, znalazła się wśród nich moja ulubiona etykieta – Jamesona Black Barrel ❤






Wieczór spędziliśmy ponownie na rozmowach z Agą, która jest niesamowicie genialną osóbką! Uwielbiam poznawanie nowych ludzi podczas podróżowania ❤ Jako że planuję odwiedzić jeszcze Irlandię, mam uzasadnioną nadzieję na ponowne spotkanie 🙂 A i zdaje mi się, że odwiedziny moje i Maćka zainspirowały ją do otwarcia się na takie doświadczenia hostowania podróżników – trzymam kciuki!
Next day – wycieczka, której pewnie sama bym nie wymyśliła, ale jeden z przemiłych nowych znajomych z Couchsurfingu bardzo mi ją polecił i szybko uznałam ją za must have tego wyjazdu. Obejmowała ona inny fragment Wicklow Way, na południe od Dublina, w Glendalough. Osobiście początkowo myślałam o skorzystaniu z opcji autostop, ale organizując wyjazd nie tylko sobie staram się o nieco pewniejsze środki transportu 😀 Niemniej i tak plan obejmował nieco ryzyka. Czemu? Już spieszę z wyjaśnieniem.
Bus do Glendalough był dziennie jeden. Jeden tam i jeden z powrotem. Koniec opcji. W tygodniu, a w końcu był wtorek, start z Dublina wyznaczony był na 11:30, co oznaczało dotarcie na miejsce chwilę przed 13. Powrotny bus startował o 16:30, co dawało nam 3,5h na miejscu. Gdzie więc ryzyko? Ano w tym, że według mapy hiking wokół jeziorka, który dla nas zaplanowałam, miał zająć ok. 4,5h 😀 Owszem, mapy zazwyczaj przestrzelają i wiedziałam, że zrobimy to szybciej, ale jednak różnica zdawała się być spora. Zakładałam jakieś 75% na to, że zdążymy. Wsiadając do busa w Dublinie kupiłam jednak od razu bilet powrotny, bo tak było taniej, więc uznałam optymistycznie, że na 90% damy radę, bo tak być musi (niczego nie mogą już zmienić Brylanty na końcach twych rzęs – Wiedźmin, Andrzej Sapkowski). Już Wam pokazuję traskę do pokonania oraz dwie fotki z drogi busem, a zaraz opowiem o potencjalnych alternatywach, bo przecież zawsze jest backup plan!




Trasa opiewała na mniej więcej 13km i przewyższenia rzędu 450m (powyżej screen z planowanej wędrówki w Mapy.cz oraz ze śledzenia trasy w aplikacji Relive). No więc – Ewa, a co jakbyś jednak nie zdążyła? Ano opcje były dwie, kiedy ruszaliśmy z Dublina, a sprowadziły się do bardzo prostej jednej po dotarciu. 1) Można było przejść dodatkowe 13km (ok. 3,5 – 4h) na pociąg w Rathdrum (ostatni o 22:40), 2) Można było szukać szczęścia jednak w autostopowaniu. Czemu sprawa szybko mi się rozjaśniła? Ano na miejscu był parking. Pełny. My guess? 80% tych ludzi przyjechało z Dublina. Nie sprawdzałam oczywiście tablic rejestracyjnych, ale to było super miejsce na wypad poza miasto, niedaleko stolicy, zapewniające świetny kontakt z naturką. Zatem backup plan wyklarował się jako spacer po parkingu i szukanie szczęścia u kierowców tam.
Możecie się zacząć zastanawiać, jak zakończyła się ta wędrówka, tymczasem podrzucę fotki z pierwszego etapu szlaku – od parkingu do pierwszego jeziorka (no ja nie umiem chyba nie rozwlekać, wybaczcie 😉 ).



Zielono, nie?
I spokojnie 😀 Mam nadzieję, że znacie ten utwór i tytuł wpisu nie wprawił Was w zakłopotanie ani niepoprawne skojarzenia 😀
Tym sposobem dotarliśmy do Upper Lake i ruszyliśmy żwawym tempem wzdłuż całkiem szerokiej ścieżki, przystosowanej do spacerów rodzin z dziećmi. Tutaj śmigało się naprawdę lekko, niczym po pieszej autostradzie!



