Maltański relaks

Kolejne podróżnicze urodziny <3 Ze względu na zdrowie, tym razem postawiłam na luz, relaks i elastyczność planów. Rok 2024 był dla mnie intensywny, bogaty w doznania oraz wyprawy. Te urodziny miały dać mi wypoczynek 🙂

To see

  • Malta : Valletta
Fontanna Trytona w Valletcie
Budynek Parlamentu Malty
Upper Barrakka Gardens
Lower Barrakka Gardens
Kościół św. Łucji
St Elmo Bridge
Fort St Elmo
Prokatedra św. Pawła
Konkatedra świętego Jana
Bazylika Matki Bożej z Góry Karmel
Msida Skate Park
  • Malta : inne
Malta National Aquarium
Mdina
Bazylika św. Pawła, Rabat
Katakumby św. Pawła, Rabat
Popeye Village i Popeye Cliffs
  • Gozo
Wyspa sama w sobie
Bateria Qolla l-Bajda
Xwejni Rock
Panwie solne (Salt Pans)
Sand Waves
Wied il-Mielaħ Window
Bazylika Ta’ Pinu
Dwejra Bay i Fungus Rock
Bazylika Narodzenia Najświętszej Maryi Panny, Xagħra
Stanowisko archeologiczne Ġgantija
Wiatrak Ta’ Kola, Xagħra
Ramla Bay
Mixta Cave
Opuszczony hotel Ulysses Lodge
Cittadella, Victoria
Wiatrak w Xewkii
Rotunda w Xewkii
  • Comino
Kryształowa Laguna
Błękitna Laguna
San Niklaw Bay
Elephant Rock

Tips & tricks

  • Na Malcie, oprócz maltańskiego, urzędowym językiem jest angielski, więc z każdym dogadacie się w tym języku 😉
  • Malta należy do Europy, więc ponownie przypominam o Europejskiej Karcie Ubezpieczenia Zdrowotnego (EKUZ), polecam ją sobie zamówić, szczególnie, że to darmoszka! https://pacjent.gov.pl/ekuz
  • Komunikacja publiczna na wyspach jest znacząco ułatwiona z kartami i aplikacją Tallinja: https://www.publictransport.com.mt/fares-and-tickets/
  • Jedną z zalet Malty jest bliskość Sycylii, więc, jeśli będziecie mieć więcej czasu ode mnie, możecie wybrać się w rejs w tym kierunku 🙂
  • Na Malcie chodnik, na którym zmieszczą się dwie osoby obok siebie to rzadkość, a przejście dla pieszych to totalny luksus. Wąskie uliczki Valletty zmuszają czasem nawet do odsunięcia stolików i krzeseł w „ogródkach” knajp pełnych ludzi, by mógł przejechać samochód 😀
  • Za prom na Gozo się nie płaci, ponieważ i tak trzeba wrócić na Maltę, by wydostać się z kraju, więc zapłatę należy uiścić za prom powrotny
  • Wokół Fortu Saint Elmo prowadzi mało widoczna ścieżka, dająca możliwość nie tylko przyglądania się zewnętrznym murom fortyfikacji, ale również morzu dookoła, wybrzeżom po przeciwnej stronie cypla, a także przyjrzenie się z bliska konstrukcji Mostu Saint Elmo
  • Na Malcie obowiązuje ruch lewostronny, ale na morzach i wodach śródlądowych na całym świecie mamy zasadę ruchu prawostronnego, co można zauważyć, płynąc w rejs 😉
  • Tabliczki z nazwami budynków i drobnymi płaskorzeźbami, często związanymi ze Świętą Rodziną, są oznaczeniami domostw zakorzenionymi tradycją, która łączy religijność z tożsamością mieszkańców
  • Poruszanie się po Malcie nie jest wybitnie proste, bo w miasteczkach znajduje się sporo jednokierunkowych ulic, a do tego poznanie azymutu może być niewystarczające, bo przez różnice wysokości można być dwa kroki od punktu docelowego, a nie mieć jak się tam dostać 😀

Ceny 2024

ORIENTACYJNE ceny atrakcji, noclegów, komunikacji itp. za 1 os. przy wycieczce jednoosobowej.

