
Zatem! Wróciłam z Irlandii ❤ Szybki kawałek drzemki u znajomej we Wrocławiu i z samego rana wsiadłam w Seico, ażeby dotrzeć na czas do Bielska-Białej, gdzie byłam umówiona z Martą – moją wspaniałą towarzyszką na najbliższe kilka dni 🙂
Obrałyśmy na cel Wisłę, po drodze zaś musiałyśmy poczynić mały postój na zakupy i… przepakowywanie. Czemu? A gdyż ponieważ dlatego, że nikt się nie spodziewał… takiego upału 😮 W końcu – był marzec. Ja przed wylotem do Irlandii spakowałam w pełni plecak na ten 4-dniowy trekking. Tak, żeby Wam mniej więcej uzmysłowić skalę zaskoczenia pogodą – miałam w nim między innymi raczki 😀 Czapkę, szalik, rękawiczki. No full service. Zdawa mnie się, że pogoda nas zaś wtedy zaskoczyła temperaturą rzędu 30 stopni (oczywiście mogę wyolbrzymiać, patrząc z perspektywy czasu, ale naprawdę było hardcorowo gorąco).
Ostatecznie moja srebrna strzała dowiozła nas do Wisły, odnalazłyśmy idealne miejsce po środku niczego, żeby odstawić mojego czterokołowca na te kilka dni i jakoś kwadrans po 14 ruszyłyśmy w końcu na szlak 🙂
Pierwszy dzień zaplanowany był na trasę ok. 17km, która charakteryzowała się jedną zasadniczą trudnością – trzema podejściami. Profil zakładał zrobienie w praktyce trzech górek. Według Mapy Turystycznej? Ok. 6h. Pierwszy nocleg zaś odbyć się miał w schronisku na Błatniej. Co ciekawe, Błatnią poznałam rok wcześniej podczas majówki z moją najwspanialszą siostrą oraz znanym Wam już Danielem.
Pierwszy „szczyt” do zdobycia? Trzy Kopce Wiślańskie 810 m n.p.m. A pierwszy punkt widokowy? Jakieś 10 minut od startu 😀

W marcu, jak to w marcu, godzina 14 była już porą, gdy zaczynała zbliżać się szarówka. Nie, żeby to był problem, jak się umie chodzić po górach po ciemku (odpowiedzialnie! Nie mówię, że każdy może sobie w każdej sytuacji tak po prostu skoczyć do lasu nocą). Widzicie, jakie piękne widoczki?




Spokojne zejście spacerkiem w dół, tylko po to, by zaraz ponownie się wspinać – tym razem na Stary Groń i Horzelicę 🙂 Nie byłoby to w żaden sposób wyjątkowe, gdyby nie śliczna wieża widokowa po drodze i (pro tip dla górzystów!) odnalezienie bardzo przyjemnej chatki obok, która mogłaby stanowić potencjalnie idealne miejsce noclegu! Publicznie dostępna, ładnie umiejscowiona, niemała i porządna. Lubię napotykać takie miejsca i zaznaczać je sobie na przyszłość na mapie, jak choćby publicznie dostępne chatki w paśmie Masywu Śnieżnika, o których już Wam opowiadałam we wpisie Nie całkiem dzika dzicz 😉



Po chwili odpoczynku, dalsza wędrówka zaprowadziła nas na wspomniany wcześniej Stary Groń, na którym, nie zgadniecie, odbywa się regularnie Pieczenie Barana 😮 Jako wegetarianka – pewnie wiecie, co o tym myślę 😀 Niemniej taka, ot, ciekawostka.

Idąc grzbietami minęłyśmy Horzelicę, by w końcu ujrzeć z góry Brennę – ostatnie miasteczko, które miałyśmy tego dnia minąć. Co się z tym wiązało? Ostatnie zejście i… ostatnie wejście 😀

W tej wymarłej (przynajmniej wtedy) miejscowości przywitał nas nieczynny lunapark, nadający naprawdę upiornego klimatu, biorąc pod uwagę zapadający zmrok. Do celu brakowało nam ok. 4km z podejściem rzędu 450m w pionie. Nie brzmi jak dużo, ale możecie, wierzyć, że byłyśmy już zmęczone.



