
Nareszcie! Podróż z moją siostrą! Toż to wymarzone okoliczności 😉
Co można zobaczyć przez 5 dni w Czarnogórze? A co kto chce! My chciałyśmy skorzystać maksymalnie, więc wypożyczyłyśmy autko. Zostałam zatem profesjonalnym kierowcą na Bałkanach, z którymi pierwszy raz miałam do czynienia. I od razu było ciekawie 😀 Ale do rzeczy!
Moją siostrę już znacie? Joasia. Cud nad cudami. Ogromną radość przyniosła mi możliwość wspólnej podróży do tegoż pięknego kraju 🙂
To see
- Vodopad Nijagara, Podgorica

- Jezioro Skadar (Szkoderskie)

- Budva

- Kotor

- Kotor Fortress z widokiem na Zatokę Kotorską

- Horizont Cafe Viewpoint

- Mauzoleum Njegoša

- Our Lady of the Rocks

- Blue Cave

- Tivat

- Ostrog Monastery

- Durmitor Ring – droga P14

- Most Đurđevića Tara

- Prokletije, czyli Góry Przeklęte

Tips & tricks
- Do Czarnogóry możecie wjechać zarówno na paszport, jak i dowód osobisty (przynajmniej tak było w 2024), ale warto podać paszport, żeby dostać ładną pieczątkę 😉
- Spodziewajcie się zmiennej pogody, bądźcie gotowi na upał (koniecznie weźcie okrycie głowy), ale również na deszcze i burze
- Jeśli zechcecie wybrać się na plażę w Budvie, sprawdźcie sobie, które są publiczne, a które wymagają wniesienia opłat bądź wykazania bycia gościem konkretnego hotelu
- Decydując się na odwiedzenie fortyfikacji Kotoru, jeśli chcielibyście skorzystać z opcji zrobienia pętelki, a nie wejść i zejść oficjalną drogą, weźcie koniecznie dobre buty i okrycie głowy. Jeśli nie jesteście wybitnie wysocy polecam również zrobić tę trasę odwrotnie niż my, czyli wejść po schodach, a zejść drugą stroną, gdyż unikniecie wtedy problemów z dostaniem się na wysokość okna, przez które można się dostać na teren fortyfikacji. Pamiętajcie też, że bilety dostępne są tylko od strony oficjalnego wejścia, czyli schodów, jednak nikt nie zrobi Wam problemu, jeśli nie będziecie ich mieć na wyjściu, można je wtedy spokojnie zakupić bez bycia posądzanym o próbę oszustwa
- Jeśli decydujecie się na wypożyczenie samochodu:
- koniecznie wykupcie ubezpieczenie
- uważajcie na rondach, gdzie pierwszeństwo ma opuszczający skrzyżowanie, a lokalsi nie używają kierunkowskazów
- gdziekolwiek nie jedziecie, dajcie sobie zapas czasu, bo stan drogi (bądź zwierzęta na niej) może Was zaskoczyć. Ponadto gwarantuję, że będziecie robić częste przystanki na podziwianie krajobrazu i robienie zdjęć 😉
- wybierając się do Mauzoleum Njegoša unikajcie godzin okołopołudniowych, by nie zetknąć się z autokarami na wąskiej, górskiej drodze
- nie możecie niestety do końca ufać nawigacji, a przynajmniej nie Google Maps, może są lepsze opcje – do sprawdzenia
- polecam samochód dość mały, by nie przeszkadzał na wąskich uliczkach, ale jednak niezbyt delikatny, by poradził sobie z uszkodzeniami nawierzchni, górskimi drogami i lekkim offroadem, najlepiej również przystosowany do ułatwienia ruszania po parkowaniu pod stromą górkę (czyli żeby Wam nie jechał do tyłu, jak ma wrzuconą jedynkę czy drive, bo inaczej będziecie startować z ręcznego)
- Podsumowując – spodziewajcie się niespodziewanego!
Ceny 2024
ORIENTACYJNE ceny atrakcji, noclegów, komunikacji itp. za 1 os. przy wycieczce dwuosobowej.
- kwatery – mniej więcej 15 euro za osobę za noc
- ok. 1150 zł za 5 dni wypożyczenia samochodu (my miałyśmy Renault Clio), co daje ~230 zł za dzień
- ~110zł za rejs po Jeziorze Szkoderskim
- ~160zł za rejs motorówką z Kotoru do Błękitnej Jaskini
- 15 euro za kartę SIM, kupioną na lotnisku
- ceny w sklepach i restauracjach zbliżone do polskich
Whole Story
Początki, czyli jak do tego doszło
Jak do tego doszło? Nie wiem 😀 Szczerze powiedziawszy planowałyśmy z siostrą wycieczkę do Grecji. Wycieczka jednak musiała być dość krótka, a w kwestii Grecji kontynentalnej nie wystarczały mi Ateny i cała sprawa zaczynała się robić droga i niewygodna czasowo. Jak z tego pomysłu przeszłyśmy do Czarnogóry? Nie mam zielonego pojęcia. Z dużą dozą prawdopodobieństwa po prostu szukałam tanich lotów na termin, który nas interesował. I tak po prostu wyszło 😀
Cały wyjazd miał zająć nam 5 dni, a research dotyczący magicznej krainy Montenegro przyniósł mi wniosek, iż chcę odwiedzić co najmniej kilka miejsc, które są od siebie dość odległe. Najrozsądniejszą opcją więc było wynajęcie samochodu. Do tej pory bawi mnie, jak mało czasu poświęciłam na sprawdzenie, jakie warunki drogowe panują w tym kraju, zanim podjęłam się zostania czarnogórskim kierowcą 😀 Ale o tym jeszcze będzie!
Z Bałkanami nie miałam dużo do czynienia wcześniej. Jakieś jedne wakacje za dzieciaka – autokarem do Bułgarii. Niewiele zobaczyłam. Jedna grecka wyspa (jakże wspaniała!) – Kefalonia. Niemniej wyspy to zawsze nieco co innego. I to by było na tyle. Nie mogłam się doczekać 🙂
Zaklepane kwatery, sklecony wstępny plan (chciałyśmy mieć z moją siostrą też nieco przestrzeni i elastyczności co do działań), kupione bilety na samolot, zarezerwowany samochód z odbiorem na lotnisku. Wszystko gotowe – czas ruszać w nieznane!
Day 1
| czyli przelot, Vodopad Nijagara, Jezioro Skadar, Budva i Zatoka Kotorska
O 7 rano miałyśmy lot z Katowic do Podgoricy, więc po 3 ruszyłyśmy moją srebrną strzałą na lotnisko. Podróż przebiegła zasadniczo bez przeszkód i przygód, więc po 9 byłyśmy już w Czarnogórze i odbierałyśmy na lotnisku nasze wypożyczone autko. Chciałam samochód z manualną skrzynią biegów i raczej niezbyt duży. Tak oto stanęło na Renault Clio. Było już trochę porysowane i zastanawiałam się, czemu. Kolejne dni miały zweryfikować moje podejście do prowadzenia pojazdu w tym kraju i unicestwić wątpliwości co do zarysowań, dobrze więc, że wykupione zostało ubezpieczenie 😀