Niedługo później dotarliśmy do starej wioski górników, za którą zaczęliśmy piąć się w górę. Widok stawał się coraz bardziej niesamowity, a ja w końcu odetchnęłam pełną piersią – jak to w górach.

Lubię też podczas podróży napotykać na pozytywnych świrów i chociaż, ze względu na odległość, nie było dane mi z panami zamienić nawet kilku słów, to wywołała na mej twarzy uśmiech para morsów, zażywających zimnej wody spływającej kaskadami ze zbocza wprost do jeziora pod nami.


Niedługo później przedostaliśmy się gustownym mostkiem na południową stronę jeziorka i rozpoczęliśmy wędrówkę z pięknym widokiem z góry.



Spotkaliśmy tam jedną z najsłodszych dzikich istotek, jakie widziałam. Jelonka o słodkim, jasnym tyłeczku w kształcie serca 😀 ❤ Ponadto, przeszliśmy od niego słownie na wyciągnięcie ręki, a w ogóle się nami nie przejął!


Dalej trasa prowadziła nas przez wspaniałe jesienne kolory Irlandii, połączenie zieleni, złota i rudości. Znakomite! Świetnie utrzymany szlak, a prowadzące nas deski nabite były jakimiś nitami czy innymi metalowymi elementami, coby się nie poślizgnąć w czasie ewentualnego deszczu. No naprawdę ślicznie, a do tego wygodnie, co ułatwiło nasze karkołomne czasowo zadanie wędrówki półbiegiem.





Czy zdążyliśmy? Otóż tak, zdążyliśmy 😀 Ponadto z powrotem na dole znaleźliśmy się tak szybko, iż mogliśmy sobie jeszcze pozwolić na chwilę wypoczynku w lokalnym pubie, zahaczając o stary cmentarz w Glendalough.



Tego dnia po powrocie do Dublina nie było już żadnych ambitnych planów. Spacerek do wieczora, z zahaczeniem o kolejne żarełko po taniości. Był to ostatni wspólny wieczór, następnego dnia rano do Islandii wracał Maciek, a popołudniu, po 17, do Polski leciałam ja. Aga zostawała w Irlandii. Osobiście miałam jeszcze kilka planów do zrealizowania na ten kawałek środy, niemniej i tak nie odmówiłam sobie spędzenia maksymalnej ilości wieczorowo-nocnego czasu z tymi wspaniałymi ludźmi! Szkoda życia na sen 😀






No więc – jakie te plany na ostatni ułamek dnia w Irlandii? Bardzo konkretne! The Book of Kells Experience w Trinity College oraz Howth – piękny półwysep z klifami, do którego można się dostać całkiem sprawnie szybkim pociągiem, zwanym dartem. Ponadto nie spełniłam jeszcze dwóch założeń tego wyjazdu, a na jedno z nich wciąż nie było za późno. Muzykę na żywo w pubie musiałam już raczej spisać na straty, skoro nie dany mi był ani jeden wieczór więcej w Irlandii, ale irish coffee? C’mon! Musiało się udać 😀
Zatem z rańca ruszyłam pod uniwersytet, by rozpocząć swoją przygodę z Księgą z Kells. Szczerze się przyznam, że nie do końca zgłębiłam temat przed udaniem się ku tej atrakcji, wiedziałam jedynie, że jest bardzo znana. Shame on me! Jestem zdecydowanie fanką literatury i bardzo lubię czytać (nawet w mały plecaczek na podróże zawsze wciskam książkę, zamiast wykorzystać te resztki miejsca na coś bardziej niezbędnego), a wspomniana księga jest jedną z najstarszych w historii ludzkości! Od 2011 roku zawarta jest w spisie UNESCO Memory of the World i sama w sobie jest dziełem sztuki (a sztukę też lubię! Najbardziej to Van Gogha, tak abstrahując :D). Zatem off I go na wycieczkę po kartach historii i poznanie tego wielkiego dzieła 🙂 Dodam, że doświadczenie zawierało również odwiedziny w imponująco gigantycznej, przepięknej bibliotece uniwersytetu, której księgi stanowią przedmiot renowacji i nie jest dozwolone ich dotykanie takim szaraczkom, jak ja 😀