Czołówki na głowy i do przodu! Czasem zastanawiam się, co by mi powiedziało moje ciało, gdyby mogło mówić 😀 Jestem przekonana, że nieraz przeżywa szok, jednak zawsze poddaje się mojej niestrudzonej naturze i słucha się stanowczego umysłu, który nim steruje, póki nie ma miejsca na odpuszczenie. Naprawdę dziękuję ci, moje ciało, za to, że nie zawodzisz. Mimo wszystkich swoich chorób, wielokrotnego bólu i trudności, zawsze walczysz razem ze mną do końca ❤ Kiedyś moja siostra powiedziała, że ja biegam głową. Nie tylko biegam. Ja wszystkie bariery pokonuję głową, a mój organizm posłusznie to znosi 😀 Co takiego wyjątkowego działo się wtedy, że taka dygresja? Niby nic. Niemniej byłam po wyprawie na Irlandię, gdzie trochę skrzywdziłam sobie stopy i kolana, teraz prawie w ogóle nie spałam, po czym pokonałam 300km za kierownicą nagrzanego do granic możliwości Seicento, by w końcu wziąć na barki nielekki plecak i ruszyć na potencjalnie 5-6-godzinną wycieczkę po górach. Tak, byłam zmęczona 😀
No, w każdym razie – gdy już zbliżałyśmy się do naszego schroniska, marząc o zrzuceniu ciężarów z pleców, minęli nas uśmiechnięci panowie na skuterze, zdający się dziwić, że dwie osóbki jeszcze sobie o tej porze w marcu wędrują. W sumie czy dziwić? Nam się wydawało, jakby się z nas śmiali, że oni sobie jadą, a my musimy iść 😀 Ale to zapewne wymysł zmęczonej wyobraźni 😀
Ostatecznie dotarłyśmy do Schroniska na Błatniej, gdzie, oprócz nas, nocowało wtedy jedynie dwóch panów. Realnie – puste schronisko. Pewnie dlatego, że przed chwilą jeszcze była w Polsce sroga zima 😀
Zjadłyśmy coś instant na ciepło (jak nam tego było trzeba!), rozciągnęłyśmy się, skorzystałyśmy z opcji gorącego prysznica i… spanko! Przed nami kolejne 3 dni wędrówki 🙂 A oto trasa tegoż pięknego popołudnio-wieczora.

Gotowi na dzień 2.? Polecam sam początek 🙂 Na szczycie Błatniej bowiem zaskoczyło mnie coś, czego nie zastałam tam rok wcześniej. A był to… <werble> … TRON! 😀





Bardzo fajny rekwizyt, szanuję takie inicjatywy 🙂 Mam nadzieję, że nie zostanie niebawem zniszczony…
Pogoda – jak na załączonych obrazkach – IDEALNA ❤ Taka mgła w górach to jedna z moich ulubionych opcji. Jest klimatycznie, jest czym oddychać, przyjemnie się idzie, a nie ma zazwyczaj ton turystów. Polecam!
Najbliższym celem tego dnia była góra Stołów, dalej Przełęcz Karkoszczonka (może kojarzycie Chatę Wuja Toma?) i zejście do Szczyrku tylko po to, by wspiąć się po drugiej stronie (przynajmniej taki był plan) przez Małe Skrzyczne, Malinowską Skałę i Magurkę Wiślańską na Baranią Górę, zbaczając dalej ze szlaku na Przysłopie i lądując na nocleg w Chatce AKT na Pietraszonce. Tak w skrócie 😉 Mówimy tu o trasie oscylującej wokół 25-30km z przewyższeniami rzędu 1300m. Czy to nierealne? Nie, oczywiście, że nie 🙂 A jak wyszło?