Pierwszym punktem planu była Restauracja Niagara i pobliski Vodopad Nijagara. Przed wyjazdem zorientowałam się, że w Czarnogórze na rondach pierwszeństwo mają opuszczający skrzyżowanie i bardzo chciałam to uszanować. Niemniej okazało się, że nikt tam nie używa kierunkowskazów 😀 Co oznacza, że jak mi auto z wewnętrznego pasa nagle przejechało przed maską, żeby zjechać z ronda, musiałam je puścić, ale bez uprzedzenia, że będzie się to działo. Nieco stresujące! Obyło się, na szczęście, bez żadnej stłuczki, więc po jakichś 20 minutach dotarłyśmy na miejsce. Okolica śliczna, cykające owady, szumiąca woda. Zamówiłyśmy coś do jedzenia plus kawkę i przeszłyśmy się kawałek wzdłuż rzeki, by zobaczyć wodospad.







Posiliłyśmy się, nacieszyłyśmy oczy, pogłaskałam kotka i… w drogę! Tutaj już pojawiły się pewne trudności. Chociaż droga do punktu spotkania miała zająć między 30 a 40 minut, a była dość prosta i wygodna, to jednak przestrzeliłam z zapasem czasu, to raz, ale również przegapiłam wcześniej informację, gdzie należy zaparkować. Miejsce parkingu na szczęście było dość blisko punktu zbiórki, niemniej pojawiło się nieco stresu. Szczęśliwie spodziewane opóźnienie wynosiło ok. 5 min, więc wierzyłam, że nie unicestwi to naszych planów. Rejs po Jeziorze Szkoderskim, w południe pierwszego dnia, wykupiony w, najczęściej przeze mnie wykorzystywanej do rezerwowania wycieczek, aplikacji Get Your Guide, organizowany przez firmę Kingfisher był dla nas obu istotny. Martwił mnie przeraźliwy upał, ale tym bardziej doceniałam wypożyczone autko, które, w odróżnieniu od mojego seiaca, miało klimatyzację 😀
Szczęśliwie dość sprawnie udało nam się odnaleźć parking Virpazar i punkt zbiórki naszej atrakcji. Niedługo więc, z biletami w rękach, wchodziłyśmy już na pokład naszej łódeczki 🙂 Rozpoczął się rejs wśród rozłożystych liści lilii wodnych i lokalnej fauny.










Rejs obejmował wizytę w średniowiecznym, prawosławnym Klasztorze Kom. Mniej więcej po 1,5h dopłynęliśmy do wysepki Odrinska Gora, gdzie zsiedliśmy z łódki i powędrowaliśmy w górę, wprost do klasztoru. Poza samym budynkiem, spacer rozpostarł przed nami śliczne panoramy, a także pozwolił podziwiać otaczającą nas florę. Oraz imponujące pająki 😀













Po zakończonym malowniczym rejsie, zaopatrzyłyśmy się w mrożoną kawkę ze sklepu i ruszyłyśmy w stronę Budvy. Czy godzinna trasa okazała się godzinna? Absolutnie nie 😀 Czy to przez warunki drogowe? Nie tym razem 😉
Przede wszystkim najpierw podjechałyśmy jeszcze na punkt widokowy na Jezioro Szkoderskie <3 Dalsza droga zaś okazała się tak wybitnie malownicza, że niejednokrotnie zatrzymywałyśmy się na podziwianie widoków i robienie fotek 😉






Spędziłyśmy w Budvie dłuższą chwilę, spacerując urokliwymi uliczkami i podążając śladami kotów. Zwiedziłyśmy stare miasto, zjadłyśmy pizzę i przeszłyśmy się na plażę, by zobaczyć słynną rzeźbę Baletnicy. Przechadzka była przyjemną odmianą po siedzeniu w samolocie, za kierownicą czy na łódce. Oczywiście, rejs był cudowny, ale jednak jestem osobą, dla której to było już za dużo siedzenia 😀




















Kolejnym, ostatnim już, punktem tego dnia miał być Kotor. A konkretnie nocleg w mieścinie Prčanj w gminie Kotor. I tutaj już zaczęły się ciekawostki ruchu drogowego. Ostatnia godzinka za kółkiem szła gładko, póki nie pojawiłyśmy się w pobliżu docelowej miejscowości. Jazda wzdłuż „naszej” odnogi Zatoki Kotorskiej to bardzo wąska uliczka, pełna zakrętów, z budynkami i spadkiem wprost do wody po obu jej stronach. Realnie, jadąc, często nie wiedziałam, czy zza zakrętu coś wyjedzie, bo zasłaniał mi budynek, a na ulicy w większości miejsc nie było dość przestrzeni na wyminięcie się dwóch pojazdów. Jechałam więc naprawdę powolutku. A lokalsi? Totalnie nie 😀 Normalnie sobie pędzili po uliczkach i niejednokrotnie zatrzymywaliśmy się maska w maskę. Oczywiście nie było luster, żeby wyjrzeć zza rogu. Fakt, nie doszło do stłuczki, ale tego pierwszego dnia zupełnie nie rozumiałam, jak można jeździć z taką prędkością w takich warunkach. Po każdym takim zatrzymaniu ktoś musiał się wycofać. Mijanie odbywało się na milimetry, a od spadku do wody czasem nie oddzielały mnie nawet żadne barierki. Także stresik się odpalił 😀
Dojechawszy pod kwaterę, miałam zalecenie zaparkowania „przy ulicy”. Ze względu na ilość miejsca, oznaczało to wjechanie w krzaki przy samym murku, a i tak ciężko mi było uwierzyć, że nikt nie obetrze nam pojazdu, który tam zostawię. Otuchy dodawał fakt, że nie był to jedyny zaparkowany w ten sposób samochód. Niemniej wysiadłam ledwo uchylonymi drzwiami, prosto w chaszcze, i tak stresując się, czy auto za bardzo nie wystaje w światło uliczki. Było miejsce obok nas na jeden normalny samochód, żeby sobie przejechał. Ale jakiś większy bądź mniej ostrożny? No trudno! Takie życie, takie warunki, miałyśmy ubezpieczenie 😀
Poza zakupami nic już tego dnia nie wyczyniałyśmy. Zmęczenie dało się we znaki, więc czytanie książki na balkonie i sen wydawały się być idealnym pomysłem. W końcu przed nami był kolejny dzień pełen wrażeń 😉