  • cena lotu w obie strony Warszawa > Malta > Warszawa – ok. 480 zł
  • kwatery Malta/Gozo – mniej więcej 30 euro za osobę za noc
  • karta Tallinja Explore na 7 dni (komunikacja miejska) – 25 euro
  • obiad na mieście – ok. 30 euro
  • Malta National Aquarium ~17 euro
  • wynajem roweru elektrycznego na dobę na Gozo – 30 euro
  • Gozo : Ggantija – 10 euro
  • katakumby w Rabacie – 6 euro
  • rejs na Comino z Get Your Guide – ok. 100 zł
  • prom Malta > Gozo > Malta – 7,5 euro

Whole Story

Początki, czyli jak do tego doszło

Chciałam wybrać się w miejsce, które będzie dla mnie oazą spokoju, pozwoli na spokojne spacery, a do tego nie pogrąży mojej psychiki w cierpieniu myślami, że jest tak dużo do zobaczenia, a ja mam tak mało czasu, więc musiało być niewielkie. Miałam poważne zapalenie rozcięgna podeszwowego, które męczyło mnie od dawna i nie mogłam sobie pozwolić na presję, która zmusi mnie do nadwyrężenia mojej kontuzji. Chciałam również, żeby była tam dość przyjemna pogoda, jako że był grudzień.

Poszperałam, zerknęłam na tanie loty. Padło na Maltę. I, oczywiście, Gozo. Leciałam bez konkretnego planu. Zapisałam sobie kilka rzeczy, które mogłabym zobaczyć, ale z solidnym postanowieniem, że nic nie jest obowiązkowe. Zarezerwowałam noclegi na oby wyspach i… w drogę!

Day 1
| czyli przelot i Valletta nocą

Z Warszawy miałam odlatywać 16:30, okoliczności były śliczne, na 3-godzinny lot zabrałam sobie książeczkę i tak oto rozpoczynałam swój odpoczynek.

19:20 znalazłam się na Malcie. Jedynym „must have” tego dnia było zameldowanie się, ale czułam, że będę jeszcze w nastroju na spacer po mieście. Początkowo jednak skierowałam kroki ku zarezerwowanej kwaterce.

Miasto było ozdobione w świąteczny sposób, mijane budynki już mi się podobały, a na miejscu niespodzianie spotkałam… pieski <3 Właściciel trzymał je w kojcu w sporym pomieszczeniu wspólnym. Dwa słodkie, białe terrierki 🙂 Była opcja zameldowania się samodzielnie, ale właściciel akurat był na miejscu i przywitał mnie dużą dawką serdeczności i uśmiechu, proponując swoją pomoc w razie potrzeby oraz doradzając opcje transportowe. Było przesympatycznie 🙂

Zatem na czym stanęło tego wieczoru? Było już koło 21:30, ale jednak zdecydowałam się na mały wieczorny spacer 🙂 Chciałam zobaczyć Vallettę, a poza tym byłam po prostu głodna 😀

Wsiadłam więc w autobus i tu już spotkała mnie niespodzianka. Kilkuosobowa grupa starszych osób, z pokolenia moich dziadków, również Polaków, też sobie jechałam tym autobusem. Niezmiernie rzadko spotykam w podróżach emerytów, którzy odbywają wycieczki na własną rękę w kraju, który nie jest ich ojczyzną, jeszcze rzadziej są to Polacy. Poczułam się dumna z rodaków i uśmiech zagościł na mojej twarzy 🙂

W ogóle Malta ma bardzo niską barierę wejścia pod kątem językowym, ponieważ ma ona dwa języki urzędowe: maltański (oczywiście) i angielski, więc dosyć łatwo się tam porozumieć, bo każdy mówi tym, najpopularniejszym w Polsce, językiem obcym. Inna ciekawostka? Będąc na Malcie, fajnym pomysłem jest też wybrać się promem na Sycylię, która leży nieopodal, można się tam dostać w niecałe 2 godzinki 😉 Ja nie miałam długiego urlopu, więc niestety nie skorzystałam z tej kuszącej możliwości, ale przy większym zapasie czasowym na pewno wzięłabym ją pod uwagę.

A! Przeskoczyłam jeszcze jedną rzecz. Transport na terenie Malty. Otóż już na lotnisku udało mi się kupić kartę Tallinja Explore na 7 dni (ostatnia sztuka w sklepiku na lotnisku mi się trafiła 😀 ), która to zapewniała darmowy transport busami. Są też inne opcje kart, np. na 12 jednorazowych przejazdów (ja w ciągu 7 dni skorzystałam z 21 przejazdów, tak dla wyobrażenia skali, łącznie z przejazdami z i na lotnisko), czy 4-dniowa. Wersja 7-dniowa ma też opcję tańszą dla dziecka 🙂 Do komunikacji przydaje się aplikacja Tallinja. Po więcej opcji zapraszam tutaj: https://www.publictransport.com.mt/fares-and-tickets/

Na razie tyle w zakresie wskazówek komunikacyjnych, ruszamy do centrum Valletty, czyli starego miasta wpisanego na listę UNESCO 🙂 Czas zobaczyć z bliska stolicę Malty!