Po zakończonej wizycie na Trinity College miałam jeszcze chwilę zapasu czasowego, więc nadeszła pora na kawę po irlandzku. Dowiedziałam się wcześniej, iż takowej raczej nie podają w kawiarniach, tylko w pubach (no wiem, że jest z alkoholem, ale jednak przyzwyczajona jestem do kawy w kawiarni), dostałam nawet namiary na miejsce, które miało być niedaleko i podawać naprawdę dobrą irish coffee. I tak było! Przyszłam pod drzwi owego przybytku czasowo w punkt otwarcia, więc musiałam jeszcze moment poczekać, ale było warto! Miejsce było przepiękne, na ścianach wisiały przeróżne obrazy (i niektóre z nich można było kupić), a kawa rozpieściła moje zmysły ❤ Miejsce nazywa się Grogans i zdecydowanie mogę Wam je polecić 🙂



Ostatni punkt na mapie Irlandii, który miałam odwiedzić podczas tej krótkiej, czterodniowej wizyty – Howth! Na półwysep dojechałam busem, a wróciłam do centrum dartem – tak mi pasowało czasowo i planowo, więc o, proszę się nie czepiać 😀 Chciałam dotrzeć od konkretnej strony szlaku, który planowałam pokonać, by obejść klify i wylądować na stacji pociągowej – sounds like a good plan! A, tylko z jedną drobną niedogodnością – butami. Tegoż dnia bowiem od Agi wyszłam już ze spakowanym plecakiem, w którym znalazły się moje górskie buty. Na nogach zaś miałam ponownie te grube obcasy, o których zdążyłam Wam wspomnieć. Przez większość czasu nie był to problem, ale po kilku dniach intensywnego chodzenia miałam ochotę na jakieś klapki, a nie takie ciężarki 😀 Swoją drogą wzięłam je specjalnie przez deszcz, którego nie było podczas wyjazdu w ogóle 😀 Inna sprawa, że ponad klifami prowadziła ścieżka uznawana chyba za szlak zaiste wędrówkowy, co nieco mijało się z prawdą, ale nie do końca. Dość powiedzieć, że nie był on trudny do pokonania w tych butach, ale moje stopy również nie skakały z radości (hahahaha) z okazji uciśnienia, w jakie je tam wprowadziłam, gdy spacerowałam sobie wzdłuż linii Morza Irlandzkiego. Szlak mierzył ok. 5km z estymowanym czasem przejścia 1,5h.














Tak oto, po skonsumowaniu ostatniego w Irlandii obiadku, ruszyłam z powrotem do Dublina, by skierować się wprost na lotnisko.
Prawda jest taka, że nie jest to koniec owej podróży (może pamiętacie z początku wpisu, a może nie, bo się rozwlekł straszliwie, przepraszam!), bo po przylocie do Polski przespałam jedynie noc i ruszyłam w góry. O tym jednak opowiem Wam w kolejnym wpisie, coby Was już tak nie zanudzać!
Irlandia została pierwszym nowym krajem, odwiedzonym przeze mnie w tym roku 🙂 Nie czułam się tam za bardzo za granicą. Może przez liczbę Polaków, z którymi obcowałam, może przez podobną mimo wszystko kulturę czy warstwę wizualną – nie wiem. Niemniej z pewnością do Irlandii wrócę, by zwiedzić resztę wyspy, a nie jedynie okolice Dublina! Mam sporo pomysłów, gdzie się jeszcze udać 🙂



Do zobaczenia w części drugiej – o Beskidach! 🙂


Dodaj komentarz