Day 2
| czyli Horizont Cafe Viewpoint, Lovćen, Mauzoleum Njegoša, Błękitna Jaskinia, Matka Boska na Skałach i Kotor
Pierwszy punkt planu dnia? Kawiarnia Horyzont, w drodze do Parku Narodowego Lovćen. Czy coś wyjątkowego po drodze? Widoki <3 Ale nie tylko! Trasa. OMG. Ruszałyśmy po 9 rano, ruch uliczny nie był duży, więc w zasadzie nie doświadczyłam jeszcze nerwów i stresu za kółkiem, ale na pewno byłam zaskoczona. Widziałam w życiu serpentyny, ale żeby droga zawijała kilkukrotnie realnie o 180 stopni? Nawet teraz, jak spoglądam na trasę na mapie, to fascynuje mnie ta drabinka 😀 Zastanawiałam się wtedy, czemu dość wąska ulica (ale też nie taka wąska, jak w miasteczku naszego noclegu), a jednak zakręty dwa razy szersze. Przyszłość przyniosła zrozumienie, ale o tym później 😉





Kawiarnia Horyzont? Bomba! Kawka i śniadanko super, ale taras z widokiem na całą zatokę – sztos! Naprawdę polecam 🙂 Miło spędzony czas, z wybitną panoramą <3







Imponujące, prawda? Naprawdę fantastyczne miejsce 🙂
Dalsza droga prowadziła nas w kierunku Mauzoleum Njegoša w Parku Narodowym Lovćen na szczycie Jezerskim. Dojechałyśmy, zostawiłyśmy autko przy drodze, i ruszyłyśmy dalej pieszo. Upał straszliwy, ale warto! Do mauzoleum prowadzi prawie 500 schodów, częściowo pod gołym niebem, częściowo wewnątrz tunelu.

















Po wizycie w Mauzoleum Njegoša chciałyśmy wrócić na kwaterkę i spędzić nieco czasu w wodzie nieopodal. Niestety powrót nie okazał się już tak łatwy, jak dojazd 😀
Pierwsze zaskoczenie było bardzo pozytywne! Otóż zostawiłam samochód zaparkowany pod górkę. I za mną, i przede mną, stały inne auta, więc spodziewałam się konieczności ruszania z ręcznego, żeby się na nikogo nie stoczyć. A tu się okazuje, że jest jeszcze jeden bajer w pojazdach nowszych od mojego seico, czyli to, że na jedynce on się nie potoczy w tył 😀 Dla mnie to był szok, ale jaki pozytywny! Tak łatwo było ruszyć!
Podczas drogi w dół dowiedziałam się, po co aż tak szerokie zakręty. Otóż okazuje się, że jakoś po 12 na górę ruszają całe serie autokarów. Nie wiem, czy takich pór jest więcej, ale my wracałyśmy mniej więcej kwadrans po południu i było ich MNÓSTWO. A jedyne miejsce, gdzie dało się z nimi wyminąć, to właśnie zakręty. Na prostej dałoby radę wyminąć się z osobówką, ale z busami już nie. Realnie na każdym zakręcie wzdłuż krawędzi ustawiały się całe rzesze aut osobowych, żeby przepuścić jeden lub kilka autokarów. I tak całą drogę. Przepuszczanie zaś wcale nie było proste przy tej liczbie pojazdów. Trzeba się było przytulać do krawędzi tak blisko, że już tego dnia pojawiła się nowa ryska na naszej karoserii. I tak jestem z siebie dumna! Przy tych manewrach centymetrowe zadrapanie to nic, naprawdę. Przytulałam się do skał, przytulałam się do barierek, wciskałam się w miejsca, gdzie nawet w seico miałabym problem, a jednak clio nieco większe. Cieszyłam się, że nie zdecydowałam się na wypożyczenie jeszcze postawniejszego samochodu 😀
Droga w dół trwała w nieskończoność, przynajmniej w mojej głowie. Na każdym zakręcie zator. Jestem mega dumna z mojej siostry, że nie panikowała, a nawet wspierała mnie dodatkową informacją, ile dokładnie jeszcze mam miejsca od strony pasażera. To sprawdzanie wolnej przestrzeni po prawej weszło jej, z resztą, w nawyk 😀 Musicie wiedzieć, że to było dla niej duże wyzwanie, bo z natury jest osobą, która się raczej stresuje, więc naprawdę jestem jej wybitnie wdzięczna, że zachowała zimną krew, potrzebowałam tego, jako kierowca. Nawet, kiedy byłam na centymetr od barierek i faktycznie nieco za mocno wykręciłam, żeby się stamtąd wycofać, co spowodowało wspomniane zadrapanie, nie usłyszałam krzyku. Wszystko było dobrze, bo obie zachowałyśmy spokój 🙂 Niemniej może być to dla Was przestroga, żeby jednakowoż sprawdzić, w jakich godzinach zbierają się tam wycieczki. Najlepiej zaś pewnie pojechać z samego rana, żeby być z powrotem na dole przed 12, to brzmi dość pewnie 🙂 Dodam, że była to niedziela, bo być może w inne dni tygodnia ruch wygląda inaczej.
Po tych drogowych przygodach ruch w naszym miasteczku nie był mi już straszny i zaczęłam jeździć, jak miejscowi 😀 Również sunęłam po uliczce z normalną miejską prędkością, bo warunki były jednak nieporównywalne do tych w górach 😀
Jak już wspomniałam, kolejnym punktem programu było pływanie w Zatoce <3 Na ten dzień odstawiłam już na stałe samochód. Miałyśmy też jeszcze chwilę do kolejnych atrakcji dnia, więc nic nie stało na przeszkodzie, żeby się chwilę popluskać 🙂










Co dalej w planie? Rejs wycieczkowy z Kotoru. Nie wracałyśmy już do pokoju, tylko narzuciłyśmy coś na mokre kostiumy i poszłyśmy na miejsce, gdzie miał zatrzymywać się autobus. W pobliskiej kawiarni powiedziano nam, że dobrze trafiłyśmy. Kupiłyśmy sobie zimne napoje i czekałyśmy, niemniej busik jakoś się nie pojawiał. Ostatecznie panowie z obsługi się nami przejęli, wykonali kilka telefonów i jakiś ich znajomy, który właśnie jechał do Kotoru, po prostu zabrał nas po drodze 😀 Taka to uprzejmość ludzka, po prostu nam pomogli, bezinteresownie, bez opłat, tak ot <3
Niedługo później byłyśmy już w centrum Kotoru 🙂 Miałyśmy jakieś półtorej godzinki do rejsu, więc odbyłyśmy mały spacer, z zakupem pamiątek, obiadkiem i zwiedzaniem.