Dotarłam autobusem wprost na jarmark świąteczny <3 Podziwiałam ozdoby, światełka, cały ten bożonarodzeniowy gwar, dyskretnie rozglądając się również za czymś do jedzenia, co mogłabym złapać w rękę i dalej niestrudzenie zwiedzać 😀

Idąc uliczkami starego miasta, podziwiałam piękne zabudowania i dekoracje świąteczne. Generalnie raczej nie jestem fanką tłumów, ale klimat był uroczy <3 Co do jedzonka – fast food’y to nie jest mój ulubiony sposób na pożywianie się, ale tym razem nie zależało mi na tym, co zjem, byle wziąć to w rękę i ruszyć dalej. Niestety okazało się, że popularna sieć gastronomiczna z szybkim jedzonkiem nie ma tej samej oferty wszędzie, gdzie się znajduje, więc nie zastałam wegetariańskiego wrapa, a z burgerem w ręce byłoby ciężko. Uznałam więc, że znajdę coś później, gdy będę gotowa zatrzymać się po pierwszym spacerze, wchłonąwszy trochę tego wspaniałego klimatu zabytkowych fortyfikacji. Oj, jaki błąd… Ale o tym później.

Swoje kroki skierowałam ku fortowi St Elmo, w zasadzie po to, by znaleźć się na skraju Morza Śródziemnego i spojrzeć na cichą nocną panoramę tej urokliwej wyspy. Przeciskając się ciasnymi uliczkami, pełnymi wesołych ludzi, mijałam wiele miejsc z muzyką, których goście często przesiadywali bądź stali na zewnątrz, zajmując nieomal całą szerokość tych zewnętrznych korytarzy. Udało mi się w końcu oddalić nieco od centrum i podążać dalej we względnej ciszy i samotności. Było naprawdę przyjemnie 🙂

Ruch i muzyka na uliczkach Valletty

No więc co z tym jedzonkiem, moi drodzy? Było już po 23:30, gdy ruszyłam z powrotem w stronę centrum. Miasto wciąż tętniło życiem i muzyką. Niestety już niekoniecznie popisywało się gastronomią, bo wirtuozi gotowania pozamykali kuchnie i udali się na zasłużony odpoczynek. W jednej z knajpek jednak znalazłam jeszcze w okienku pana, który właśnie rozmawiał z jakąś parą gości. Podbiegłam szybciutko i, specjalnie dla nas, kucharz zgodził się przyrządzić jeszcze ostatnie pizze tego dnia. Chwała jemu i sława! Człowiek o złotym sercu <3 Usiedliśmy więc w ogródku pubu obok, żeby panowie mogli sobie poskładać krzesełka i na spokojnie zamknąć lokal, a nam donieśli posiłek w pudełkach do konsumpcji w akompaniamencie piwka i innych nocnych marków, którzy radośnie pili i rozmawiali 🙂 Pełen sukces!

Ciekawostka? Ktoś chętny? 😉 Otóż, jak wspomniałam, uliczki starego miasta Valletty są wyjątkowo wąskie. „Ogródek” naszego pubu zajmował prawie całe przejście, zostawiając wąski przesmyk potokowi pieszych. W którymś momencie na naszej ulicy pojawił się jednak niewielki dostawczak. Jak to wtedy działa? To chyba tam nic nowego, bo klienci po prostu wstali i zaczęło się gorączkowe przestawianie stołów i siedzisk, żeby zrobić miejsce. Wszyscy zgromadziliśmy się przy ścianie i na centymetry luzu, kierowca przecisnął się koło nas, by zaraz potem wszystko wyglądało jak przedtem, gdy rozłożyliśmy swoje miejsca na nowo 😀

Klienci pubu robią na uliczce miejsce do przejazdu dostawczaka

Najedzona, napojona i wykończona – wsiadłam do autobusu i ruszyłam na kwaterkę, z pozytywnym nastawieniem na kolejny dzień. Chociaż stopy już miałam znacząco poharatane i nie wróżyło to najlepiej… Czasem zaprawdę przeklinam moją delikatną skórę!

Day 2
| czyli Valletta, ukryta ścieżka wokół fortu, Malta National Aquarium i Gozo nocą

Miał być relaks i luz, zatem z rana, zupełnie bez pośpiechu, przygotowałam sobie śniadanko i zdecydowałam się na spacer po starym mieście, tym razem dłużej i prawilnie, w świetle dnia. Na ten dzień miałam przewidziany już nocleg na Gozo, więc jedyną stałą dnia była konieczność przeprawy promem pod wieczór. Generalnie jest możliwość takiego rejsu z samej Valletty, ale mój plan zakładał wyruszenie z Ċirkewwy, skąd prom wypływa średnio co 30-45min, a sam transport zajmuje niecałe 0,5h. Co ciekawe, za taką przeprawę się nie płaci, koszty zaś ponosimy dopiero podczas powrotu na Maltę, ponieważ z Gozo i tak trzeba wrócić na główną wyspę, żeby móc wydostać się z kraju 😀

