
Czemu Rzym? Nie wiem, ale w sumie od dość dawna chciałam się tam udać. Majówka wydała się odpowiednim terminem. I co dalej? Zaraz wszystko opowiem! Ale obiecałam lekką zmianę formuły…
- To see
- Tips and tricks
- Ceny maj 2024
- Whole story
- Początki, czyli jak do tego doszło
- Day 0 | czyli podróż
- Day 1 | Panteon, Zamek Św. Anioła i więcej
- Day 2 | Bazylika Św. Piotra, Koloseum, Forum Romanum
- Day 3 | Piazza del Popolo, Muzea Watykańskie, Kaplica Sykstyńska, Schody Hiszpańskie
- Day 4 | The Hole of Rome (Awentyn), Porta Portese, Janiculum walls, Zatybrze, Usta Prawdy, Circus Maximus
- Day 5 | Wezuwiusz, Pompeje, Neapol, pierwsza pizzeria na świecie
- Day 6 | Neapol, Castel Sant’Elmo, Galeria Umberto I, Basilica Reale Pontificia San Francesco da Paola Napoli
- Extra content: maraton w Pradze
To see
Oto skrót atrakcji, które polecam, a o większości z nich znajdziecie co nieco w dalszym tekście, opowiadającym o moich doświadczeniach 🙂 Zamieszczane we wpisie zdjęcia będą zaopatrzone w opisy, a w treści z pewnością pojawią się również nazwy poniższych atrakcji, możecie więc z łatwością odnaleźć więcej o interesujących Was obiektach, używając szukajki.
P.S. O [AiD] w „Mniej znane”
Bezsprzeczne klasyki,
bez których Rzymu nikt nie „zaliczy”
- Fontanna Di Trevi

- Panteon

- Bazylika św. Piotra, Plac Świętego Piotra [AiD]

- Koloseum i Forum Romanum

- Muzea Watykańskie

- Schody Hiszpańskie

Mniej znane, od „było blisko must have” po „niewiele osób kojarzy”
Oznaczę Wam osobno skrótem [AiD] miejsca, które były wyróżnione w filmie Anioły i Demony 😀 (książki niestety jeszcze nie czytałam). Nie znaczy to, że są to obiekty warte zobaczenia tylko z tego względu!
- Castel Sant’Angelo (Zamek św. Anioła)

- Fontanna Czterech Rzek [AiD]

- Świątynia Hadriana

- Atrium Wolności

- St. Maria Della Vittoria Church (Kościół Matki Boże Zwycięskiej) z rzeźbą Ecstasy of St. Teresa [AiD]

- Piazza del Popolo i Fontanna Neptuna między dwoma trytonami

- Park nad Piazza del Popolo, razem z zegarem wodnym ❤

- Wilczyca Kapitolińska

- The Hole of Rome na Awentynie

- Porta Portese, Janiculum walls i inne bramy murów okalających centrum Rzymu

- Giolitti – podobno najstarsza lodziarnia w Rzymie

- Usta Prawdy na Placu Garibaldiego

- Circus Maximus

- Pałac Kwirynalski

Poniżej lista dodatkowych miejsc, których mnie ostatecznie nie udało się odwiedzić, ale jestem przekonana, że warto 😉
- Bazylika św. Pawła za murami
- St. Maria del Popolo Church [AiD] – osobiście nie byłam w środku, mimo odwiedzin na Plaza del Popolo, bowiem bazylika była zamknięta. W kościele tym znajduje się symbol ziemi z Aniołów i Demonów, czyli Capella della Terra (Chapel of the Earth)
- Monte Mario – wzgórze z piękną panoramą Rzymu, na które nie dotarłam, ale wydaje mi się godne polecenia fanom pieszych wycieczek 😉
- Termy Karakali
- Passetto di Borgo
- Mauzoleum Augusta
- jezioro Parco Naturale Regionale di Bracciano Martignano
Poza Rzymem (okolice Neapolu)
- Pompeje

- Wezuwiusz (moje zdjęcie niestety za wiele Wam nie powie, ze względu na warunki pogodowe, więc wrzucam foto z drogi na szczyt, na którym wcale nie ma wulkanu 😀 )

- Castel Sant’Elmo z piękną panoramą Neapolu

- Antica Pizzeria Port’Alba – prawdopodobnie pierwsza pizzeria na świecie

- wybrzeże w okolicy mola Beverello

- Galeria Umberto I

- Basilica Reale Pontificia San Francesco da Paola Napoli

- Herkulaneum
- wycieczka do Amalfi drogą morską z Neapolu
- Santa Chiara
Tips and tricks
- Rzym nie jest tani, nie oszukujmy się. Jeśli chcecie zaoszczędzić na atrakcjach, koniecznie skorzystajcie z któregoś z dostępnych abonamentów. Zwróćcie też uwagę na to, czy dana opcja zapewnia Wam rezerwację konkretniej godziny wejścia na najbardziej oblegane atrakcje (uwierzcie mi, że nie chcecie stać w tych absurdalnie długich kolejkach). Ja osobiście skorzystałam z opcji Rome Tourist Card, wybierając w pakiecie wejście do Bazyliki św. Piotra, Koloseum (+ Forum Romanum) oraz Muzeów Watykańskich
- Poruszanie się po Rzymie jest proste i intuicyjnie, szczególnie wybierając metro jako główny środek transportu. Warto jednak zainwestować w bilet okresowy, by nie martwić się za każdym razem kosztami, które mogą znacząco się zmniejszyć, gdy zdecydujemy się na taką opcję. Oczywiście w przypadku, kiedy zamierzacie dużo używać komunikacji miejskiej. To już do przeliczenia własnego. Ja osobiście wybrałam opcję CIS INTEGRATED WEEKLY CARD, czyli 7 dni komunikacji w cenie 24 euro. Można ją nabyć bez problemu w automatach biletowych na stacjach metra chociażby. Oczywiście opcji jest więcej, zatem zapraszam zainteresowanych na stronę
https://www.atac.roma.it/en/tickets-and-passes/cis
Niektóre z opisanych kart zapewniają zarówno komunikację, jak i wejścia do konkretnych muzeów, więc jak najbardziej zorientujcie się, jaka opcja wyjdzie dla Was najkorzystniej - Poza oczywistym metrem i np. autobusami, w Rzymie można bez problemu wypożyczać rowery bądź hulajnogi, np. z aplikacjami Lime czy Uber
- Jeśli czegoś (oprócz pizzy, of course) należy spróbować w Rzymie, to z pewnością jest to Limoncello 😀
- Szukając polskiej mszy w Rzymie, w samym centrum znajdziecie kościół pw. św. Stanisława B.M.
https://duszpasterstwopolakowwrzymie.com/ - Macie ochotę na obiad w najstarszej pizzerii świata w Neapolu? Możecie zarezerwować stolik z wyprzedzeniem – tak na wszelki wypadek, wyszukując chociażby w Google Maps Antica Pizzeria Port’Alba i korzystając z opcji „Zarezerwuj stolik”
- Chcecie zobaczyć odlewy mieszkańców Pompejów? Możecie zrobić to na wykopaliskach, o ile pokierujecie się sami w odpowiednie miejsce (w podstawowym planie tego nie było) – Regio I, Ogród Uciekinierów. Więcej figur dostępnych jest Narodowym Muzeum Archeologicznym w Neapolu. Sytuacja aktualna oczywiście do sprawdzenia, ale nie zakładajcie, że traficie na nie przypadkiem i dobrze to sprawdźcie przed wyjazdem
- A jak sensownie dostać się z Rzymu do Neapolu? Jest rewelacyjne połączenie kolejowe, a podróż pociągiem zasuwającym 300 km/h sama w sobie może być atrakcją! Koszt w przeliczeniu na PLN wyszedł ok. 300 zł / os łącznie w obie strony, jeśli korzystać z transportu „high speed”, czyli lekko ponad 1h w jedną stronę, pociąg zwie się Frecciarossa i można normalnie kupować bilety przez stronę Italia Rail
https://www.italiarail.com/pages/routes/rome-to-naples - Wiele atrakcji w Rzymie ma charakter religijny, co oznacza wymóg odpowiedniego ubioru. Zawsze pamiętajcie mieć ze sobą coś do okrycia ramion i unikajcie odzieży typu szorty
- Bazylika Św. Piotra – zarezerwujcie sobie ekstra czas na oczekiwanie w kolejce nawet mając wyznaczoną godzinę; Groty Watykańskie zostawcie sobie na koniec zwiedzania, gdyż zaprowadzą Was do innego wyjścia, na zewnątrz bazyliki; jeśli chcecie zobaczyć Pietę i grób Jana Pawła II, znajdują się one w sąsiadujących ze sobą kaplicach po prawej stronie od wejścia; wybór między windą a schodami w przypadku zwiedzania kopuły nie powinien być dla Was trudny – jeśli jest kolejka, bierzcie schody, winda oszczędza Wam jedynie połowę wejścia (nawet nie, 320 schodów i tak musicie pokonać, winda to oszczędność dodatkowych 220-230; te liczby tylko brzmią strasznie ;)), a naprawdę nie jest ono ciężkie
- Ubezpieczenie. Wiadomo, że wyjazdy wiążą się z ubezpieczeniem podróżnym. Ale to, o czym chciałam Wam powiedzieć (może po prostu przypomnieć), to EKUZ. Europejska Karta Ubezpieczenia Zdrowotnego, czyli dostęp do darmowego leczenia w obrębie Unii i kilku innych krajów. Dodam, że jest ona darmowa, a wniosek można już złożyć online i po prostu poczekać, aż karta do nas dotrze. Polecam i pozdrawiam – nic to nie kosztuje 😉
https://pacjent.gov.pl/ekuz - Zwracajcie uwagę na miejsca spotkań (meeting point lub tourist office) na biletach. Często gęsto są one gdzie indziej niż sama atrakcja i nie musi nawet być to wcale odległość do pokonania „z buta”
- Rezerwując nocleg w Rzymie sprawdzajcie dokładnie, czy poza ceną nie będzie doliczony podatek miejski, żeby nie zaskoczyła Was dopłata. W naszym apartamencie nie był on dodany do ceny i wynosił na tamten moment 6 EUR / os / noc
Ceny maj 2024
ORIENTACYJNE ceny atrakcji, noclegu, komunikacji itp. za 1 os.
- Rome Tourist Card (3 atrakcje z głównych do wyboru) : 103 EUR
- Castel Sant’Angelo + Pantheon pakiet w apce Headout : 153 PLN
- CIS INTEGRATED WEEKLY CARD : 7 d. komunikacji miejskiej : 24 EUR
- Bilet na pociąg Frecciarossa z Rzymu do Neapolu i z powrotem : ok. 300 PLN
- Nocleg za osobę w przypadku apartamentu z własną łazienką i kuchnią dla 3 osób na obrzeżach Rzymu : ok. 32 EUR / os / noc
- Nocleg za osobę w przypadku apartamentu z własną łazienką i kuchnią dla 3 osób w Neapolu : ok. 21 EUR / os / noc
- Castel Sant’Elmo w Neapolu : 5 EUR
- Pizza włoska : ok. 15-20 EUR
- Rożek z 3 gałkami w lodziarni Giolitti : 5 EUR
- Jednodniowa wycieczka Pompeje + Wezuwiusz z Neapolu z aplikacją GetYourGuide : ok. 375 PLN
- Lot z Katowic do Rzymu : 470 PLN
- Lot z Rzymu do Pragi : 15 EUR
Whole story
Początki, czyli jak do tego doszło
Jak już wiecie ze wstępu, nie wiem, czemu akurat teraz na majówkę 2024 Rzym. Ale w końcu i tak musiało na Rzym paść 🙂
Byłam pod koniec researchu, a u początków budowania planu, kiedy zorientowałam się, że moja matula od zawsze chciała Rzym odwiedzić. Spontanicznie więc zaproponowałam moim rodzicom dołączenie do wyjazdu, skutkiem czego wycieczkę tę odbyliśmy w trio 🙂 Czemu bez mojej siostry? Ano akurat, niestety, nie mogła ;(
Od początku wiedziałam, że nie wykorzystam całego majówkowego czasu wolnego na Włochy, ponieważ pod wpływem jakiegoś szalonego impulsu zarejestrowałam się na mój pierwszy w życiu maraton w… Pradze 😀 I tak oto plan nieruszalny zakładał wylot 27.04. z Polski do Rzymu, a 04.05. przedostanie się do Czech, by 05.05. zrobić te sławne 42km i wrócić na 06.05. do pracy. Ambitnie? Zwiedzać kilka dni intensywnie obcy kraj i od razu potem zasunąć maraton, po czym nawet dnia nie odpocząć? Trochę może tak 😀 Wyszło nawet gorzej, niż myślałam, ale o tym później 😀 W każdym razie powrót z rańca w sobotę bez wyraźnego powodu nie miałby sensu i tu kłaniam się odważnej decyzji moich rodziców, którzy zdecydowali się zostać dzień dłużej beze mnie – brawo! ❤
Ostatecznie mając 6 pełnych dni na miejscu wpadłam na pomysł, by nie ograniczać się do Rzymu i zobaczyć coś więcej. Początkowo pomysł obejmował tylko jednodniowy wypad Pompeje + Wezuwiusz, w końcu jednak zaproponowałam spędzenie nocy w Neapolu, a więc 2 dni poza Rzymem. Dzięki temu kolacja w najstarszej pizzerii świata nie była obarczona napięciem czasowym, zaś plan na drugi dzień zakładał głównie wycieczkę łódką do przepięknej miejscowości Amalfi. A co z tego wyszło?
Day 0
| czyli podróż
No nie ma tu dużo do opowiadania! Wylot był z Katowic (Pyrzowic), oczywiście opóźniony. Plan na popołudnie w Rzymie nie obejmował nic specjalnego, więc nie było żalu, że coś trzeba będzie odpuścić ze względu na tę obsuwę. Lądować mieliśmy po 16, a ostatecznie przesunęło się to o jakieś 1,5h. W Polsce żegnała nas pogoda śliczna, na miejscu zaś… również było cieplutko 🙂