Niedługo później dotarłyśmy na punkt zbiórki naszego rejsu i wsiadałyśmy na motorówkę. Morska bryza, śliczne widoki i kilka punktów programu 🙂 Zanim wylądujemy na pierwszym z nich – kilka pocztówek z pierwszych minut rejsu.








Nadszedł czas na pierwszy postój podczas rejsu – Wyspa Matki Bożej na Skale (Gospa od Škrpjela / Our Lady of the Rocks) w okolicy Perastu. Jest to sztucznie zbudowana wysepka, stworzona w celu postawienia na niej świątyni, związanej z legendą obrazu Matki Boskiej, który się w niej znajduje. Miejsce tak malutkie, jak urokliwe 🙂

















Następny, acz krótki, przystanek to podwodny tunel z czasów Zimnej Wojny. Wydrążony w skale Zatoki Kotorskiej, wybetonowany od środka i zamaskowany głazami oraz roślinnością od zewnątrz. Wpłynęliśmy na chwilę do jego trzewi, co było naprawdę ciekawym doświadczeniem.







Podczas dalszego rejsu przepływaliśmy w pobliżu Wyspy Mamula. Ten obiekt ma dość ciekawą historię. Początkowo wybudowana na niej twierdza stanowiła fort wojskowy, który podczas Drugiej Wojny Światowej wykorzystywany był jako obóz więzienny, w którym ginęli przeciwnicy reżimu. W późniejszym okresie wyspa stała się planem kilku filmów oraz przekształcona została w ośrodek wypoczynkowy. Według pana przewodnika nad wyspą wisi jednak jakaś klątwa, mówiąca o tym, że wyspa walczy z wykorzystaniem jej w celach rozrywkowych ze względu na swoją tragiczną historię. Duchy zmarłych burzą się na rzesze luksusowych turystów. Czy klątwa jest straszna? Raczej zabawna, gdyż chodzi o odchody ptaków. Wyspa lokalnie nazywana jest nawet Lastavica, czyli Jaskółcza, chociaż problemem są raczej ptaki morskie, które, według przewodnika, znacząco utrudniają wytwornym gościom ekscytację wizją przebywania na wyspie. Czy tak jest naprawdę? Nie mam pojęcia.





Ostatni cel rejsu? Błękitna Jaskinia. Co prawda kolor byłby raczej bardziej spektakularny w ciągu dnia, a my wylądowaliśmy tam koło 19:30, ale mimo wszystko miejsce wyglądało naprawdę ładnie 🙂 The Blue Cave (Plava Špilja) było również tym punktem wycieczki, gdzie można było popływać. Zrobiło się niestety nieco zbyt ciemno na obserwacje, ale przyjemnie było wpłynąć kawałek wgłąb jaskini. Nawet moja siostra skusiła się na krótką kąpiel 🙂





Z Błękitnej Jaskini ruszyliśmy z powrotem do Kotoru. Spędziłyśmy z Joasią jeszcze parę chwil na Starym Mieście (chociaż wcześniej zajęło mi niekrótką chwilę wyczesywanie soli z włosów), po czym wróciłyśmy taksówką na nocleg, gdyż tę noc spędzałyśmy w tym samym miejscu, co poprzednią. I tak dobiegł końca nasz drugi dzień w Czarnogórze 🙂





Day 3
| czyli Tivat, Fortyfikacje Kotoru, Perast, Ostrog Monastery i Žabljak
Z rańca spakowałyśmy nasze bambetle i ruszyłyśmy do Tivatu. Usiadłyśmy w ogródku kawiarni w porcie, by napić się mrożonej kawki, po czym odbyłyśmy krótki spacer po miasteczku. Nie byłyśmy w najwyższym punkcie sezonu, być może dlatego nie przeszkadzały nam tłumy turystów. Ponoć również temperaturowo trafiłyśmy dobrze, bo miesiąc później lokalsi spodziewali się przeraźliwych upałów. Dla mnie jednak, oczywiście, i tak było znacznie za gorąco 😀














Przed drogą do Perastu zdecydowałyśmy się z siostrą na jeszcze jeden przystanek w Kotorze. Chciałyśmy wybrać się na fortyfikacje, co zdawało się być przyjemnym pomysłem na spacer. I tutaj ciekawostka. Obie z siostrą jesteśmy górskie dziewczyny, uwielbiamy szlaki i wędrówki. Na wyjazd do Czarnogóry również przewidziane w planie były górki, więc obie miałyśmy ze sobą buty trekkingowe i odpowiednią odzież sportową. Tylko że nie przypuszczałyśmy, że akurat tutaj będą potrzebne. Ba, ja przegięłam mocno w drugą stronę, wybierając się… w japonkach 😀 Gdybyśmy poszły od strony oficjalnego wejścia, gdzie można kupić bilety i wdrapać się po schodach, nie byłoby źle. Prawdopodobnie też wtedy nie zrobiłybyśmy pętli, którą wymyśliłam, bo znalazłybyśmy się w punkcie, gdzie byśmy zrozumiały, że ten szlak nie do końca jest szlakiem dostępnym. Niemniej zaczęłyśmy od drugiej strony. I wszystko potoczyło się inaczej 😀
Pierwszy etap wędrówki od parkingu odbywał się po otwartej przestrzeni, na kamienno-polnej ścieżce. Wtedy już zrozumiałam, że sam daszek na głowę nie był odpowiednim przygotowaniem, bo słońce paliło moją głowę niemiłosiernie i przeczuwałam już udar słoneczny. Miałam z tą dolegliwością jednak już niejedno doświadczenie w życiu i wiedziałam, że sobie poradzę. Obuwie, oczywiście, też nie ułatwiało wędrówki, bo cieniutkie klapki dodawały doznań w postaci odczuwania każdego kamyczka na trasie 😀
W pewnym momencie na naszej drodze pojawiło się rozwidlenie i z jednej ze stron, nie wydającej się odpowiednim azymutem, doszło nas nawoływanie kóz. Przyznam, że ich liczba nawet z deczka mnie wystraszyła, jednak przemknęłam między nimi, by zobaczyć strzeżoną przez nie kaplicę. Kozy zadomowiły się również w środku 😀 Siostra poczekała na mnie przy rozwidleniu podczas mojej koziej przygody 😉 Kierowałam się do tej pory szlakiem widocznym na Mapy.cz, które kaplicę wskazywały jako Sveti Đorđe, chociaż w źródłach aktualnie czytam, iż jest to kościół św. Jerzego w Špiljari (Sveti Juraj Church Špiljari). W każdym razie miejsce urokliwe <3