Platforma na ostatnim zdjęciu była, przyznam, wyjątkowym zjawiskiem. Śmiałek na nią wkraczający musiałby niechybnie ryzykować własnym życiem 😀 Niedaleko z resztą znajdowały się resztki spalonego budynku. Niemniej wokół wciąż funkcjonowały gospodarstwa, więc, kto wie, być może źle z Martą oceniłyśmy te kilka spróchniałych desek i byłoby przyjemnością podziwiać z nich widoczki na Skrzyczne i okolice. My jednak, profilaktycznie, pozostałyśmy na stabilnym gruncie 😀



No więc, po pokonaniu mniej więcej 10km w czasie plus minus 3h, znalazłyśmy się w Szczyrku. Z szacunku do swojego własnego wysiłku, w sklepie, o który zahaczyłyśmy, kupiłam sobie lokalne piwko jako kolejne gramy ciężaru na plecy, które jednak zapowiadały nagrodę 😀 Wiecie z resztą, jak lubię smakować lokalnych browarów 😉
Usiadłyśmy na chwilę pod podejściem na Małe Skrzyczne, nagle rozważając skorzystanie z kolejki i ulżenie nieco zmęczonym organizmom. Bo w sumie dlaczego nie? Czy zawsze trzeba zawzięcie i na przekór wszystkiemu męczyć się do granic możliwości? Wciąż miałyśmy przed sobą wiele kilometrów, a skrócenie trasy o to jedno podejście byłoby znaczną poprawą warunków naszego życia tego dnia. To totalnie do mnie niepodobne – odpuszczać. I właśnie dlatego staram się tego uczyć. Praca nad umiejętnością odpuszczania jest teraz jednym z kluczowych aspektów mojego samorozwoju.
Podeszłyśmy zatem do kas, które okazały się nieczynne. Ale jak to, skoro kolejka wyraźnie działała, spytacie? Otóż na górze odbywała się jakaś impreza firmowa popularnej marki samochodowej. Nie zostałyśmy dopuszczone do transportu uruchomionego jedynie dla jej uczestników 😦 Tyle że obie się już przywiązałyśmy do tej przyjemnej myśli o ominięciu tego jednego, niezbyt długiego, ale stromego, podejścia. Czy miałyśmy jakieś alternatywne opcje rozwiązania oszczędzającego nasze plecy i nogi?
Dla człowieka kreatywnego i otwartego zawsze się takie znajdą 😀 Szczęśliwie obie do takich należymy (dzięki, Martuś, że jesteś! ❤ ).
Szybki research doprowadził nas do prostego wniosku, że najlepszą opcją byłoby skorzystanie z kolejki na Skrzyczne (prawilne Skrzyczne, nie Małe Skrzyczne), która była aktywna jeszcze przez chwilę. Przejście po grani by nam się wydłużyło, ale to sama przyjemność. Pozostawał jeden mankament – nie bardzo nam się uśmiechało zasuwanie przez miasto do dolnej stacji kolejki. Brzmi jak pikuś, ale było to ok. 2,5km mimo wszystko. Na ile więc cała akcja okazałaby się opłacalna?
Pewnie można by to przeliczyć, ale po co, skoro można było skorzystać z jeszcze lepszego rozwiązania, jakim jest autostop? 😀
Panowie z imprezy powyżej właśnie się zbierali. Pierwszym pomysłem było zabranie się z nimi busem te niecałe 3km, ale wszyscy obecni byli w stanie wskazującym na spożycie, co charakteryzowało się również brakiem pojęcia o miejscu pobytu kierowcy i czasie startu. Nam natomiast zależało na szybkości rozwiązania. Niebawem jednak zjawił się pan, który sam sobie był kierowcą. Co prawda siedzenia pasażerów zajęte były materacem do spania (szanuję taką formę podróżowania! Pozdrawiam Pana, gdziekolwiek Pan jest!), więc ze śmiechem po minucie poznania rozgościłyśmy się na łóżku naszego dobrodzieja ( 😀 ), ale chwilę później byłyśmy już pod kolejką, pełne wdzięcznego uśmiechu 🙂
I tak się właśnie odpuszcza, moi drodzy! <kurtyna>


Pragnę dodać, iż ze Skrzycznego wciąż czekało nas ponad 15km drogi, żeby nie było, że miała być wędrówka po górach, a myśmy na łatwiznę poszły i wszystko załatwiły udogodnieniami! 😀
Po 15:00 znalazłyśmy się w schronisku na Skrzycznem, gdzie zamówiłyśmy ciepłe picie i rozłożyłyśmy się ze swoimi kanapkami, by uczcić ten wspaniały spontan, który razem przeżyłyśmy 🙂
Posiliłyśmy się i ruszyłyśmy grzbietami pobliskich gór przed siebie. Nawet znalazła się odrobina śniegu!