Z lotniska w Rzymie mieliśmy akurat transfer taksówką, dodany gratis do noclegu. Pierwszy raz w życiu korzystałam z takiej opcji 😀 Pan kierowca uraczył mnie ciekawą rozmową przez całą drogę, a moi rodzice z tyłu obserwowali mijane uliczki. Kwatera, oczywiście, nie była w centrum. Niemniej mieliśmy rzut beretem do stacji metra, więc ideolo! A sklep pod samym blokiem 🙂

To, co zaskoczyło mnie w naszym blok (jak się później okazało, nie tylko), to gałki do drzwi umieszczone na samym ich środku. Nie mam pojęcia, czemu, ale szybki research przyniósł informację, iż symetria tego rozwiązania była kiedyś popularna w wielu częściach Europy. Nie znam się, to się nie wypowiem, czy to prawda. / Abstrahując, niedawno się zorientowałam, że w znanym serialu Friends również jest taka gałka na środku drzwi 😮 Nigdy wcześniej nie zwróciłam na to uwagi… / A na wieczór zrelaksowaliśmy się przy słynnym Limoncello 🙂 Dla mnie nieco za słodkie, ale jednak naprawdę smaczne, taki ot, likierek.



Day 1
| Panteon, Zamek Św. Anioła i więcej
W drodze do Castel Sant’Angelo, czyli Zamku Św. Anioła, przespacerowaliśmy się wokół budynku Sądu Najwyższego (Corte Suprema di Cassazione) , przechodząc przez Plac Cavour z pomnikiem Camillo Benso di Cavour, włoskiego męża stanu. Dalej, idąc wzdłuż rzeki Tyber (towarzyszącej nam niejednokrotnie podczas tegoż wyjazdu), widząc już rysujący się przed nami zamek, mieliśmy okazję podziwiać urokliwe pamiątki na małym, lokalnym targu przy drodze 🙂 Polecam!








Nie wiem, czy zwróciliście uwagę na kolejkę do Zamku 😀 Polecam serdecznie mieć jednak wcześniej wykupiony bilet. Akurat do tej atrakcji nie ma opcji zarezerwowania konkretnej godziny zwiedzania, ale osobna kolejka jest dla osób z zakupionym biletem na dany dzień, a osobna dla chętnych bez biletu. Nasza kolejka szła na szczęście naprawdę szybko, bo już wcześniej załatwiłam wejściówki online 🙂



Wspomniany zamek jest również gratką dla fanów Aniołów i Demonów, oznaczony w tym hicie jako miejsce spotkań Iluminatów, leżące w centrum krzyża, wyrysowanego na mapie Rzymu poprzez oznaczenie miejsc powiązanych z czterema żywiołami.

W skrócie o Zamku Św. Anioła? Jego historia dzieli się na kilka etapów. Początkowo miał on być grobowcem cesarza Hadriana, którego budowę zlecił sam zainteresowany. Po latach funkcjonowania jako mauzoleum dla ważnych osobistości imperium, zyskał on nowe przeznaczenie – fortyfikacyjne. W ten sposób imponująca budowla stała się twierdzą, włączoną w system obronny Rzymu. Niedługo później została zaadaptowana również na więzienie.



Zamek wielokrotnie był modyfikowany i gołym okiem widać niektóre z „warstw” dobudowy. Aktualnie stanowi ono Muzeum Narodowe i jest otwarte dla zwiedzających z całego świata. Dodam, iż istnieje przejście między Watykanem a Zamkiem Św. Anioła, które stanowiło (stanowi?) drogę ucieczki papieża. Passetto di Borgo to nadziemne przejście, które można zobaczyć z zewnątrz gołym okiem.
No, dość tej całej historii, z pewnością znajdziecie wszystko, czego potrzebujecie, w czeluściach internetu 😀 Podczas naszych odwiedzin dostępne było kilka wystaw, z czego jedna przedstawiała Pompeje (również będące w moim planie na ten wyjazd). Niemniej nie tylko. Osobiście dla mnie imponujące były mury i niektóre przejścia, nie mówiąc o ich wysokości, oraz, oczywiście, panorama Rzymu, rozciągająca się z góry. Na terenie zamku znajduje się też restauracja 🙂



A, taka drobnostka, ale może się przyda. Zbliżając się do wyjścia, pojawiła się potrzeba skorzystania z toalety. Kolejka była szalona. I tutaj spieszę z poradą 😀 Wystarczy ominąć wyjście i przejść kilka kroków dalej w stronę wejścia (to nie to samo co wyjście), gdzie nie ma problemu kolejek (w sumie po wejściu statystycznie mniej osób jest zainteresowanych niż po całym zwiedzaniu) – taka można mało górnolotna polecajka, ale jakże praktyczna 😀


Cały wyjazd zaplanowałam tak, by między atrakcjami zarezerwowanymi na konkretną godzinę był dostateczny na ogromne poślizgi. Nie była to podróż zaprojektowana pod mój zwyczajowy szalony tryb survivalowy, tylko dużo spokojniejsza, dostosowana do normalnych ludzi 😉 Z zamku wychodziliśmy koło 12:30, mając 3h do wizyty w Panteonie. Znajdowaliśmy się w centrum i miałam jeszcze kilka miejsc w planach na to popołudnie, ale najpierw na spokojnie uraczyliśmy się naszą pierwszą we Włoszech pizzą ❤
Fontanna Czterech Rzek (Fontana dei Quattro Fiumi)! PRZEPIĘKNA rzecz ❤ Poza obeliskiem, których w sumie w Rzymie niemało, a na którym widnieje postać gołębia, symbolizującego Ducha Świętego, charakteryzuje się naprawdę wyjątkową cechą – a mianowicie została wzniesiona przez kilku osobnych twórców, łączących swoje prace. Ale po kolei…




Powyższe dzieło sztuki zlokalizowane jest na Piazza Navona (jakby ktoś jeszcze nie wiedział: piazza = plac). Wyrzeźbione cztery postacie symbolizują cztery główne rzeki odkrytych do tego czasu kontynentów (o Australii jeszcze nikt w Europie jeszcze nie wiedział), nawadniające cztery strony świata. Każda z nich stworzona została przez innego autora. I tak mamy:
– Europa > Dunaj > Antonio Raggi > mężczyzna podtrzymuje herb rodu Pamphili z symbolami władzy papieskiej
– Azja > Ganges > Claude Poussin > trzymane przez mężczyznę wiosło wskazuje na dobrą żeglowność rzeki
– Afryka > Nil > Fancelli (z imieniem mam pewien problem, być może Cosimo) > zasłonięta twarz symbolizuje nieznane źródła rzeki
– Ameryka > Rio de la Plata > Francesco Barrata > wysypujące się z worka złote monety, wskazujące na bogactwo kontynentu
I realnie codziennie czytałam w wieczór poprzedzający zwiedzanie danych atrakcji o dokładniejszej historii tychże, by móc kolejnego dnia opowiedzieć coś sensownego moim rodzicom. Upatruję w tym zysk również dla mnie samej, gdyż więcej dowiadywałam się o odwiedzanych miejscach, dzięki czemu czułam z nimi bliższą więź 🙂
Co tam dalej w planach?
Lody!
Włochy słyną nie tylko z pizzy, ale również z tych właśnie zimnych słodkości ❤ Najstarsza (rzekomo) lodziarnia w Rzymie zdała się być idealnym planem na schłodzenie i chwilę przyjemności, więc tak oto wpadliśmy do Giolitti. Kolejka zdawała się spora, ale niesamowicie szybko szła. Niemniej wybór smaków przyprawiał o zawrót głowy!



Smakując mrożonych przysmaków, skierowałam nasze kroki ku sławnej Fontannie Di Trevi. Od tłumów wokół niej robiło się wręcz niedobrze, ale nie było to zjawisko zaskakujące. Jest to miejsce wybitnie popularne, co niestety wpływa na wrażenie, które wywołuje…
Wyczytane wcześniej ciekawostki? Jedna naprawdę mi się spodobała 😉 Otóż fontanna budowana była w miejscu targowym, na skrzyżowaniu trzech arterii (stąd di trevi), przez co prace nad nią utrudniały codzienne funkcjonowanie sklepikarzy. Jeden z nich wyjątkowo często składał skargi, co sprowokowało autora projektu do dodania wazonu, zasłaniającemu widok na wielkiego Okeanosa z tego jednego jedynego punktu placu – straganu uciążliwego handlowca. Piąteczka za takie piękne załatwienie marudy 😀 Wazon znajduje się, patrząc wprost na fontannę, po naszej prawej ręce.