No dobra, co działo się dalej? Otóż szlak nieco jakby… zniknął 😀 Jeszcze kawałek podążałyśmy ścieżką, aż natrafiłyśmy na skalną ścianę, obrośniętą chaszczami, która nie zdradzała, coby prowadziła nią jakakolwiek sensowna trasa. Obie z siostrą jesteśmy jednakowoż wytrzymałe i uparte, a góry nie są nam obce, więc nie chciałyśmy się poddać. Inna sprawa, że nie chciałyśmy też, aby ta wspinaczka w upale, po patelni, w pełnym słońcu, poszła na marne. Ani nie chciałyśmy wracać tą samą drogą 😀 No i fortyfikacje były tak blisko! Więc rozpoczęłyśmy wspinaczkę. Ja osobiście – bez butów 😀 Japonki tylko mi przeszkadzały w skrabaniu się po skałach…
W końcu dotarłyśmy, w pocie czoła, do otworu okiennego, które było naszą furtką na fortyfikacje. Tylko że furtką dla osób znacznie wyższych od nas 😀 Udało nam się zaczepić dziewczynę, która była na górze, by otrzymać informację, że ona też tędy weszła, ale tylko dlatego, że podsadził ją ojciec. My nie miałyśmy tyle szczęścia, bo obie jesteśmy niewysokie. Mocno niewysokie. Tym razem jednak odwrót nie był opcją. Nie teraz, nie po tej wspinaczce. Nie w dół po takich skałach. Podsadziłam siostrę i wdrapałam się jakoś za nią. To był szalony wysiłek, absurdalny pomysł, niemożliwa wspinaczka. Ale byłyśmy w końcu u celu!
I było pięknie 🙂 Fantastyczne widoki! Tylko niestety nieunikniony udar cieplny nas dopadł. Musiałam działać szybko, bo z moją siostrą nie było najlepiej…





Po chwili w cieniu drzew i łapaniu oddechu z widokiem na Zatokę Kotorską, wspięłyśmy się kawałeczek po schodach do pierwszych zabudowań, gdzie można było schować się w dużo bardziej satysfakcjonującym cieniu, zapewniającym nieco chłodu. Tu postanowiłam zacząć działać. Zostawiłam Joasię w murach i pobiegłam w górę w poszukiwaniu czegoś do picia, gdyż nasze zasoby się wyczerpały. Szczęśliwie dla nas, okazało się, że na górze siedziała pani z turystyczną lodówką i sprzedawała różnorakie napoje. Jackpot!
Wiedząc co nieco o udarach słonecznych, oprócz wody, zakupiłam u pani również colę. Moja siostra potrzebowała cukru. Zbiegłam do niej szybciutko, dałam jej się napoić i obie zwilżyłyśmy karki oraz twarze wodą, przykładając też chłodne butelki do rozgrzanej skóry. Byłyśmy uratowane 🙂
Przestrzegam, moi drodzy, przed taką nieodpowiedzialnością, jak moja, tego dnia. Szykowałam się na krótki, miły spacerek, nie znając realiów. Wiedziałam, że słońce praży, nie znałam trasy. Nie podeszłam do sprawy z odpowiednią ostrożnością. Złe obuwie, brak należytego nakrycia głowy, zbyt mało płynów. Mea culpa, przyznaję się. Byłyśmy blisko miasta, w cywilizowanym miejscu, to mnie nieco tłumaczy, ok, ale powinnam była zrobić stosowny research bądź zabezpieczyć się na każdą ewentualność.
W każdym razie wszystko dobrze się skończyło, bez tragedii 🙂 Zwiedziłam mury dookoła, podczas odpoczynku mojej ukochanej siostrzyczki, wróciłam do niej i, po upewnieniu się, że jest gotowa do dalszej drogi, ruszyłyśmy w dół prawilną drogą. Nie to, że zmieniłyśmy plan z powodu wcześniejszych doświadczeń. To było całe clue – nie lubię iść w obie strony tą samą drogą, wolę pętelki, chyba już to o mnie wiecie 🙂
W dół schodziłyśmy już po schodach, bez przygód, na spokojnie. Po drodze mogłyśmy podziwiać Zatokę Kotorską, a także przejść koło Kościoła Matki Boskiej Uzdrowienia Chorych (Church of Our Lady of Remedy / Crkva Gospe od Zdravlja). Na samym dole napotkałyśmy bramki, gdyż, jak wspomniałam, wejście na fortyfikacje i Twierdzę św. Jana jest biletowane. Na szczęście moje obawy przed problemami nie znalazły pokrycia, gdyż mogłyśmy kupić bilety przy wyjściu.

















Po zejściu do miasta, spędziłyśmy jeszcze parę chwil w Kotorze, nim ruszyłyśmy w dalszą drogę. Potrzebowałyśmy nieco odsapnąć w cieniu Starego Miasta 😀



W końcu ruszyłyśmy ku kolejnemu celowi tego dnia, czyli do Perastu. Pół godzinki w aucie i prawie byłyśmy na miejscu. Perast, jednak, jest miasteczkiem, do którego nie można wjechać samochodem. Od parkingu do centrum miasteczka można pójść pieszo, ok. 1km, albo skorzystać z małych, elektrycznych pojazdów, przewożących pasażerów (za opłatą, oczywiście). My zdecydowałyśmy się na spacerek, bo pierwszym celem w Peraście dla nas była jakaś knajpka, żeby usiąść, zjeść i napić się czegoś chłodnego. Czas najwyższy 😉