No i proszę, odcinek od Skrzycznego do Malinowskiej Skały już za nami 🙂 Był potencjał, żeby zdążyć na Baranią Górę przed zachodem słońca, ale złapał nas jednak nieco wcześniej. Wciąż – przepiękna sprawa ❤ Zachód słońca w górach to coś wyjątkowego, co nigdy nie przestanie mnie zachwycać. Jak się okazuje, nocne wędrówki to akurat aktywność, którą Marta właśnie zarażała się ode mnie 🙂 Cieszę się niezmiernie, że mogłam być jej inspiracją do takich wycieczek i otworzyć ją na nowe doznania. Była to jej trzecia nocna ekspedycja (druga odbyła się zeszłej nocy) i wszystkie ze mną 😉 Najważniejsze, że również była uszczęśliwiona naszą wyprawą, jako i ja ❤





W końcu wdrapałyśmy się na naszą upragnioną Baranią, na której czekała na nas wieża widokowa, zapewniająca rozciągający się na wszystkie strony piękny widok zapadającego zmroku i przyciągających spojrzenie migających jasnych plam światła w pobliskich miasteczkach. Taki spektakl oddalonego od gór światła, dostrzegalnego z ich szczytów również zawsze solidnie oddziałuje na wyobraźnię i poczucie piękna. Szkoda tylko, że tak straszliwie wiało, że trzeba było szybko się zmywać ze szczytu wieży 😀




Gdy, około 19:30, dotarłyśmy do Schroniska PTTK Przysłop pod Baranią Górą – przywitało nas ciepło, światło i siedzący przy drewnianych stołach turyści. Naprawdę, i mam tu na myśli NAPRAWDĘ, miałam ochotę tam zostać przy piweczku, w tym przytulnym pomieszczeniu. Kluczową myślą, którą niestety zignorowałam, było skorzystanie tam z cywilizowanej toalety. Nie do końca wiedziałam, co czeka nas w docelowej chatce. Nie posłuchanie tego impulsu było oczywiście błędem, ale w zasadzie nie takim znowu ogromnym, więc się nad tym nie rozwodzę 😀
Zostało nam jakieś 2,5km, chociaż już raczej w dół. Niestety trochę w błotku, ale już wcześniej miałyśmy z tym doświadczenie. W końcu dotarłyśmy! Chatka studencka wcale nie była pusta, bo akurat odbywał się jakiś event. Zastałyśmy sporo młodych ludzi, w większości studentów. Woda niestety była lodowata i, z bólem serca, porzuciłam myśl o prysznicu. Wygódka znajdowała się w budce na zewnątrz, ale i nie w takich warunkach się nocowało! Trochę martwiło mnie potencjalne zimno w nocy, niemniej młodzi solidnie rozpalili w piecu, więc mroźno było tylko podczas odwiedzin tam, gdzie król chodzi piechotą 😀 Poza tym towarzystwo było oczywiście pozytywne, otwarte i tylko formalny zakaz spożywania alkoholu nieco zepsuł mi humor, bo szykowałam się na moje dotargane tu piwko 😀 Ale co tam, jeszcze jeden dzień niesienia go na plecach mnie nie zabije, a do dobrej zabawy nigdy nie potrzebowałam procentów!
Ciepła potrawka z serii gotowych zupek, ale z dodatkiem ciecierzycy z puszki, coby sobie dostarczyć białeczka! Polecam wszystkim, szczególnie wege, takie małe puszeczki z cieciorką bądź soczewicą, jako pożywny dodatek do instant zupek 😉 Tego mnie Marta nauczyła – dziękuję!