Jeszcze coś ciekawego? Znana jest legenda o wrzucanych do fontanny monetach, by zapewnić sobie powrót do Rzymu. Cały rytuał jest opisany w wielu miejscach, że którąś ręką przez któreś ramię, że tyłem i w ogóle. Dla mnie kluczowym pytaniem było, co się dzieje dalej z tymi wszystkimi monetami. I tutaj właśnie zostałam pozytywnie zaskoczona, gdyż przeznaczane są one na wsparcie dla potrzebujących, a wyławiane kwoty sięgają kilku tysięcy euro dziennie! Nie wierzę w przesądy, ale wygląda to na pożyteczną tradycję 😉
W drodze ku Panteonowi chciałam zahaczyć jeszcze o Świątynię Hadriana. Ubóstwienie poprzedniego cesarza kosztowało Antonina Piusa groźbę abdykacji. Dzięki temu powstała upamiętniająca go świątynia, która zapewniała nam cień w ten upalny dzień (przyziemny efekt, ale jakże pożądany).

Następny cel – Panteon. Czy wszystko poszło jak po maśle? Otóż nie.
Bilety do tej sztandarowej atrakcji zakupiłam dwojako. Moim rodzicom po prostu zwiedzanie, a sobie opcję z audioprzewodnikiem po angielsku. Liczyłam na to, że opowiem im, o czym posłuchałam, a oni i tak tylko po polsku się komunikują. Teraz próbuję sobie przypomnieć, ale jest to dla mnie za trudne, niemniej mam jakiś przebłysk, że w tej akurat atrakcji dostępna była ostatecznie również opcja PL… Ale nie mam pewności, a nie chcę oszukiwać!


Znalazłam punkt zbiórki, od którego pan miał nas zaprowadzić poza kolejką do wejścia (co miało ogromne znaczenie, bo tłum przez budynkiem był dosłownie przerażający i bezproblemowo mógł wywołać atak paniki). Minutę przed naszą zarezerwowaną godziną zorientował się on jednak, że mój bilet mu nie pasuje. A czemu? A temu, że opcja z audioprzewodnikiem była dystrybuowana przez innego operatora i po swoją wejściówkę musiałam się cofnąć jeszcze za plac Navona. Tym sposobem moi rodzice weszli już na teren Panteonu, a ja rzuciłam się w tym upale w kierunku opisanego kiosku. Tak, próbowaliśmy z panem organizatorem się tam dodzwonić, ale nawet jego umiejętność porozumiewania się po włosku nie wystarczyła i nieugięta obsługa nie zgodziła się przesłać biletu na telefon.
Nie zapomnę tego prawie biegu, świadoma opóźnienia, które mogło skutkować nie wydaniem biletu, a do tego zagubienia moich rodziców, których wpuściłam do środka, nieświadoma konieczności odbycia tych dodatkowych metrów nowego questa (wtedy wciąż jeszcze wierzyłam w możliwość załatwienia sprawy telefonicznie…).
Ostatecznie problemu nie było, panie w kiosku szybko dały mi, co trzeba, i ruszyłam z powrotem. Wątpliwość moralną miałam, przeciskając się między ludźmi w kolejce, biegnąc do wejścia, niepomna krzyków oskarżenia, ale jednak pewna swojej racji. Wejście miałam na wyznaczoną godzinę i, owszem, byłam spóźniona, ale przez niefortunny zbieg okoliczności nieogara zarówno mojego, jak i pana zbierającego bilety w punkcie wcześniej, który zapewnił mnie, że wszystko jest ok. Nie była to jednak sytuacja komfortowa dla mnie ;(
Co by nie mówić – odnalazłam szybko moich rodziców i dalej już mogliśmy wspólnie podziwiać ten wyjątkowy zabytek. Uh!



To co tam ciekawego powiesz o Panteonie, Ewa? No coś tam powiem, ale bez przesady. Internet jest pełen informacji.
Co ciekawe, Panteon był swego czasu atrakcją darmową, ale mamy to już za sobą niestety.
Panteon, jak sama nazwa wskazuje, był pierwotnie zbudowany jako świątynia wszystkich rzymskich bogów. Na kościół chrześcijański Panteon został przekształcony dopiero w VII w. Oculus zaś (otwór na szczycie kopuły) umieszczony jest tak sprytnie, że w dniu urodzin Rzymu (21. kwietnia) światło padało na wejście do świątyni, a skąpany w nim cesarz, wchodzący na ceremonię, zaiste zdawał się być wysłannikiem z niebios.



Tak się składa, że opisywany w tej sekcji dzień był niedzielą. Co za tym idzie, moi rodzice zdecydowani byli uczestniczyć w mszy. Zrobiłam uprzednio odpowiedni research i tym sposobem, po odwiedzinach w Panteonie, zaprowadziłam ich do… polskiego kościoła! Kościół pw. św. Stanisława B.M. (znajdziecie na niego namiary w Tips and tricks) to miejsce w centrum Rzymu, gdzie można uczestniczyć w sakramencie w naszym rodzimym języku 🙂
W czasie ich uczestnictwa w mszy ja swoje kroki skierowałam na Kapitol. Przechodząc koło majestatycznego budynku, który okazał się być Atrio della libertà, czyli Atrium Wolności (cokolwiek to znaczy) – łatwiej znajdziecie to miejsce, szukając Placu Weneckiego w Rzymie, pokonałam schody, prowadzące do Bazyliki Matki Bożej Ołtarza Niebiańskiego, po czym przeszłam przez wnętrze tegoż kościoła i odnalazłam legendarną Wilczycę Kapitolińską ❤ Nie jest to imponująca, wielka rzeźba, nie ma też wokół niej tłumów turystów. Jest to jednak smaczek, który z radością odnalazłam 🙂




Wędrując dalej, okrążyłam Bazylikę i mogłam z góry spojrzeć na Forum Romanum, po czym zejść w kierunku Forum Trajana oraz Augusta, gdzie, na Via dei Fori Imperiali (droga Forów Cesarskich? Miałoby to nawet sens), odbywały się akurat jakieś muzyczne eventy. Nie narzekam!
Generalnie już tego pierwszego dnia w Rzymie zorientowałam się, że historia otacza nas zewsząd. Gdzie się nie obejrzeć – między budynkami użytkowymi znajdują się fragmenty historii, zachowane we wszechobecnych ruinach i innych pozostałościach cywilizacji. NIESAMOWITE.












Day 2
| Bazylika Św. Piotra, Koloseum, Forum Romanum
Szybko się zaczęły trudności, oj, szybko.
Jakie trzeba mieć „szczęście”, żeby podczas tygodnia w Rzymie trafić na przerwę w pracy metra?
Bazylika Św. Piotra to akurat atrakcja, na którą wykupiony mieliśmy pakiet wejściówek na konkretną godzinę. 8:15, była to tzw. opcja „morning”, nieco tańsza, ale przede wszystkim dostępna w tak krótkim czasie przed terminem, kiedy zaczęłam rezerwować bilety na ten wyjazd. Nie brzmiało nieosiągalnie. Tak, jestem sową, ale w podróży umiem funkcjonować nieomal zupełnie bez snu, żywiąc się wrażeniami, więc nie bałam się tej godziny 😀
Zanim opowiem Wam o mojej zatrważającej walce o nasze bilety tegoż pięknego poranka, łapcie widoczek z balkonu przez 7 rano ❤

Prosty plan dojazdu skomplikował się znacznie, gdy metro odmówiło współpracy. Poniedziałek rano. Wszyscy w drodze do pracy. Nieprawdopodobne masy ludzi. Wszyscy wylali się nagle, pełni zdumienia, ze stacji metra, poszukując na gwałt alternatywnej formy transportu.
Kolejka do taksówek natychmiast zrobiła się gigantyczna, na aplikacjach czas oczekiwania również był absurdalny. Na przystankach autobusowych dziki tłum. A my naprawdę nie mieliśmy czasu… W tamtym momencie w zasadzie jedyną sensowną opcją, gwarantującą, że zdążymy na czas, było skorzystania z elektrycznych hulajnóg, których, jakimś cudem, wciąż kilka było dostępnych w okolicy. Ale ja to ja, a moi rodzice, to moi rodzice i to nie wchodziło w grę 😀 Odpowiedni autobus, który i tak oznaczał spóźnienie, stał właśnie obok, i wlewały się do niego tabuny ludzi. Moja mama wślizgnęła się jakoś w tym tłoku. My z tatą nie widzieliśmy szansy, żeby się zmieścić. Staliśmy tuż przed drzwiami, które były jednak zastawione plecami pasażerów niczym murem, a do naszych uszu docierał mamy błagalny ton, żeby jej w środku samej nie zostawiać (oraz moja smutna odpowiedź, że nie ma jak wsiąść i tyle). Chyba właśnie ten ton głosu mojej matuli popchnął obcego człowieka, który przecież nie rozumiał naszego języka, ale słyszał płaczliwe nuty wypowiedzi, do niespodziewanej reakcji. Nie powiem, żebym czuła się komfortowo, gdy zostałam złapana za frak i dosłownie wciągnięta bez mojego udziału między tych wszystkich ludzi (a wydawało się, że igła się nie zmieści), ale nie zdążyłam nawet zareagować 😀 Tata wskoczył w utorowane moim ciałem miejsce i jakoś ruszyliśmy.
I teraz odrobina moich uczuć dla Was, kochani. Nie cierpię tłumów. To jest bardzo duże niedopowiedzenie jednak. Powiedzieć, że czuję się niekomfortowo, to nic nie powiedzieć. Ściśnięta tak, że nie byłam w stanie unieść ręki, wyciągając ją przy samym ciele z dołu, bo było za ciasno, czułam, ile obcych ciał dotyka mnie z każdej strony i naprawdę było to dla mnie ekstremalnie trudne. I to jest okej, każdy ma prawo mieć swoje granice i nie akceptować takich sytuacji. Z własnej woli? Zrezygnowałabym z wsiadania do tego autobusu w 99% przypadków. Wtedy jednak wszystko było inaczej, a moja obecność tam w zasadzie nie była moją decyzją 😀 Choć pan miał dobre intencje i trzeba przyznać, że wyszło wszystko ostatecznie dobrze, to dla mnie minuty spędzone w tym autobusie były katorgą i nawet moja mama zestresowała się tym, że wyglądałam bardzo niepewnie. Dziwne, jak na mnie, nie?
Ostatecznie, kiedy wysiadałam z autobusu, nieomal wybijał czas zbiórki naszej grupy. Odległość? Niecały kilometr. Wiedziałam, że jak wycieczka ruszy z miejsca za Placem Św. Piotra, gdzie mieliśmy się spotkać, możemy jej już nie odnaleźć i całe poświęcenie z tym ściskiem autobusowym na nic. Więc?
Pobiegłam.
Wystarczyło, że jedno z nas zdąży i ogarnie temat. Więc ruszyłam sprintem. Droga nie była najłatwiejsza do wyznaczenia. Światła, most, zablokowane przejścia. Decyzje podejmowałam w locie, nie zatrzymując się. Nie spodziewałam się po wypadzie do Rzymu sprintu w długich jeansach i ładnej koszuli, do tego z plecakiem 😀 Akurat z okazji odwiedzin w bazylice, mimo upału, zdecydowałam się zasłonić nogi, a w takich spodniach naprawdę nie biega się najwygodniej, nie mówiąc o zsuwającej się z ramion koszuli i podskakującym plecaku 😀
Gra była jednak warta świeczki! Gdy wbiegłam na plac zbiórki, zobaczyłam ogonek jakiejś grupy, znikającej za rogiem. Słownie ze dwie – trzy ostatnie osoby. Kilka sekund później już bym ich nie widziała. Co więc zrobiłam?
Pobiegłam 😀
Tak, była to nasza grupa! Pogadałam z panem przewodnikiem, odebrałam od niego należne nam naklejki, i powędrowałam z grupą w kolejkę do wejścia, która ciągnęła się wokół całego Placu Św. Piotra.
Czy warto więc było biec, by potem stać w kolejce, zapytacie?
Przede wszystkim niektóre wejścia do atrakcji uprawniały do omijania kolejek i nie wiedziałam, jak będzie tym razem.
Inna sprawa, że nie wiem, jakie bym miała szanse w tej gigantycznej kolejce odnaleźć akurat naszą małą grupkę. Pewnie bym to zrobiła, jakbym się zawzięła, bo żaden quest nie jest mi straszny. Ale nie musiałam tego robić. Bo?
Dobiegłam!
Medal dla mnie 😀 W kolejce dołączyli do mnie rodzice, maszerujący naprawdę zacnym tempem za mną. I tak oto trafiliśmy w końcu, po tym szalonym poranku pełnym trudności i zaskoczeń (i wybaczcie, bo to może nie wypada, ale POTU! Ło matko, ile potu), przed nasz pierwszy punkt docelowy. Po 8 rano. Sporo żeśmy przeszli, jak na tak wczesną porę 😀