Po spacerku w tym ślicznym, historycznym miasteczku, wróciłyśmy do samochodu, korzystając z opcji podwózki mini taksówką. Miałyśmy już dość obolałe stopy na ten dzień 😀
Nocleg tego dnia był zaplanowany w miejscowości Žabljak, ale wcześniej miałyśmy jeszcze jeden punkt planu, którego żadna z nas nie chciała odpuścić. Ostrog Monastery. Klasztor wykuty częściowo w skałach. Wyjątkowe miejsce. Droga z Perastu to ponad 100km, miałyśmy jakieś 2h jazdy. W klimatyzowanym samochodziku <3
Czy po drodze było ślicznie? Oj tak 🙂 Czy zdążyłyśmy (klasztor czynny jest dla odwiedzających do 20)? Tak, z godzinnym zapasem 🙂 Czy były przygody? Niewiele. Na górskiej drodze, pod koniec trasy, stała się jednak zaskakująca rzecz. Generalnie nie było zbyt wielu pojazdów na drodze, gdy już jechałyśmy pod górę. Trasa była więc spokojna. W pewnym momencie, z zaskoczeniem, gdyż ta droga była w świetnym stanie, zobaczyłam na ulicy przed nami dziwną, obłą wypukłość. Akurat, gdy z naprzeciwka jechał samochód. Najpierw pomyślałam, że to wybój. Później jednak zorientowałam się, że to się rusza 😀 Kiedy zrozumiałam, że na drodze jest żółw, musiałam dość szybko zareagować. Wykrzyknęłam „to żółw!” i wyminęłam go, gwałtownie przyspieszając, by uniknąć zderzenia z drugim autem. Chwilę później moja siostra powiedziała mi, że bała się powiedzieć mi, że to żółw, mimo, że zorientowała się chwilę wcześniej, bo, znając moje podejście do zwierząt, obawiała się, że będę wolała ocalić żółwia, niż zadbać o nasze zdrowie i życie 😀 Prawda jest taka, że najechanie na takiego żółwia mogłoby skończyć się dla nas równie fatalnie, a może nawet gorzej, niż dla niego. Niemniej rozbawiło mnie to przemyślenie Joasi 😀
Nikomu nic się nie stało, my całe, auto całe, drugi samochód cały, żółw cały. Pełen sukces! Niemniej żółwia to się nie spodziewałam na drodze!
Dojechawszy do parkingu, musiałyśmy kawałek podejść do samego klasztoru. Stosownie ubrane, w czarującej atmosferze wieczoru, dotarłyśmy do Ostrog Monastery. Na miejscu napotkałyśmy grupę pielgrzymów bądź ubogich, którzy mieli rozłożone śpiwory przed świątynią. My zaś ruszyłyśmy zwiedzać nasz ostatni turystyczny punkt dnia 🙂

















Ostrog Monastery to naprawdę piękne, imponujące miejsce. Klasztor łączy się z naturalną skałą, wszystko jest spójne kolorystycznie, daje poczucie harmonii, spokoju i natchnienia. Podczas zwiedzania możemy podziwiać stare mozaiki, malunki, sakralne obiekty czy relikwie, ale tak naprawdę największe wrażenie robi sama architektura tego miejsca. I, zupełnie szczerze, daje ono wyjątkowe uczucie wytchnienia. Polecam każdemu!
Z klasztoru ruszyłyśmy w stronę kwatery, tę noc miałyśmy spędzić w mieście Žabljak, dalsze plany wyjazdowe bowiem skupiały się na górach <3 Dystans, który został nam do pokonania to ok. 100km, było po 19, zaczynało się ściemniać. Przed nami spokojna podróż 🙂
Dwie ciekawostki z drogi przed nami! Numero uno. Moja siostra przysypiała sobie na siedzeniu pasażera. Jej poczucie misji w pomaganiu mi w trudnych warunkach drogowych było jednak tak silne, że, gdy tylko przebudziła się na momencik, jej pierwszymi słowami było „masz dużo miejsca z prawej” 😀 Prawdą jest, że górskie drogi, tzw. serpentyny, były na tyle puste o tej porze, że nie jechałam blisko krawędzi drogi, więc faktycznie miałam dużo miejsca z prawej, ale nie było mi ono aktualnie potrzebne 😀 Niemniej moja kochana Joasia miała już zaprogramowany automat sprawdzania tej przestrzeni 😉 Numero duo odnosi się do tego, jak wspaniale działała nawigacja w tym kraju! Chciałyśmy po drodze jeszcze zajechać do jakiegoś sklepu po produkty spożywcze na kolejne dni. Podczas przejazdu górą wiaduktu telefon radośnie oznajmił „skręć w prawo”. Czyli prosto w barierki i lot w dół na ulicę pod nami 😀 I faktycznie, z wiaduktu widziałam sklep, do którego jechałyśmy. I faktycznie, był on po prawej stronie. Ale tam nie było drogi, która do niego prowadziła! A skok autem z wiaduktu tudzież rozbicie się na barierkach nie były moim celem tego dnia 😀



Reszta drogi w większości minęła bezproblemowo. Do czasu dotarcia do docelowego miasteczka, gdzie napotkałyśmy sporo robót drogowych, a nawigacja ponownie wywiodła nas w pole. Tym razem dosłownie w pole. Gdy jechałyśmy po błocie, kałużach i nierównościach, w którymś momencie zrozumiałam, że nie jest to właściwa droga do naszej kwatery i istnieje spora szansa, że się namęczymy i napotkamy jakieś ogrodzenie albo inną formę końca, który nie jest naszym celem. Ostatecznie więc zawróciłam na bardziej cywilizowane drogi i szukałyśmy manualnie innego dojazdu, aż w końcu urządzenie załapało i pokierowało nas właściwie. Tak oto dotarłyśmy do uroczej, niewielkiej kwatery w klimacie drewna. Na następny dzień w planie był śliczny trekking. Jedyny niepokój stanowiła pogoda. Ponieważ w nocy zaczęły się grzmoty…
Day 4
| czyli Durmitor Ring – droga P14, most Đurđevića Tara i Gusinje
Poranek przyniósł konieczność zmiany decyzji. Wciąż padało i nie zanosiło się na poprawę. Nie chciałyśmy jednak rezygnować z podziwiania Parku Narodowego Durmitor. Była możliwość, żeby zrobić to inaczej. Ale o tym za chwilę. Spokojny poranek we wspólnej kuchni pozwolił nam napotkać bardzo ciekawą osobę, a mianowicie podróżniczkę, która również, jak ja, niejednokrotnie wyjeżdża solo. Miłe rozmowy, porady i wspólne śniadanie. Uwielbiam napotykać takie postaci na swojej podróżniczej ścieżce 🙂
Kończąc dygresję, Durmitor można zwiedzać na czterech kółkach. Taki pomysł więc postanowiłyśmy wcielić w życie. Ruszyłyśmy drogą P14, czyli malowniczą trasą widokową, pozwalającą na podziwianie spektakularnych widoków górskich dookoła w cywilizowanych (a przede wszystkim suchych) warunkach. Od Žabljaka, na drugą stronę Durmitoru, w okolice Jeziora Pivsko, było ok. 50km krajobrazowej drogi samochodem. Podjęłyśmy więc naszą wyprawę 🙂 Przygotujcie się na mnóstwo świetnych fotek!