Czy na powyższym zdjęciu są trzy pudełka gier, które nosiłam ze sobą przez całą drogę w plecaku? Otóż tak. Priorytety wagowe 😀 Dodam, że tej nocy wciąż z nich nie skorzystałyśmy. Drugi z trzech wspólnych wieczorów, a ja je niosłam na darmo. Czy żałowałam? Nie! Bo a nuż się mogły przydać… 😉 Książkę też ze sobą miałam, żeby sobie czytać przed snem, i z niej korzystałam akurat 🙂 No dobra, czas na traskę i lecimy dalej 🙂

Na czerwono zaznaczyłam odcinek przebyty kolejką. A szarym pisakiem naszkicowałam trasę z poprzedniego dnia, żeby zacząć budować Wam obraz całości 🙂 Według apki śledzącej (wstrzymanej na czas posiadówki w autostopowym aucie czy na krzesełkach) przebyłyśmy tego dnia 27km w poziomie.
Dzień trzeci przywitał nas pięknym słoneczkiem i realnym marzeniem o prysznicu 😀 Obie miałyśmy nadzieję na szybkie dotarcie do kolejnego miejsca noclegowego, żeby móc spłukać z siebie trudy wędrówki. Potencjalnie miał być to dość łatwy i przyjemny dzień, w planach jedynie 15-16km i naprawdę niewielkie przewyższenia. Zapowiadał się naprawdę przyjemny spacerek w cudownych okolicznościach przyrody ❤ Na potwierdzenie moich słów – załączam foteczki 🙂




Ponadto! Trafiłyśmy na jakiś event sportowy, startujący z Przełęczy Kubalonka, przecinałyśmy nawet wyznaczoną mu trasę, ale zawodnicy jeszcze wtedy nie ruszyli. Z plakatów wyczytałyśmy informację o maratonie górskim nordic walking.



Po przejściu Kubalonki byłyśmy w zasadzie w połowie trasy. Szybko poszło! W wędrówce towarzyszyły nam rozmowy, dzięki czemu mogłyśmy się lepiej poznać i uczynić wspólny czas jeszcze bardziej wartościowym – jest to jedna z wielu możliwych zalet pokonywania górskich tras w towarzystwie 🙂
I teraz ciekawostka – nie spodziewałam się tego i zupełnie tego nie planowałam. A czego?
Chodzę po górach od dziecka. Kiedyś z rodziną, później trochę przerwy niechlubnej niestety z powodów niezależnych, później z partnerami, znajomymi, sama. Wiele tras przebyłam, KGP zrobiłam… Ale tutaj nie trafiłam ani razu od dzieciństwa.
Gdy dotarłyśmy z Martą na Kiczory, od razu skojarzyłam widoczne tam skały. Ze zdjęciem z dzieciństwa! Jednym konkretnym zdjęciem, które od razu postanowiłam spróbować odtworzyć 🙂 Chociaż byłyśmy tylko we dwie, więc mogłam jedynie „pozować” sama, a na oryginale byłam z siostrą. Próbowałam wtedy na tę skałkę się wspiąć, a moja siostra uznała pomysł za absurdalny i niewykonalny, co widać po całej jej aparycji, ale jednak wsparła mnie i próbowała pomóc 😀 Nawet dość to zdjęcie przedstawia nasze charaktery. W każdym razie dostarczyło mi to całkiem przyjemnej rozrywki 😉 Zapraszam do porównania oryginału i obecnego odtwórstwa. Trochę z pamięci nie do końca wybrałam odpowiednią pozę, ale i tak miałam frajdę 😀 No i generalnie jest to bardzo piękne miejsce.