No dobra, to jesteśmy! Oprócz zwiedzania samej Bazyliki Św. Piotra, w cenie mieliśmy również kopułę. Tutaj zaś zostaliśmy postawieni przed wyborem. Biorąc pod uwagę fakt, że nie przewidziałam stania w kolejce przed wejściem (a zajęło to jakieś 1,5h! Zupełnie nie tak widziałam rezerwację wejścia na konkretną godzinę…), dalsze plany na ten dzień wymagały przemyślenia. Przede wszystkim zaś – kolejna atrakcja, która nie była elastyczna, wymagała od nas stawienia się o 13 (a w zasadzie wcześniej, bo mieliśmy pojawić się pół godziny przed czasem). Na dotarcie przewidzieć należało min. pół godziny.
Przyznam Wam się, że poczułam się winna. Chciałam cały ten wyjazd zaplanować dostatecznie delikatnie i elastycznie, żeby nie czuć presji czasu, żeby też moi rodzice czuli się komfortowo. Ten dzień? Położył na mnie cień porażki. Bo chociaż nie uważałam, że cokolwiek jest stracone i ponad 2h to nie było jakoś znacząco za mało czasu na samą bazylikę, ale wiedziałam, że nie mamy już żadnego zapasu. Nie mogliśmy mitrężyć, nie mogliśmy czuć się swobodnie.
Niczego sobie nie wyrzucam i Wam też tak radzę – bo po co „płakać nad rozlanym mlekiem”, rozpamiętywać i samobiczować się? Niemniej w tamtym momencie potrzebowałam wewnętrznie czasu na przełknięcie tej gorzkiej pastylki.



Zatem – jaka trudna decyzja do podjęcia w związku z kopułą? Ano już tłumaczę. Otóż mniej więcej połowę drogi można pokonać windą. Do której zebrała się dalej następna kolejka. Przechodzicie przez kasy biletowe i po prostu stoicie dalej. Chyba, że zdecydujecie się na schody. Wtedy natychmiast można ominąć wszystkich ludzi i ruszyć do góry. Jakie to są parametry decyzyjne? Według informacji dostępnych online, jakiej by nie wybrać opcji, do pokonania jest co najmniej 320 schodów. Decydując się odpuścić windę, dochodzi do tego dodatkowo ok. 220-230. Nie wiem, jakie macie doświadczenia, ale generalnie nawet łącznie to wcale nie jest tak dużo, tylko się tak wydaje, naprawdę. Tylko, że moja mamcia miała akurat pewne problemy z nogami. Stąd dylemat.
I teraz uwaga – brawa dla niej! Rzuciła okiem na kolejkę i podjęła odważną decyzję! Ruszyliśmy pieszo 🙂








Wejście z dachu na taras widokowy kopuły początkowo nie jest niczym specjalnym, z czasem jednak może przyprawić o zawrót głowy, gdyż klatka schodowa „kładzie się” i stojący prosto człowiek jest względem korytarza pochylony. Widać to na jednym z powyższych zdjęć. Ono nie jest krzywo zrobione. Tylko korytarz jest krzywy 😀 Dla mnie nie był to problem, ale faktycznie niektórzy czuli się niekomfortowo niestety.
Dalsze zwiedzanie obejmowało wnętrze Bazyliki św. Piotra oraz Groty Watykańskie. Mnie osobiście zależało mocno na zobaczeniu Piety Michała Anioła oraz odwiedzenie grobu Jana Pawła II (który nie znajduje się w podziemiach, lecz w kaplicy w bazylice).
Gdzie znaleźć powyższe? Pieta znajduje się w kaplicy po prawo od głównego wejścia do bazyliki, łatwo na nią traficie, nie da się jednak podejść naprawdę blisko samej rzeźby. A gdzie znajdziemy grób polskiego papieża? W sąsiadującej kaplicy 🙂 Kilka kroków od Piety w kierunku ołtarza wystarczy, by odnaleźć miejsce spoczynku Jana Pawła II.
Odrobina historii na temat samej bazyliki? Została ona wzniesiona na domniemanym miejscu pochówku św. Piotra. Ponadto, nie jest to pierwsza wersja świątyni w tym miejscu, gdyż nadgryzione zębem czasu poprzednie budowle nie były odbudowywane w ten sam sposób, lecz tworzone na nowo, z coraz większym rozmachem. Aktualna bazylika powstawała przez wiele lat, a w tym czasie niejednokrotnie zmieniali się architekci, każdorazowo modyfikując projekt.
Jeszcze jeden tip. Po zejściu do Grot Watykańskich zwiedzanie zaprowadzi Was na zewnątrz. Jeśli zatem nie zakończyliście jeszcze przyglądania się wnętrzu bazyliki, będziecie musieli wrócić na nowo do wejścia. Polecam zatem zostawić sobie zwiedzanie podziemia na koniec 🙂





Zatem zdążyliśmy dotrzeć na czas do kolejnego punktu planu dnia 🙂 Odbiór biletów miał miejsce w zupełnie innym miejscu niż Koloseum (zwracajcie uwagę na takie rzeczy na biletach 😀 Może to być mylące), a mianowicie na Piazza d’Aracoeli. Oprócz formalności mieliśmy tam okazję obejrzeć krótki filmik o zestawie Koloseum + Forum Romanum + Wzgórze Palatyńskie. Po szybkim przejeździe autobusem pod docelową atrakcję mieliśmy jeszcze chwilkę, którą zdecydowaliśmy się spożytkować na wybitnie szybki posiłek (tak, zgadza się, wprost poprosiłam obsługę o działanie z gazem 😀 ).
I oto zbliżała się do wiekopomna chwila! Koloseum.






Czyż to nie jest imponująca budowla? No nie jest?! Aż tchnie historią ❤
Osobiście w wieczór poprzedzający odwiedziny w Koloseum dałam się ponieść muzyce z filmu Gladiator, by nastawić się odpowiednio emocjonalnie na tę wizytę. Budynek ten wołał do mnie z daleka, odkąd pojawiłam się w Rzymie, ale nie wiedziałam zasadniczo, jakie ostatecznie zrobi na mnie wrażenie.
Mam szczerą nadzieję, że tam wrócę.
Bo to miejsce jest nieprawdopodobne.












Wybaczcie liczbę zdjęć. One naprawdę nie oddają klimatu tego miejsca. Przepełnionego emocjami sprzed wieków. Wiem, jak patetycznie to brzmi, ale naprawdę jest to wyjątkowy kawałek architektury. Przynajmniej dla mnie. Ten amfiteatr rzymski widział taki ogrom cierpienia, jakiego nie jesteśmy w stanie pojąć (przypomnę klimacik Gladiatora, lubicie Hansa Zimmera?). Widok podziemi, w których w oczekiwaniu i napięciu spędzali czas gladiatorzy i zwierzęta, pobudza wyobraźnię. Można dać się ponieść. Z przykrością jednak muszę przyznać, iż nie wydobrzałam jeszcze z depresji, więc nie mogłam w pełni przyjąć tego miejsca, otworzyć się na nie i na te emocje. Tym bardziej – muszę tam wrócić. Czuję, że ma mi ono do zaoferowania znacznie więcej i że będzie takim moim „miejscem mocy”. Zdecydowanie w moim życiu większe wrażenie robi na mnie natura niż cywilizacja, tym bardziej Koloseum stało się nieprawdopodobnie wyjątkowe i zajęło specjalne miejsce w lisim serduszku.
What’s next? Przechodzimy parę kroków i znajdujemy się na terenie Forum Romanum. Przyznam, że upał nieco dawał się we znaki, a poranne przygody nie pomogły. Więc tutaj również będę potrzebowała kiedyś wrócić. Pokontemplować.
Jaki mam problem z takimi miejscami? Tony ludzi. Nie cierpię tłumów, jak już wiecie. Ale co zrobisz, jak nic nie zrobisz. Nie tylko ja chciałam odwiedzić Rzym i zanurzyć się w historii. W klimacie tych starych kamieni i cieple ich barw. Wspaniałe.









Po wyjściu z terenu byliśmy już naprawdę zmęczeni i poza posiłkiem chcieliśmy przede wszystkim wracać odpocząć na kwaterę. Ale ja osobiście musiałam odwiedzić jeszcze jedno pobliskie miejsce – posąg Juliusza Cezara.


I tak oto zakończył się ten wybitnie intensywny i męczący, aż piękny dzień. Drugi dzień w Rzymie 🙂
Day 3
| Piazza del Popolo, Muzea Watykańskie, Kaplica Sykstyńska, Schody Hiszpańskie
Kolejny dzień miał zaplanowaną jedynie jedną nieruszalną atrakcję – Muzea Watykańskie na godz. 12. Metro działało już prawidłowo (jasne, akurat jak potrzebowaliśmy z rana na szybko dojechać, to nie mogło wtedy być wszystko w normie, nie? 😀 ), więc nic nie niepokoiło poranka. Czemu Piazza del Popolo, spytacie? Otóż z dwóch, nie do końca popularnych, powodów. Chciałam zobaczyć fontannę Neptuna między dwoma trytonami i Bazylikę St. Maria del Popolo. Czemu akurat ten z licznych kościołów Rzymu mnie zainteresował? Ano śladami Aniołów i Demonów – znajduje się w nim symbol Ziemi, czyli Capella della Terra: Chapel of the Earth.
Oczywiście nie zobaczyłam owej kaplicy 😀 Bazylika okazała się być zamknięta ze względu na renowację. No trudno, zdarza się najlepszym!
Sam plac wyglądał dość okazale (chociaż trafiliśmy na jakąś wycieczkę i było tłoczno na początku), a mnie najbardziej początkowo spodobała się brama przed nim, czyli Porta del Popolo.