Jak widzicie, deszczowa atmosfera nadała imponującym górom dookoła nas jeszcze bardziej majestatyczny wygląd. Droga była świetnie utrzymana i praktycznie pusta, a krajobrazy dookoła robiły nieprawdopodobne wrażenie. Płynące po szczytach i dolinach chmury, deszczowa mgiełka w powietrzu… No, czasem nie mgiełka, tylko realny deszcz, momenty były różne. Czasem zakładałam płaszcz przeciwdeszczowy, czasem nie, Joasia raczej pozostawała w nim za każdym razem, gdy opuszczałyśmy samochód. I ja to rozumiem, bo pogoda była naprawdę nieciekawa pod kątem przebywania pod gołym niebem. Pod kątem widoków – doskonała <3
Na pewnym etapie naszej podróży zauważyłyśmy małą, drewnianą, zadaszoną platformę widokową. Była co prawda na terenie prywatnym, w większości ogrodzonym, ale nie było nikogo w pobliżu, płot był wybrakowany, a my nie robiłyśmy nikomu krzywdy, więc zdecydowałyśmy się na szybki wypad widokowy 😉














Po opuszczeniu drewnianej altanki, ruszyłyśmy w dalszą drogę. Czekały nas kolejne epickie widoki. W końcu zbliżyłyśmy się również do Jeziora Pivsko, które okazało się absolutnie czarujące (pozwoliłam sobie nawet na serię fotek podczas skoków na jego tle 😀 ). Przed dojazdem do punktu zawrotki, czyli miejscowości Plužine, miałyśmy też okazję przejechać kolejnymi tunelami wykutymi w skale. Jakie to jest majestatyczne i piękne! Czego się zdecydowanie nie spodziewałam, to zakrętów podczas takiego przejazdu oraz podjazdów i zjazdów. Jak mikro serpentyny wykute w skale! Co za sztos!
Wyjechałyśmy z krajobrazowej drogi, przejechałyśmy mostem nad wiaduktem i usiadłyśmy w karczmie, by posilić się przed trasą powrotną. Było koło 14 i zdecydowanie miałyśmy już ochotę na obiadek 😉 Wiadomo, że z opcjami wege w okolicach górskich łatwo nie jest, ale zapiekane ziemniaczki z wiejskim serkiem zabrzmiały wspaniale dla wygłodniałej Ewy 😀 Niebawem ruszyłyśmy w drogę powrotną. Zróżnicowanie jej nie było w większości możliwe, chyba tylko jeden odcinek udało nam się pokonać innymi śladami niż nasze poprzednie, ale realnie nie było to problemem, bo widoki wciąż zachwycały, a podczas jazdy miałyśmy przed sobą przeciwną stronę, więc jednak co nieco się różniło 🙂













Ostatnie z powyższych zdjęć pokazują kolejne przygody drogowe Czarnogóry 😀 Przede wszystkim napotkałyśmy kilka krów, dokładnie na naszej drodze. Podjechałam do nich powolutku, ale zupełnie nie zwróciły uwagi na samochód. Próbowałam cofać i podjeżdżać – i nic. Trąbienie? Również – nic. Z przeciwnej strony podjechało auto. To samo – nic. Ponadto! Byczki chyba zaczęły ścierać się o samice. Albo trykać z jakiegoś innego powodu, nie znam się na krowach 😀 Szczerze powiedziawszy? Musiałyśmy to po prostu przeczekać. Pojazdy nie robiły na nich wrażenia. Musiały załatwić swoje sprawy i dopiero wtedy dały nam przejechać 😀
Co do koników – okazały się być dużo bardziej kulturalne i skłonne do współpracy, więc spokojnie, powolutku, przejechałyśmy obok. Niemniej – nie jestem przyzwyczajona do tylu zwierząt na drogach 😀
Następny punkt planu? Most Đurđevića Tara. Epicki most nad rzeką Tara. Oprócz przystanku na podziwianie, chciałyśmy też skorzystać z opcji przygodowej, czyli z tyrolki 😀 Pogoda nie sprzyjała, ale jak często znajdujemy się w tak epickiej destynacji? 😉 Zastrzyk adrenaliny, zabawa, pamiętne doświadczenie. Tylko że… Z powodu deszczu tyrolki (tłumaczone na zip line) okazały się trudno dostępne. Udało nam się zdecydować na konkretny lot nad rzeką, w gotowości, żeby zapłacić za profesjonalne zdjęcia ekipy, odbierającej nas po drugiej stronie mostu. W końcu doświadczenie, jak wspomniałam, pamiętne!
Kiedy dotarłyśmy w uprzężach na drugi brzeg rzeki, okazało się jednak, że ekipa fotografów, z braku klientów, odjechała już jakiś czas temu, tylko załoga na starcie o tym nie wiedziała 😀 Więc fotek nie ma! Ale było naprawdę super 😉





Zostałyśmy odwiezione mostem na drugą stronę, by rozpocząć bez zakłóceń kolejny etap naszej wycieczki. Tego dnia w planach było już tylko dostać się do… Gór Przeklętych, które zawdzięczają swoją nazwę ekstremalnie trudnemu, niedostępnemu terenowi oraz licznym legendom (przynajmniej według Google). Trekking w górach zwanych Prokletije był bowiem celem kolejnego, ostatniego dnia w Czarnogórze, a nocleg miałyśmy zarezerwowany w miejscowości Gusinje.
Tutaj z kolejną niespodzianką przychodzi nawigacja 😀 Poprowadziła nas zachodnim brzegiem rzeki, wzdłuż jej nurtu. Było pięknie, zjawiskowo, malowniczo. Tylko nie było żadnych innych pojazdów… Niemniej dzielnie podążałyśmy za wytycznymi, zatrzymując się ewentualnie na fotografowanie okolic, do czasu, gdy natrafiłyśmy na… Zamknięcie drogi. Koniec. Ślepy zaułek, koniec gry (ktoś kojarzy Hugo?) 😀 Chyba już wiem, czemu nie było żadnych innych aut na tej uliczce 😀
Ostatecznie musiałyśmy cofnąć się tą samą drogą, przejechać na drugą stronę mostu i wymusić na nawigacji pokierowanie nas inną trasą. Cóż zrobić?