Z tegoż miejsca do schroniska na Stożku miałyśmy już rzut beretem. Widząc nasze miejsce docelowe, od razu pomyślałam o upragnionym prysznicu 😀 Ponadto! Zatrzymałyśmy się z Martą na zdjęcia, a pogoda nagle zaczęła bardzo szybko robić się niepokojąca…




A jak słownie kilka minut później wyglądała pogoda (by po kolejnych dwóch godzinach naprawdę pięknie pokolorować wieczorne niebo intensywnie niebieskimi barwami)? Takie są góry, moi drodzy. Nieprzewidywalne. Upalny, słoneczny dzień, ulewa z wichurą, spokój błękitu, a rano… Ludzie, nie macie pojęcia, co było rano 😀



I jak to było z tym prysznicem? Uh, no nie najlepiej! Dotarłyśmy do schroniska przed 15, odebrałyśmy kluczyk do wieloosobowego pokoju, bo dotarłyśmy jako pierwsze, i… Dostałyśmy informację, że prysznic można będzie wziąć po 16, bo od wtedy jest nagrzana woda. No dobra, trudno! Poczekam!
Nawet się żeśmy z Martą zagadały, więc pod prysznic zeszłam koło 16:30, przekonana, że teraz już czekać na mnie będzie parująca woda. Jak ja tego potrzebowałam!
Czekając, aż lodowata ciecz przemieni się w zbawienne ciepło, zaczynałam odliczać minuty. Coś mi tutaj nie grało. W końcu zeszła również Marta, której od razu krzyknęłam, żeby jeszcze nie wchodziła do drugiej kabiny, tylko poszła po obsługę, bo wciąż nie doświadczyłam nawet delikatnego ogrzania. Pani szefowa przybiegła strapiona, by osobiście mi oznajmić, że się pomyliła z godziną, ale od 17 z pewnością wszystko już będzie w porządku. Zostało jakieś 5 minut, więc dalej sterczałam w kabinie, w pełnym napięcia oczekiwaniu. Kilka minut po obiecanej porze wciąż nie nastąpiła żadna zmiana.
Ostatecznie? Wzięłam lodowaty prysznic, zbyt zdesperowana, by ponownie z niego zrezygnować 😀 Podjęłam się nawet umycia głowy, brrrr! Tak to bywa w schroniskach, moi drodzy. I nie ma się co obrażać 😉
Ten wieczór spędziłyśmy w towarzystwie innych górzystów, grając (w końcu!) w moje, targane na plecach, karcianki. Został nam ostatni dzień… A trasa minionego?

Poranek przywitał nas całkiem solidnym gradem 😀 Co ja mówiłam o pogodzie? Po śniadaniu zaś niebo zaczęło wahać się co do swojej prezencji, tasując słońce z chmurami i wciąż strasząc deszczem.




Szczęśliwie, nie złapała nas żadna ulewa! Było ślicznie i wędrowało się naprawdę przyjemne. Na górze Cieślar zostawiłyśmy kamyczek, który Marta kiedyś znalazła w innym kraju na innej górze z apelem, żeby zanieść go dalej 🙂 Urocze!





Za Szczytem o nazwie Soszów Wielki miałyśmy jeszcze jeden postój w Zagrodzie Lepiarzówka, gdzie planowałyśmy coś ciepłego do picia, ale totalnie skusiłam się również na szarlotkę z bitą śmietaną ❤ To, co przyniesiono mi na talerzu, przeszło wszelkie moje oczekiwania. Szarlotka z lodami to standard w górach, ale to? Gigant! I totalne dzieło sztuki! A do tego pyszne (z bezą!) 🙂


Wyprawę po Beskidzie Śląskim zakończyłyśmy z powrotem w Wiśle, gdzie grzecznie czekało na nas Seico, gotowe na drogę do domu. Przez te kilka dni (niby 4, ale i pierwszy, i ostatni, były połówkami) zrobiłyśmy łącznie ponad 70km po górach. Tak w sam raz, na spokojnie 🙂 Pogoda była różna, poziom zmęczenia również. Ostatecznie całe doświadczenie było oczywiście wspaniałe i mogę tę trasę wszystkim polecić 🙂 Jeśli zaś potrzebujecie nieco lepszych opcji noclegowych, to po prostu zamieńcie Chatkę AKT na Schronisko Przysłop. I może od razu zaplanujcie sobie zejście pod Skrzyczne i kolejkę, coby nie wymyślać na poczekaniu opcji autostop 😀 Co kto lubi! Dla mnie było idealnie 🙂




Całość kółeczka rysowała się mniej więcej jak poniżej (może ktoś skorzysta :)). I pozdrowienia dla Marty!!! ❤



Dodaj komentarz