Z ciekawostek, na placu odbywał się właśnie jakiś turniej tenisowy, było przygotowane boisko na podwyższeniu, nagłośnienie i takie bajery. Niespodziewane.
To, co okazało się być perełką, to park powyżej. Otóż z placu prowadzą niepozorne schodki do góry, gdzie podziwiać można panoramę z Balconata del Pincio na Piazzale Napoleone Primo. Dobra, dość tych nazw własnych 😀 Po prostu było tam klimatycznie i ślicznie. Nie tylko ze względu na widok z „balkonu”, ale również po zagłębieniu się w park, gdzie oprócz fontann, rzeźb i pięknej roślinności, odnaleźć można również hydrochronometr, czyli zegar wodny ❤










W temacie tegoż urokliwego miejsca mam jedno ostrzeżenie – te schodki, które prowadzą nad plac do parku, to dość zdradzieckie są! Osobiście trochu po nich zjechałam przy powrocie na plac 😀 Nic poważnego mi się nie stało, spokojnie! Niemniej zdecydowanie trzeba na nich uważać.
Ostatnie foteczki z placu i zaraz lecimy do Muzeów Watykańskich 🙂




No dobra, to teraz te Muzea. A zatem. Bilety kupuje się na konkretną godzinę i organizacja jest naprawdę zacna! Otóż do drzwi tworzone jest kilka kolejek, każde do wejścia na konkretną godzinę. Po podejściu, mili koordynatorzy ruchem kierują do właściwej kolejki i niczym więcej nie trzeba się martwić, super sprawa 🙂
Osobiście wybrałam bilety bez przewodnika, a w trakcie zwiedzania okazało się, że grupki z przewodnikiem dostawały też mapkę (a wierzcie mi, że akurat mapa tego miejsca naprawdę się przydawała, bo jest przeogromne), ale zaczepiłam jakąś panią i pozwoliła mi zrobić zdjęcie 😀 Dzięki temu dość szybko przestaliśmy błądzić całkowicie na oślep 🙂 Chociaż nawet ona nie była wystarczająca w swojej prostocie, żeby to wszystko ogarnąć!
No więc w paru słowach – spędziliśmy w Muzeach Watykańskich ponad 6h. Nie, nie weszliśmy na każdą wystawę wbrew pozorom. Ich zbiory są naprawdę imponujące i różnorodne, więc każdy znajdzie coś dla siebie. Chociaż przyznam, że w trakcie zrobiliśmy sobie przerwę na kawkę, bo jednak trzeba było odpocząć.
Podrzucę Wam kilka zdjęć i opowiem o najciekawszych dla mnie obiektach bądź systemach muzeów 🙂


Numero Uno. Sposób opisu ikon.
No jaki to jest sztosik! Nie ma się co człowiek wahać, które jest które. Zbiór na ścianie. Zbiór rozrysowany na opisie. Zaznaczone, o którym mowa. Cud, miód, malina! Ponoć takie rzeczy nie tylko w Watykanie, ale ja się pierwszy raz spotkałam i aż mi się serduszko uśmiechnęło, że jednak się to da! Że i miejsce oszczędzone, bo nie jeden obiekt – jeden podpis, tylko pogrupowane. I tak zrobione, że żadnych wątpliwości. I estetycznie bardzo, wizualnie przyjemnie, minimalistycznie. Ah!




Drugi moment odwiedzin w muzeach, który mnie zachwycił? To powyższe cudo ❤ Taka mini replika dawnych zdobień bazyliki, na której zaznaczone są intensywniejszym kolorem zachowane/odtworzone fragmenty, które są umieszczona dookoła, niekiedy na zakrzywionych płaszczyznach (bo przecież oryginał kopułowaty jakiś taki) – co możecie zobaczyć na jednym ze zdjęć. Nie dość, że malowidła naprawdę majstersztyk, to jeszcze sposób przedstawienia tak mi zaimponował, że aż mi się buźka otworzyła, autentycznie. Przyjrzyjcie się na fotkach, szczególnie na pierwszej widać te odznaczające się fragmenty na replice. Ten fragment, który jest solo na zdjęciu, to jest druga od środka postać w grupie po prawej stronie na samym dole. Widzita? 😉

Nicola Filotesio (Amatrice)

Leonardo Da Vinci

Lecimy z kolejnymi! Z powyższych – pierwszy obraz tak zaskoczył mnie paskiem z klamrą, lecącym między Marią a człowiekiem (nie wiem w sumie, w którym kierunku), że chciałam szczerze Was spytać, czy Wy wiecie, o co to chodzi. Jest to totalnie abstrakcyjny element na takich obrazach. Ktoś zasugerował, że to nieudolnie namalowana żmija jakaś, ale nie oszukujmy się, tego przedszkolak nie malował i szczegóły zdobień pasa są jak bum cyk cyk! O co to chodzi?!
Następne zdjęcie przedstawia obraz, który zafascynował mnie i zachwycił. Jak później przeczytałam, że to Da Vinci, to aż byłam dumna ze swojego gustu 😀 Przyznam też, że w moim odczuciu niedokończone fragmenty nawet mu dodają, ale przede wszystkim przemawia do mnie jakaś taka surowość tego dzieła.
No dobra, już się nie rozwodzę nad tym! Ostatnim z powyższych są pozostałości z gliniano – słomianej rzeźby anioła stanowiącej jedynie formę do odlania. Jeśli mnie pamięć nie myli, były to prototypy, których efekty końcowe podziwiać można w Bazylice św. Piotra. Co ciekawe, były w dwóch rozmiarach, chociaż mniejsze nie zostały nigdy użyte, gdyż artysta po czasie uznał, że nie jest to odpowiednia wielkość i powtórzył proces, tworząc odpowiednie już rzeźby.







Arnaldo Pomodoro

Na powyższych zdjęciach przedstawiłam kilka sklepień, sal i korytarzy. Na uwagę zasługuje z pewnością Sfera w Sferze, czyli wielka kula z brązu, z mniejszą kulą w środku. Obiekt znajduje się na zewnątrz i przewodnicy wycieczek wchodzą w interakcje z nim, obracając rzeźbę. Jest ona jedną z serii sfer autora i ma symbolizować nasz świat, a jak zinterpretujemy jej wygląd zapewne zależy już od nas.
Piękny tors, jak tłumaczy się nazwę rzeźby na ostatnim z powyższych zdjęć, jest wybitnie znanym dziełem, datowanym mniej więcej na granicę naszej ery (co oznacza przeszło 2 tysiące lat!). Wielu genialnych artystów inspirowało się właśnie nim, nikt jednak nie podjął się dorobienia brakujących fragmentów tej imponującej rzeźby. Mnie naprawdę ona zachwyciła.




Jan Matejko






To, żeby Was już nie zanudzać, parę komentarzy do OSTATNIEJ serii fotek z Muzeów Watykańskich. Naprawdę ogromne wrażenie zrobiła na mnie seria malowideł na jednych ze sklepień, która tak przekonująco przypominała 3D, że musiałam przekonywać mamę, iż to nie płaskorzeźby 😀 I wcale jej się nie dziwię! Majstersztyk!
Polski akcencik? Sala Sobieski, w której znaleźć można przeogromny obraz Matejki, przedstawiający Sobieskiego pod Wiedniem. Zawsze miło odszukać w takim miejscu dzieło rodaków, od razu człowiek czuje dumę i budzi się w nim patriotyzm 😉
Czy jeszcze jakieś ciekawostki? Makieta Watykanu jest idealnym zwieńczeniem, szczególnie dla fanów tego sposobu prezentacji budowli. Osobiście spędziłam tam naprawdę dużo czasu, bo jest przepięknie wykonana ❤ A na zakończenie opuszczamy piętro spiralną klatką schodową, znaną z wielu zdjęć i pocztówek z Rzymu 🙂 Otwarta była co druga wysokość, a zejście… nieco śliskie. Ale nie przewróciłam się tym razem!
A! No żem prawie zapomniała! Kaplica Sykstyńska, moi drodzy ❤ Nie można robić zdjęć, dlatego właśnie tak mi wyleciała. W kilku miejscach muzeów można przeczytać o poszczególnych scenach wymalowanych na tym sławnym sklepieniu. Po wejściu panowie sprawnie sterują przepływem ruchu przy ścianach, co może być nieco nieprzyjemne i dezorientujące (czasem krzyczą, a człowiek czuje się jak bydło), ale w zasadzie jest bardzo logiczne i usprawnia przepływ tłumów. By zatrzymać się i przyjrzeć malowidłom, należy zboczyć z tego nurtu i wejść między ludzi po środku komnaty. Upraszane jest milczenie, jako że jest to miejsce sakralne, ale ciężko uniknąć gwaru. Jak wspomniałam, nie należy również robić zdjęć. Czy Kaplica Sykstyńska robi wrażenie? No robi 🙂 Jest to dzieło wybitnie szczegółowe, realistyczne i zachwycające swoim pięknem. Polecam 😉 Ruch jest tam oczywiście jednokierunkowy.
Wracając! Po opuszczeniu muzeów ruszyliśmy na polowanie – czyli rozejrzeliśmy się za jedzonkiem. Stanęło na pysznej, włoskiej pizzy i piwku w litrowych kuflach 😀 Jak to kelner wspomniał, specjalnie dla Polaków (którzy z resztą również koło nas siedzieli) 😀
Robiło się późno, więc zdecydowałam się na podjechanie jeszcze w jedno miejsce, które chciałam zobaczyć po zmroku. W dobrych humorach (doprawionych wspomnianym złotym trunkiem) pojechaliśmy więc w kierunku Schodów Hiszpańskich.









Dużo zdjęć, a co mam do powiedzenia w ich temacie?
Schody – jak schody. Pełno ludzi 😀 Ponadto faktycznie nie wolno na nich siadać, w mojej obecności jakaś mała grupka została przegoniona, gdy ich zadki spoczęły na schodach. Widoczek z góry jest całkiem przyjemny nocą, to na pewno. W kościele na górze, Trinità dei Monti, odbywały się akurat jakieś niewielkie ceremonie, którym towarzyszył przepiękny śpiew ❤
Poza dzikimi tłumami ludzi, przez których zrobienie sobie zdjęcia choćby na fontannie było mocno utrudnione (a takiego bez co najmniej kilku obcych wręcz niemożliwie), zapamiętałam z tej destynacji w zasadzie totalnie nie związaną z nią rzecz – moje pierwsze jadalne kasztany 🙂 Oboje z ojcem byliśmy bardzo ciekawi, jak to smakuje, wykupiliśmy więc mały rożek tego przysmaku od pana przy placu. Zręcznie rożek ten miał również pustą stronę na skorupki! Wyglądały nieco jak mózg, czyli jak orzechy włoskie. A smakowały? Słodko i ciapowato 😀 Nie były złe 🙂
Day 4
| The Hole of Rome (Awentyn), Porta Portese, Janiculum walls, Zatybrze, Usta Prawdy, Circus Maximus
Ostatni dzień Rzymu dla mnie (kolejne dwa były wycieczką do Neapolu, a potem leciałam prosto do Pragi, moi rodzice mieli jeden dzień więcej w stolicy Włoch :)).
Jaki był to dzień? Środa 😀 Ale dokładniej? 1-szy maja. Data ta oznacza święto, które w Rzymie obchodzono tego roku imprezą z koncertami akurat na Circus Maximus od godz. 15. Gdyby nie to, z pewnością zaplanowałabym odwiedziny tego miejsca osobno, ale w danej sytuacji zdecydowałam się upiec dwie pieczenie na jednym ogniu 🙂
Jaki był to dzień? Mokry 😀 Niestety przywitał nas on wybitnie deszczową pogodą. Pierwszy punkt planu zakładał wycieczkę na wzgórze Awentyn (Aventino), gdzie główną atrakcją jest… dziurka od klucza 😀 No wiem, jak to brzmi! Na wzgórzu znajduje się kompleks budynków, od bazylik, przez instytut liturgiczny i ambasadę. Do większości z nich nie ma dostępu. Więc czego szukają tam turyści? Ano widoku. Bardzo konkretnego. Widoku na Bazylikę św. Piotra poprzez dziurkę od klucza, zawężającą pole widzenia do pięknego zielonego korytarza. Przyznam, że to ciekawy i przyjemny koncept, ale przy lepszych warunkach pogodowych tłumy ludzi mogłyby mnie go pozbawić, bo mam swoje granice. Niemniej w tej deszczowej aranżacji kolejka na szczęście nie była zbyt ogromna (a i tak była!), a poruszała się szybko, bo ileż to można patrzeć się przez dziurkę od klucza. Czas oczekiwania umilał nam uliczny grajek, zaś na zaskoczonych pogodą turystów polowali sprytni handlarze z parasolkami 😉
To jakiż ten widok, Ewa?



tak się robi zdjęcia

The Hole of Rome
Trochę zaburzony przez pogodę, ale czy nie uroczy? Na powyższych zdjęciach widzicie, jak to się mniej więcej odbywa. Czyj wynik lepszy? 😀 A tak szczerze załączam Wam oba, bo na jednym lepiej widać oddalenie i samą bazylikę, a na drugim roślinny korytarz. Przy naszym sprzęcie generalnie nie dało się w pełni oddać tego widoku.
Czy tylko dlatego się telepaliśmy na Awentyn? Głównie, ale niekoniecznie. Jest tam gaik z drzewami pomarańczowymi i całkiem ładnym widokiem na (deszczowy) Rzym 🙂



degli Aranci





Pogodę widzicie, ale przecież nie wrócimy na kwaterę przez deszcz! Pojawiały się takie głosy, niemniej nikt nie zdezerterował i jestem z nas dumna! Zeszliśmy sobie spacerkiem ze wzgórza i ruszyliśmy w kierunku dzielnicy Zatybrze (Transtevere), zahaczając po drodze również o mury Janikulum i jedną z historycznych bram – Porta Portese.