Czy były jeszcze inne przygody na drodze? Ano. Jakżeby inaczej? 😀
Było już tak blisko! Tak blisko! Kiedy pojawiły się roboty drogowe. Czy to brzmi strasznie? No przecież absolutnie nie! Zerwany asfalt zmusił nas do bardzo powolnej jazdy. Niebawem był już dobry kawałek drogi, ale nie widziałam znaku o zakończeniu robót, więc wciąż jechałam wolno. Po kilku takich naprzemiennych dziurach trafiło się parę kilometrów dobrej drogi. Wszyscy mnie wyprzedzali, nadal nie wdziałam informacji o końcu remontu, ale wyglądało, że lokalsi wiedzą. Więc przyspieszyłam. Było ciemno. W tej właśnie atmosferze nastąpiło moje drugie uszkodzenie wypożyczonego autka, gdy nagle wpadłam w dziurę po zerwanym asfalcie, uderzając progiem o nawierzchnię. No i skończyło się rumakowanie 😀
Wgniecenie, oczywiście, nie wpłynęło na dalszą jazdę i było raczej niewielkie, ale jednakowoż zestresowałam się sytuacją. Nie samym uszkodzeniem, a tym, że w każdej chwili może mi się zmienić stan nawierzchni, warunki na drodze. Ostatecznie roboty drogowe obejmowały powyżej kilkunastu kilometrów. To jest jakiś absurd. W warunkach totalnej ciemności dookoła, nigdy nie wiedziałam, kiedy spodziewać się dziury, kiedy asfaltu, a kiedy innych niespodzianek. Siedziałam przyklejona do przedniej szyby, wpatrzona w drogę do bólu oczu, reagując na najmniejszą zmianę. Wykańczające doświadczenie. Niemniej udało nam się dotrzeć w końcu do celu tegoż dnia. Jupi!
W hotelu przywitano nas sympatycznie, wskazano bardzo przyjemny pokój z łazienką, a gdy zeszłam boso do baru, żeby pożyczyć kieliszki na likier, który żeśmy kupiły w okolicy Ostrog Monastery, uprzejmy pan z obsługi, jakkolwiek zaskoczony obecnością kogokolwiek o tej porze, uraczył mnie również dwoma shotami lokalnej cytrynówki, które zabrałam na górę do pokoju, by ostatecznie skonsumować osobiście, gdyż moja siostra preferuje słodsze trunki 🙂
Nie miałyśmy siły plotkować zbyt długo tego wieczoru, na kwaterę dotarłyśmy chwilę przed 23, więc szybciutko wyszykowałyśmy się do spanka, w gotowości na ostatni dzień naszej podróży <3
Day 5
| czyli Prokletije (Góry Przeklęte) i powrót do Polski
Błyskawiczne szykowanie o poranku, pakowanie bambetli, do autka i w drogę na początek naszego szlaku, na parking przy górskiej chatce Branko Kotlajić i restauracji Škala Grebaje. Zapowiadała się naprawdę przyjemna wędrówka 🙂 Jednak zanim w ogóle wyjechałyśmy z miasteczka naszego noclegu, spotkałyśmy jeszcze dwie niecodzienne sytuacje drogowe. Najpierw czekałam za jakimś samochodem przed skrzyżowaniem, ale trwało to dziwnie długo, jak na pustą drogę. I okazało się, że on jest tam po prostu zaparkowany 😀 Zajmując cały prawy pas, tuż przed skrzyżowaniem! Pozdrawiam kierowcę 😀 Druga sytuacja była już może nieco mniej dziwaczna, ponieważ na środku kolejnego skrzyżowania leżał pies. Początkowo wystraszyłam się, że jest martwy, ale okazał się po prostu wygrzewać w słoneczku 🙂 Niemniej po wszystkim, co nas spotykało na tej wyprawie, mogłam się spodziewać różnych rzeczy na drodze, więc nawet pies już mnie zaskakiwał 😀
Przedarłyśmy się przez wysokie trawy, powędrowałyśmy leśną ścieżka i wyszłyśmy na polanę, by skierować swoje kroki ku szczytowi Valušnica, skąd miały rozpocząć się pierwsze monumentalne górskie widoczki.


















W końcu trekking! <3 Cała trasa przewidywała ok. 9km i niecałe 1000m przewyższeń z najwyższym punktem na wysokości 2057 m n.p.m., więc naprawdę przyjemna wędrówka 🙂 Czy momentami było trochę ciężko? W zasadzie szlak był łagodny i przyjemny, ale w górach zawsze mogą się trafić momenty słabości, zmęczenia czy bólu. Niemniej wszystko szło pięknie, widoki były niesamowite, chmury i mgła odcinały się nieomal geometrycznie poprowadzoną linią po szczytach dookoła i dopisywał nam dobry nastrój 🙂











Po osiągnięciu najwyższego punktu trasy (Talijanka/Maja e Vajushës) czekało nas jeszcze tylko jedno podejście pod szczyt Popadije/Maja e Popadijes, a dalej już kierowałyśmy się w dół, kółeczkiem przez szczyt Ćafa, do lasu, z którego wcześniej wyszłyśmy.
Po drodze na Talijankę znalazłyśmy kamyczek. Nie wiem, czy kojarzycie tę akcję, ale ludzie zdobią kamyczki, piszą na nich z tyłu zazwyczaj miasto, z którego pochodzą, a czasem po prostu miłe słowa, by później zostawić je w jakimś ciekawym punkcie na świecie, do znalezienia przez inncyh i zabrania dalej w drogę. Fajna inicjatywa! Jeśli znajdziecie kiedyś na swojej drodze taki kamyczek, zabierzcie go ze sobą i znajdźcie dla niego kolejny punkt podróży życia 😉
Z ciekawostek! Pan, który robił nam wspólne zdjęcie na szczycie (powyżej) od razu spytał, czy jesteśmy siostrami 😀 Powiedział, że ciężko nie zauważyć podobieństwa. Ja się z nim zgadzam, a Wy? 😉















Jak widzicie na powyższym filmiku, zaczęłam nagrywanie trasy z pewnym opóźnieniem. Niemniej macie tu ładną wizualizację przebytej przez nas trasy:)
Ze szlaku zeszłyśmy 14:30. Zdrowo potuptane było, obie miałyśmy uśmiechy na twarzach 🙂 Nasz lot z Podgoricy startował o 20:25, a żeby dotrzeć autkiem do lotniska potrzebowałyśmy ok. 2,5h. Tylko jeszcze przed oddaniem samochodu do wypożyczalni chciałyśmy porządnie je wysprzątać i umyć. Do tego jakieś zakupy, poprawki pakowania. Czasu było dość, więc bez pośpiechu. Muszę przyznać, że duże, międzymiastowe drogi w Czarnogórze są genialne. Szerokie, wielopasmowe, żadnych uszkodzeń nawierzchni, wielkie, wielopasmowe i wielokilometrowe, zadbane tunele. Jechało się wybitnie przyjemnie, to była wspaniała odmiana po doświadczeniach drogowych poprzednich dni 😀
Wszystko poszło bezproblemowo, miałyśmy wręcz nadmiar czasu. Samochód oddany, za te dwa drobne uszkodzenia zapłaciła ubezpieczalnia, więc powrót do domu przebiegł bez zakłóceń. I tak przygoda z Czarnogórą się zakończyła. Szkoda, że tak krótko! Było wiele przygód, dużo śmiechu, zdecydowanie zbyt upalnie, ale pięknie <3





Dodaj komentarz