Kiedy morale chyliło się ku upadkowi, upolowaliśmy na Zatybrzu miejsce w knajpce, żeby zjeść coś ciepłego i przemyśleć dalsze kroki. Jeśli pamięć mnie nie myli, wtedy też zmieniłam spodnie na długie 😀 Ale fakt przebierania się tego dnia kojarzę tylko dzięki zdjęciom 😀
Kiedy skończyliśmy jeść, pogoda zdawała się nieco ustabilizować (zdawała się, to kluczowe), więc dzielnie podążyliśmy dalej za moimi wytycznymi co do kierunku spaceru. Przeszliśmy się Zatybrzem, kierując na dalsze obrzeża i pozostałości wiekowych murów. Po drodze zaś zahaczyliśmy o przepiękną fontannę dell’Acqua Paola, znajdującą się już na wzniesieniu, więc w gratisie zapewniającą nieopodal panoramę Rzymu (której mieliśmy jeszcze doświadczyć niedługo później z miejsca w pobliżu, ale no spoilers).






Patrząc na te zdjęcia tak sobie myślę, że było jeszcze jedno zaskoczenie tego wyjazdu dla mnie. Rzym pełen jest bowiem ogromnych, charakterystycznych budowli. A jednak na zdjęciach z panoramą najłatwiej mi wyznaczać swoje położenie względem tego całego Atrium Wolności na Placu Weneckim, o którego istnieniu nawet nie wiedziałam przed podróżą. Nie da się go pomylić z niczym innym i teraz przyszło mi to do głowy, gdy złapałam się na porównaniu naszego położenia z tego zdjęcia z naszym położeniem z Awentynu poprzez właśnie ten obiekt jako punkt odniesienia. Ciekawe!
Kolejne kroki skierowaliśmy na mury Janikulum i Piazzale Giuseppe Garibaldi z monumentem wspomnianego Garibaldiego. Miejsce śliczne, zielone i oferujące kolejne widoczki rozciągające się po horyzont z Terazza del Gianicolo.



Szliśmy dalej, by zejść w okolice Tybru po drugiej stronie wzgórza. Co mnie zaskoczyło? Latarnia 😀 Została ona wybudowana przez Włochów żyjących w Argentynie jako hołd dla stolicy Włoch. Z ciekawostek – w wieczory narodowych świąt ma ona świecić na 3 kolory flagi Włoch. Czy tak jest? Nie wiem. Mimo, iż było właśnie święto, nie był to wieczór. Na mapach zwana jest Faro del Gianicolo, według informacji mamy Faro degli Italiani D’Argentina, czyli po prostu latarnia Włochów w Argentynie.




Zaczynają zbierać się czarne chmury. Zbliżając się do Tybru natrafiliśmy na jakąś artystyczną demonstrację, ale nie umiem po włosku, to nic z niej nie zrozumiałam 😦 Niedługo później pogoda pokazała nam ponownie, co myśli o naszych planach, ale szybko umknęliśmy do kawiarenki na kawę 🙂 Wydawało nam się nawet, że to pomogło, ale po opuszczeniu studenckiej kafejki brakiem deszczu mogliśmy cieszyć się jedynie krótką chwilę, bo zaraz potem rozpętał się ulewny armageddon. Ajajaj. Udało mi się przekonać rodziców, by zajrzeli ze mną na teren Circus Maximus, o Usta Prawdy po drodze zahaczyłam jednak szybciutko sama, by nie musieli już nadrabiać drogi. Cóż to za obiekt? Według legend świetny tester na prawdomówność – jeśli człowiek, wsuwający dłoń w otwór gębowy starca na medalionie, kłamie, dłoń zostaje przez niego ucięta! Kto by się odważył? 😉



in Cosmedin

Z tego miejsca już tylko rzut beretem do Circus Maximus. Odbywający się event zgromadził sporo ludzi (z pewnością ułamek tego, ilu by przyszło podczas ładnej pogody, bo wydarzenie było darmowe). Z trybun i budowli ogromnego, starożytnego cyrku prawie nic nie zostało, ale wielkość miejsca pozostaje zdumiewająca.

Jak widać na załączonym obrazku, po błocie na środku nie poruszało się zbyt wiele osób. Uczestnicy wydarzenia unikali tego miejsca z wiadomych przyczyn. Ja osobiście miałam od wielu godzin tak przesiąknięte stopy, że ich stan był gorszy niż opłakany. Niemniej ciekawa byłam, cóż to będzie za impreza. Rodzice zdecydowali się zakończyć na dziś swoją deszczową przygodę, ja zaś zeszłam na teren eventu. Przyznam jednak, że nie zostałam tam długo, bo absolutnie nie znałam wykonawców (to chyba były jakieś popularne osoby z muzycznych programów we Włoszech, ale nie dam sobie głowy uciąć), więc nie bawiłam się najlepiej 😀



Niedługo później więc (nie minęło chyba nawet pół godziny) wycofałam się strategicznie z imprezy, decydując się jeszcze na samodzielny spacer po Rzymie. Mijając kolorowych ludzi z parasolkami bądź w płaszczach przeciwdeszczowych, ruszyłam w kierunku Koloseum, które już wcześniej skradło moje serce, ale plany miałam zdecydowanie dalsze 😀 Mimo okrutnie cierpiących stóp ;(
Czego więc szukałam, gdzie zmierzałam? Otóż rodzice tego dnia spytali mnie, gdzie jest tzw. pałac prezydencki. I tym mnie zagięli. Sprawdziłam, iż oficjalną siedzibą prezydentów Włoch jest Pałac Kwirynalski, który w internecie nie wydał mi się imponujący, ale zdecydowałam się to sprawdzić, by móc dać rodzicielom sprawdzoną rekomendację na ich dodatkowy dzień w Rzymie. Miałam jeszcze jeden kolejny cel, ale jedynie pod warunkiem, że starczyłoby mi sił.









Czy polecam ów pałac? Niekoniecznie. Zdecydowanie niekoniecznie 😀 Mało imponujące miejsce, ale to oczywiście moja subiektywna ocena. Ponadto, nie byłam w środku, być może jest tam co zwiedzać!
Ostatni cel tego dnia, jaki właśnie wtedy sobie wyznaczyłam, to Kościół Matki Boże Zwycięskiej (St. Maria Della Vittoria). W Rzymie kościołów jak mrówków, zatem czemu ten? A mówi Wam coś Ekstaza św. Teresy? Jest to niezwykle znana rzeźba Berniniego, która w Aniołach i Demonach była symbolem żywiołu ognia. I żywioł żywiołem, ale ciekawa byłam tego pod kątem artystycznym, bo na zdjęciach naprawdę zrobiła na mnie wrażenie.







Do stacji metra na placu zwanym Repubblica miałam już na szczęście blisko. Tak oto zakończyłam ten trudny, mokry, ale satysfakcjonujący dzień 🙂
Day 5
| Wezuwiusz, Pompeje, Neapol, pierwsza pizzeria na świecie
Frecciarossa! Brzmi niczym zaklęcie, nie? 😀 Tak zwie się pociąg, którym tego dnia ruszyliśmy z Rzymu do Neapolu. Pociąg osiągający zawrotną prędkość 300 km/h! Samo w sobie było to nie lada atrakcją 😉 Przejazd trwał nieco ponad godzinkę, a jakość podróży była taka… Żeby Wam to porównać z PKP… O! Korzystanie z toalety w polskich pociągach to sport dla odważnych, bo człowiekiem rzuca w sposób nieprzewidywalny i niekiedy brutalny. W Frecciarossie przez większość czasu woda się nie wyleje z pełnej szklanki, stojącej na stoliku. Ale największe wrażenie robi prędkość, z jaką świat odlatuje za oknem.






Pogoda zapowiadała się całkiem zacna, nie? No zapowiadała się, tak.
Szybka kaweczka z croissantem i ruszyliśmy na miejsce zbiórki, gdyż w planach była zorganizowana wycieczka Wezuwiusz + Pompeje, którą wykupiłam wcześniej przez GetYourGuide. Do busa i w drogę!
Start spacerku na Wezuwiuszu zapowiadał się naprawdę nieźle. Niestety szybko przestaliśmy się łudzić. Z każdym krokiem zanurzaliśmy się głębiej w trzewia chmur. Mimo braku deszczu, skraplające się na nas powietrze szybko odbierało ciepło i niektórzy zawracali na różnych etapach drogi. Mamcia moja akurat też i w zasadzie nie do końca jest się czemu dziwić. Na oglądanie krateru w takich warunkach nie można było liczyć… Osobiście miałam już swoje doświadczenia z kraterami i wulkanami na Islandii, ale naprawdę chciałam pokazać taki cud moim rodzicom, szczególnie tacie. No cóż – los kpi z naszych planów.











Jak widać, widoczki były przednie 😀 Ale wędrówka przyjemna! Czemu na zdjęciu jestem w sandałkach, a adidasy (ciekawa sprawa z określeniem sportowych butów u nas w kraju nazwą marki…) przytroczone są do plecaka? Ano nie wyschły od dnia poprzedniego. I dodam, że kolejnego nadal były mokre 😀 Nie było mi jednak źle w sandałkach sportowych. Szczególnie niedługo później, gdy rozpoczęła się prawdziwa ulewa. A ja zawsze powtarzam, że na solidny deszcz nie ma butów nad sandałki (no, może kalosze, ale takowych nie posiadam), bo sobie woda przez nie przelatuje, nie tworząc bajorka, w którym stopy się kiszą 😀
Gdzie więc spotkało nas wspomniane oberwanie chmury?
Pompeje.
Naprawdę chciałam zobaczyć Pompeje. Zastygłe z nagła miasto, wymarłe w przeciągu kilku chwil, w środku swojej codzienności. Słyszałam też wcześniej o odlewach ciał mieszkańców, których widok jeszcze bardziej uzmysławia skalę tragedii. Moja wina, że nie sprawdziłam wcześniej, gdzie je znaleźć… Założyłam, że pewnie są w wielu miejscach, a przynajmniej każdy plan wycieczki do nich prowadzi. Otóż nie.
Post factum odkryłam, że większość z nich została przeniesiona do Narodowego Muzeum Archeologicznego w Neapolu. Część figur jest jednak wystawionych na wykopaliskach w Pompejach, tylko trzeba wiedzieć, gdzie iść… Gdyby nie lał tak straszny deszcz, pewnie rzuciłabym okiem na przewodnik zdecydowanie na dłużej, tymczasem schowałam go pod pazuchę, by uchronić przed kroplami, a korzystałam jedynie z mapy, na której zaznaczono punkty podstawowej trasy, na którą mieliśmy zaplanowany nasz niedługi czas. W tamtym czasie odlewy znajdowały się (ponoć) w Regio I, punkt 16: Ogród Uciekinierów. Jeśli jednak kiedyś będziecie chcieli odwiedzić te wspaniałe wykopaliska i doświadczenie pogłębić o wizualizację zaskoczonych śmiercią prostych ludzi, na ich nieszczęście zamieszkujących Pompeje, to polecam sprawdzić dokładnie, gdzie możecie to zrobić.
Jak więc odbyła się moja wizyta w Pompejach? Początkowo nawet cieszył mnie deszcz, bo odstraszył tłumy. Zmęczeni pogodą rodzice nie byli już tak zachwyceni. Kiedy jednak z nieba runęła dosłownie ściana deszczu, również ja zgodziłam się na chwilę schronić. Chwilę później poszłam jednak na zwiady, licząc na to, że deszcz przejdzie i będę już wiedziała, którędy rodziców poprowadzić.
No nie było kolorowo. Ale nie da się odmówić magii i kontemplacyjnej natury tego miejsca, niezależnie od pogody. Nie ma tu dużo do opowiadania, w większości raczej zdjęcia będą mówić same za siebie.








Pod dachem, a wręcz przylgnięci do ścian, by uniknąć zacinających strug, spędziliśmy pewnie z 10 min. Nie zanosiło się na tzw. przetarcie. Trzeba było korzystać z ograniczonego czasu, który zapewniała nam wycieczka (chyba polecam zorganizować sobie jednak Pompeje samemu, by móc spędzić tam tyle czasu, ile się potrzebuje, oddając się kontemplacji tego magicznego i smutnego miejsca). Ruszyliśmy więc na szybki tour po punktach podstawowego planu zwiedzania.














Chętnie bym Wam dokładniej opisała, co to były za miejsca na powyższych zdjęciach, ale przyznam, że z powodu deszczu nie czytałam o nich za dużo, licząc na to, że przeczytam później. Czemu nic z tego? Bo mapa z naszą trasą przemokła, a sprawdzenie wszystkich punktów i porównywanie ich z moimi zdjęciami brzmi jak ogrom czasu i pracy 😦
Szliśmy główną drogą, zaglądając w otaczające ją ruiny budynków. Przyznam, że dotarłszy do Forum czas zaczynał robić się problemem. Wiedziałam, że nie będziemy maszerować moim tempem w drodze powrotnej, a musieliśmy trafić do tego samego miejsca. Być może nie będzie już przystanków, ale jednak nie chciałam jeszcze bardziej zmęczyć rodziców, którym ten dzień widocznie dał w kość. Oczywiście nadal cenili sobie oglądane miejsca, ale z pewnością byłoby to dla nich przyjemniejsze w innych okolicznościach 😦 Oprócz Forum więc pociągnęłam ich jeszcze kawałeczek w górę mapy, ale niebawem zawróciliśmy, nerwowo zerkając na zegarki.








Dodam, że na drodze powrotnej postanowiłam zboczyć z głównej drogi, by móc wchłonąć jeszcze trochę z innych miejsc, których wcześniej nie widzieliśmy, jednak dość szybko trafiliśmy na odciętą ścieżkę, a czas kurczył się niemiłosiernie, więc szybko wróciliśmy na znajomy trakt, by załapać się na busa powrotnego do Neapolu.
Zakończmy na tym naszą przygodę pod tytułem Pompeje.
Odnalezienie naszego noclegu w Neapolu również wcale nie okazało się zadaniem z gatunku błahych. Zapukałam w nie te drzwi, co trzeba. Po chwili otworzyła mi przerażona młoda kobieta z grupką dzieci, którymi się opiekowała. Nie wiem, czemu tak się bała. Spróbowałam spytać ją o drogę, ale szybko odpuściłam i zostawiłam bidulkę w spokoju. W końcu własnymi siłami odnalazłam odpowiednie miejsce i niedługo później nastąpiło przekazanie kluczy, a ja myślałam już tylko o gorącym prysznicu.
Ze zdarzeń z kategorii „you’re kidding me”, kiedy włączyliśmy czajnik elektryczny, poszły korki 😀 Nie były one dostępne mieszkańcom, więc 10min po tym, jak za właścicielem zamknęły się drzwi, dzwoniłam do niego, żeby wracał 😀 Cała sprawa na szczęście zakończyła się sukcesem.
W planach na ten wieczór mieliśmy jeszcze zasłużony posiłek w najstarszej pizzerii świata (ponoć) ❤ Przespacerowaliśmy się do niej pieszo, chociaż morale nie były już najlepsze, muszę przyznać. Mnie natomiast prysznic podbił nastrój tak znacząco, że zakładając mokre sandałki na skrajnie poobcierane stopy, jęknęłam tylko z bólu, ale chęć wyruszenia w uliczki Neapolu pozostała niezmiennie ogromna 🙂
Przyznam, że co do tego miasta ja i moi rodzice mieliśmy zupełnie odmienne odczucia 😀 O tym zaraz!



A! Jeszcze jedna świetna anegdotka 😀 Otóż niedaleko dworca w Neapolu weszliśmy do sklepu, by kupić sobie jakąś herbatkę rozgrzewającą na wieczór. W sklepiku tym odnaleźliśmy mnóstwo produktów z całego świata, łącznie z etykietkami oryginalnego pochodzenia. I tak oto na półkach stał na przykład rumianek, nazwany po polsku rumiankiem. Tak ot 😀 Tata zaś ucieszył się bardzo na widok znajomej rodzimej Żubrówki, więc bardzo patriotycznie i mało turystycznie, właśnie ten trunek kupiliśmy sobie na wieczór 😀








Ponoć w sezonie zdecydowanie trzeba zarezerwować miejsce ze sporym wyprzedzeniem. Ja również to zrobiłam (no, może nie było to duże wyprzedzenie, ale jednak zarezerwowałam stolik), przez Google z resztą, ale w naszym przypadku nie było pełno. W końcu jednak poza sezonem 😉 Usiedliśmy na piętrze, ze ślicznym malowidłem na ścianie obok, i zamówiliśmy zasłużony obiad (bądź kolację, jak zwał, tak zwał). Pizza była pyszniutka! ❤ Przyjemne miejsce i mogę polecić 🙂
Po wyjściu z pizzerii bardzo ciągnęło mnie, by zanurzyć się w klimat uliczek Neapolu. Poczułam w sobie tę atmosferę i było mi naprawdę dobrze. Niestety po przebojach tego trudnego dnia moi rodzice nie byli na siłach na dalsze spacery, więc, nie chcąc porzucić ich w tym lekko szalonym dla nich miejscu, wróciliśmy razem do naszego mini mieszkanka. Czemu miejsce to było dla nich szalone? Wąskie uliczki wypełnione niezbyt głośnym, acz wesołym gwarem mieszkańców, przecinane były co chwilę jeźdźcami Neapolu, czyli ludźmi na skuterach. Ta mieszanka przeplatających się pieszych i pojazdów, która w naturalny sposób wychodziła, a do tego to, jak inny klimat ma to miasto – wydawało im się to obce, dziwne, nieco niebezpieczne. A pozakładane na kierownice blokady w wielu autach utwierdziły ich w przekonaniu o niebezpiecznym charakterze tego miasta. Dla mnie? Całość była urokliwie spójna i artystyczna, pozwalała na samotność w grupie, nie było nachalnych tłumów czy nacisku turystów, tylko taki… przepływ energii. Czułam się tam naprawdę dobrze. Wiem, że to nie pierwszy raz tak poczułam, ale przez głowę przeszła mi przyjemna myśl, że mogłabym tam zamieszkać 🙂
No dobra, jeszcze kilka smaczków Neapolu wieczorową porą i lecimy do ostatniego dnia Włoch 😉














Day 6
| Neapol, Castel Sant’Elmo, Galeria Umberto I, Basilica Reale Pontificia San Francesco da Paola Napoli
Jakiż piękny był plan na ten dzień! Poranny stateczek miał zabrać nas do Amalfi, jednego z najpiękniejszych miejscowości nabrzeża Włoch, gdzie odbyć mieliśmy widokowy, piękny spacerek. No cud, miód, malina!
To czemu w tytule dnia nie ma nic o Amalfi?!
Ano – życie. Dostałam z rańca wiadomość, że ze względu na pogodę nigdzie nie popłyniemy <Dramatyczne DUM DUM DUM> Mieliśmy mieć rejs o 10 rano, piękny i spokojny dzień z oglądaniem nabrzeża z perspektywy wody, potem samo Amalfi. Dammit! Pogoda nie wyglądała wcale na taką złą! Niemniej trzeba umieć odpuszczać. Tylko, że… Jakie w zasadzie szanse, że ktoś odda mi pieniążki za to? Bilety nie były kupione bezpośrednio u przewoźnika, tylko przez stronę pośredniczącą. Zatem w co zamienił się ten poranek? Nerwowy spacer do portu, żeby zorientować się w sytuacji… Tyle dobrego, że, nawet nerwowy, spacer po Neapolu nie może być nieciekawy i nieprzyjemny 😉





Po potwierdzeniu w porcie, że rejsy są zawieszone i nie dostaniemy się na Amalfi, rozpoczęłam mailową dyskusję na temat zwrotu kosztów nie tylko za bilety w tamtą stronę, ale również powrotne. W końcu zmiana pogody mogła sprawić, że rejs się odbędzie, a my przecież nigdzie nie popłynęliśmy.
Oprócz nerwówki związanej ze zwrotem kosztów, rozpoczęła się dyskusja, jakie są nasze opcje. Otóż na Amalfi można się dostać również drogą lądową. Na wycieczkę całodniową z gotowych propozycji było jednak za późno. Taksówki nie zachwycały ceną i nie gwarantowały opcji powrotu na czas na nasz pociąg powrotny do Rzymu. Napięta atmosfera mocno wpływała na moje postrzeganie sytuacji, jakoś łatwiej mi decydować za samą siebie, bez powiązań. Może za często podróżuję solo 😀 Kiedy w końcu znalazłam nam online dość tani przejazd z gwarancją powrotu, zapłaciłam za niego i… Dostałam informację o potwierdzeniu taksówki w przeciągu 2-3 dni 😀 No tego się nie spodziewałam, nawet się uśmiałam 😀
Ostatecznie, po kolejnej batalii o zwrot kosztów, tym razem za taksówkę, potrzebowałam odetchnąć. Moi rodzice chyba też. Ruszyliśmy więc na relaksacyjny spacerek wzdłuż wybrzeża, by nieco oderwać się od tego przykrego poranka i zacząć korzystać z niego tak, jak wypada, będąc w Neapolu 🙂




Znaleźliśmy śliczny fragment nabrzeża, kupiliśmy sobie mrożoną kawę. Wskrabaliśmy się kawałek po kamieniach i usiedliśmy odpocząć, chłonąć widoki. Dla mnie? Również widoki ucztujących krabów 😀
Jak pogoda? Najpierw śliczna. Później nieco powiało grozą znad wody. I niedługo potem zaczęło padać.




Co działo się podczas ulewy, gdy oberwanie chmury stało się faktem? Rodzice schowali się w bramie pod daszkiem, ja przejrzałam na szybko stragany i… Nie znalazłam nic, co byłoby fajne 😀 Ale coraz bardziej zaczęłam fascynować się genezą traktowania takiej jakiejś papryczki chili czy innego skręconego, czerwonego rogu, jako symbolu tego miasta. No i co? Musiałam się dowiedzieć, o co chodzi!
Otóż jest to amulet, mający chronić i przynosić szczęście. Szczerze powiedziawszy jego historia nie jest do końca znana. Różne źródła mówią o kolorze czerwonym, mającym wiązać się z krwią. O rogu, mającym wzywać do walki. O fallicznych kształtach, kojarzonych z płodnością. Gdzieś wyczytałam, że musi być to róg pusty w środku. Gdzie indziej, że nie można go sobie kupować samemu, musi być prezentem. W każdym razie dość powiedzieć, że ta czerwona papryczka (która w praktyce jest rogiem) jest WSZĘDZIE. Nazywa się corno cornicello. I żadnej nie kupiłam 😀 Niemniej dostałam jedną od właściciela naszego noclegu i wisi teraz przy kluczach 😉
Wracając do naszego dnia – w zaistniałej sytuacji postanowiłam, że ruszamy na zwiedzanie Castel Sant’Elmo. Po drodze zaś chętnie przeszłam przez Piazza del Plebiscito, żeby zerknąć na Basilica Reale Pontificia San Francesco da Paola Napoli, gdzie planowałam rodziców zaprowadzić pod wieczór na mszę. Bazylika akurat była zamknięta, miałam jednak nadzieję, że to ze względu na brak nabożeństwa w danym momencie. Sam plac zaś zdał mi się nieco zaskakujący pod kątem funkcji okołokościelnej, bo przesiadywało tam trochę dzieciaków i młodzieży, grających chociażby w piłkę, pod arkadami zaś znajdowało się kilka sklepików. Niemniej miejsce robiło pozytywne wrażenie i naprawdę mogę określić je mianem pięknego 🙂


Na wzgórze Vomero, gdzie znajduje się wspomniany Zamek Sant’Elmo można wdrapać się pieszo lub skorzystać z linowo-szynowej kolejki (tzw. funicular). My na górę wybraliśmy opcję oszczędzającą nogi 😀 Niebawem więc znaleźliśmy się na szczycie, z którego spodziewałam się naprawdę zacnego widoku na Neapol. Zakupiliśmy w kasie bilety i ruszyliśmy na zamek 🙂
Sama budowla nie ma ogromu różnorodności do zaoferowania. Mnie osobiście podobają się takie surowe, grube mury, z odrobiną historii i nie potrzebuję strojnych komnat, żeby czuć, że warto dane miejsce odwiedzić. Wręcz preferuję właśnie taką surowość. Niemniej każdy lubi co innego, więc czuję się w obowiązku, żeby Was uprzedzić – to zamek, którego atrakcyjność polega głównie na położeniu, więc i czarującym widoku, a także imponujących aspektach obronnych. Odbywają się tam również wystawy czasowe (my trafiliśmy na różnorodną sztukę), niemniej takie wystawy to jedno małe pomieszczenie. Całość zwiedzania nie zajmuje wiele czasu. No, chyba, że chowacie się przed deszczem 😀










Jak widać na powyższych zdjęciach, podczas zwiedzania zamku ponownie okolicę zasnuły chmury i poważnie się rozpadało. Byliśmy właśnie na górze i zostało nam przespacerowanie się pod gołym niebem, podziwiając widoczki dookoła. Tylko właśnie ten aspekt „pod gołym niebem” stał się problemem z powodu kapiącej z góry wody 😀
Po przeczekaniu mogliśmy dokończyć nasze zwiedzanie, a ze wzgórza zdecydowaliśmy się zejść pieszo, spacerkiem 🙂 Przyznam, że dla mnie ten Neapol to naprawdę ma nieziemski klimat. Podążanie korytarzami wąskich uliczek nasącza nas tym miejscem w sposób, który ciężko nawet wytłumaczyć ❤








Pilnując, żebyśmy mieli zapas czasu do mszy rodziców, dotarliśmy w okolice Piazza del Plebiscito z prawie półgodzinnym wyprzedzeniem. Korzystając z dodatkowych minut, przeszliśmy się do pięknego miejsca obok, a mianowicie Galerii Umberto I ❤ Galeria ta skupia sklepy zdecydowanie nie na naszą kieszeń, ale sam budynek, a szczególnie jego wnętrze, to niewątpliwie dzieło sztuki.







No dobra, naprawdę już zmierzamy ku końcowi 😀 Trochu to zajęło…
Zbliżająca się pora mszy umożliwiła mi odwiedzenie wnętrza Basilica Reale Pontificia San Francesco da Paola Napoli. Miejsce spokoju i zadumy, bez odwiedzających tłumów. Miejsce naprawdę piękne. Może nie w ten wybitnie rzucający się w oczy sposób, jak powyższa galeria. Ale w sposób monumentalny, chłodny, poważnie surowy. Sklepienie zaś bez pudła przywiodło mi na myśl Panteon 😀




Zatem? Ostatnie kilka kadrów z Neapolu i kończymy tę włoską przygodę! Mam nadzieję, że coś z tego dla siebie wyciągniecie 🙂
Tak, tak, jest jeszcze kilka słów podsumowania po zdjęciach. A potem gratisowy rozdział, ale to tylko dla zainteresowanych wyczynami sportowymi 😀






Jak już mówimy o zakończeniu wyjazdu do Włoch zatem, z Neapolu do Rzymu wróciliśmy ponownie nieprawdopodobnie szybkim pociągiem (tym razem jednak nie poczęstowali nas darmowym jedzeniem i piciem, nie wiem, dlaczego…). Następnego dnia o świcie wsiadałam już w metro, by dotrzeć na dworzec w Rzymie, z którego jeździ również szybki (i częsty!) pociąg na lotnisko 🙂 Świetna forma komunikacji i naprawdę polecam! Bilet kupiłam w automacie na miejscu, wysiadłam od razu na terenie lotniska, nawet nie trzeba było przechodzić przez dwór 😀
Moi rodzice zostali zaś sami w Rzymie na dodatkowy dzień. I naprawdę jestem z nich dumna! To odważna decyzja i wspaniale, że pozwiedzali sobie jeszcze troszkę mimo braku ich przewodnika w mojej osobie. Sami się przemieszczali, ogarnęli lotnisko w Rzymie. No generalnie brawo oni! Nie mieli wcześniej sami takich wypraw za granicę, więc na pewno było to dla nich przeżycie 🙂
Cały wyjazd miał oczywiście swoje momenty wzlotów i upadków, niemniej jestem naprawdę zadowolona z tego, że się odbył 🙂 Zapewne pozostanie we wspomnieniach moich i moich rodziców na lata ❤
Extra content: maraton w Pradze
Jak zdążyłam wspomnieć – prosto z Rzymu leciałam do Pragi, by kolejnego dnia przebiec swój pierwszy w życiu maraton. Z ciekawostek – prawie równo rok wcześniej pierwszy raz w życiu przebiegłam 10km 😀 To tak z kategorii – nie róbcie tego w domu (a raczej po prostu – polecam lepiej się przygotowywać do takich wyczynów 😉 ). Na ten rok miałam w planach półmaraton, ale zaczęłam pracować nad poprawieniem stanu zdrowotnego mojego chorego serduszka, zaczęło mi się jakoś łatwiej biegać i pomyślałam… czemu nie? Wahałam się, widząc cenę eventu, bo zależało mi, żebym sama na siebie nie nakładała presji. Chciałam być świadoma furtki pod tytułem: „nie możesz, nie biegnij. Zatrzymaj się i odpuść”. Taki był plan. Chyba dojrzewam, bo bardzo rozsądny 😀 W każdym razie znalazłam kod zniżkowy z absurdalnie wysoką zniżką na tenże maraton. Obawiam się, że komuś się procenty pomyliły z euraskami, ale co ja się będę wypowiadać.
Zatem poleciałam do Pragi, gdzie znajdował się akurat mój znajomy (którego już zapewne kojarzycie) Daniel. Lądując, byłam po naprawdę zerowym śnie ostatniej nocy. Niedobrze tak dobę przed maratonem… Odebrałam wysłane do siebie wcześniej sportowe rzeczy (w końcu Rzym zaliczałam z bagażem podręcznym) i w sumie na chacie u Daniela wylądowałam bodaj jakoś po południu. Byli u niego znajomi i mieliśmy plan na nieco zwiedzania, zrobiłam sobie wcześniej jednak z godzinkę drzemki na wzmocnienie. Reszta dnia zleciała szybko, bo i dużo tej reszty nie było 😀
Następnego dnia z rana przebiegłam swój pierwszy w życiu maraton. NAPRAWDĘ!
Nie chodziło mi o czas. Częściowo sobie maszerowałam. Moje stopy były w naprawdę kiepskim stanie po zalaniu we Włoszech. Nigdy wcześniej nie przebiegłam nawet półmaratonu 😀 Mój max przed tym eventem to były dwa biegi po ok. 15km jako trening jeszcze w Łodzi.
Jak mówiłam – polecam sumienniejsze przygotowanie! Nie zachęcam do takich zrywów!
Niemniej – udało się i moja duma była spora 🙂
Szkoda tylko, że nawet nie zjadłam obiadu tego dnia, gdyż po maratonie spakowałam rzeczy, wjechałam na wieżę widokową, by dodać nieco aspektu zwiedzania, bo w sumie nigdy nie widziałam Pragi i ledwo zdążyłam na busa do domu. Z podkurczonymi nogami w tym wspaniałym środku transportu spędziłam pół nocy, w Łodzi dojechałam do domku (trochę mi się kolanka zastały), zdrzemnęłam się i rano do roboty 😀
Tego nie polecam akurat 😀
NIEMNIEJ – UDAŁO SIĘ!!!!







A, niektórych zapewne interesuje czas jednak 😀 I może ktoś nie wie, ile km w zasadzie wynosi maraton?
Maraton to w przybliżaniu 42 km (dokładnie powinno być 42 195 m, ale przecież to nigdy nie wychodzi równo, więc trzymajmy się opcji przybliżeń). A czasowo? W Pradze pokonałam ten dystans w 5,5h. Nie jest to szybko. Ale zdecydowanie z dala od tzw. czasu odcięcia (na tym wydarzeniu czas odcięcia to było jakoś 7 – 8 h, jeśli dobrze pamiętam). Z resztą – UKOŃCZYŁAM! More than happy about that 🙂
Czy powtórzę kiedyś takie zawody i podejdę jeszcze do maratonów? Nie wiem. Wtedy wierzyłam, że to one time for life experience dla mnie. Później zaczęłam się zastanawiać, kiedy to powtórzyć. Miałam nieco implikacji negatywnych dotyczących mojego ciała, ale nic strasznego. Teraz akurat zmagam się generalnie z problemami zdrowotnymi i nie biegam w ogóle, ale przecież zamierzam do tego wrócić. Więc pytanie pozostawiam otwarte: nie wiem. Po co coś sobie w życiu nakazywać albo czegoś zabraniać? Czas pokaże 🙂
Dzięki czytelnikom za wytrwałość! ❤ Jak zawsze zachęcam do nawiązania kontaktu i serdecznie pozdrawiam 🙂


Dodaj odpowiedź do Szybki rachunek sumienia za 2024 – Za lisim ogonem po mapie Anuluj pisanie odpowiedzi