Spakowałam więc swój majdan, pożegnałam się z pieskami i ruszyłam ponownie do centrum stolicy, gdzie w pierwszej kolejności znalazłam dla siebie przechowalnię bagażu, by móc z lekkością zwiedzać to śliczne miasteczko 🙂

Dochodziła 11, gdy ruszyłam w stronę Górnych Ogrodów Barrakka (Upper Barrakka Gardens), gdzie o godzinach 12:00 oraz 16:00 odbywała się tzw. gunfire ceremony, czyli strzelanie z armat 😀 Nie miałam jednak w planach spędzać tam kolejnej godziny, więc musiałam obejść się smakiem. Widoczki z tarasu były jednakowoż bardzo miłe dla oka, tylko warunki atmosferyczne niemiłe dla włosów, bo wiało straszliwie 😀

Po ogrodach ruszyłam wolnym krokiem ponownie w kierunku północno-wschodnim, czyli w stronę „cypelka” i Fortu St Elmo, ale nie szczędziłam sobie meandrowania uliczkami w zupełnie nieplanowany sposób, gdzie mnie nogi poniosą 😉 Klimat tego miejsca bardzo przypadł mi do gustu, uwielbiam taką jednorodność kolorów i kształtów, mury barwy piasku, urokliwe balkoniki i szczyptę dekoracji świątecznych <3

Kolejnym charakterystycznym punktem, który napotkałam, były Dolne Ogrody Barrakka (Lower Barrakka Gardens), do których dotrzeć można idąc wschodnio-południowym wybrzeżem miasta (górnym jego poziomem) od Górnych Ogrodów Barrakka. Miejsce to kompletnie mnie oczarowało <3 Było zielono, kameralnie, drzewa dawały cień, a miejsce zdecydowanie okazało się być mniej uczęszczane od Górnych Ogrodów Barrakka. Przysiadłam tam sobie na chwilę relaksu, rozkoszując się prześwitującym przez liście słoneczkiem i obserwacją życia dookoła. Pojawił się nawet uroczy kotek w puszorku, na smyczy. Oaza spokoju <3

Po skorzystaniu z publicznej wygódki, ruszyłam dalej w kierunku fortu. Spacerując uliczkami, zmieniając poziomy, korzystając ze schodków i różnych przejść, znalazłam się na poziomie wody. Morskie fale zalewały brzeg, więc z radością zamoczyłam stopy w chłodnej wodzie. Dalej zaś podążyłam wybrzeżem, po skałach. Okazało się, że prowadzi tamtędy coś na kształt ukrytej ścieżki. Niekiedy szłam po prostu po kamieniach, czasem po kładkach, tuż nad wodą, a momentami nawet dosłownie „nad” falami. Nie było tam ludzi, spotkałam chyba tylko jednego człowieka na spacerze i jednego wędkarza. Tak dotarłam na drugą stronę fortyfikacji. Świetny pomysł na spokojny spacer 🙂

No, to już się ze mną przespacerowaliście dookoła fortyfikacji, mam nadzieję, że się podobało. Teraz zanurzymy się z powrotem między zabudowania, wędrując wgłąb starego miasta stolicy 🙂

Jak widzicie powyżej, faktycznie w Valletcie jest po prostu pięknie <3 Do Konkatedry Świętego Jana chciałam wejść, niemniej akurat prowadzone były prace konserwatorskie, więc niestety taka możliwość została mi odebrana. Niemniej zupełnie nie zbiło mnie to z pantałyku, bo zachwycało mnie całe miasteczko i jego atmosfera 🙂

Naładowana smacznym posiłkiem, spożytym w ogródku knajpki, odebrałam swój bagaż z przechowalni i ruszyłam w kierunku autobusu. Zegarek wskazywał po 14, więc spora część dnia jeszcze przede mną, zdecydowałam się zatem odwiedzić, po drodze na północny-zachód wyspy, Narodowe Akwarium Malty. Problemem jednak był mój plecaczek. Niby niezbyt duży, ale jednak obciążający całym majdanem wyjazdu. Zagadałam obsługę o przechowalnię, której niestety akwarium nie posiada (a przynajmniej wtedy jej nie mieli), niemniej pozwolili mi zostawić plecaczek u nich, co odebrałam z serdeczną wdzięcznością <3 I tak zanurzyłam się w morski świat…

Narodowe Akwarium Malty – Podwodna Przygoda

Poza fascynującymi okazami, Narodowe Akwarium Malty zaoferowało mi również interaktywną atrakcję, z której nagranie załączyłam Wam powyżej. Przyznam się, że wzięłam w nim udział dwa razy, tak mi się spodobało 😀 Nie dość, że za pierwszym razem w kabinie było dość tłoczno, więc chciałam ponownie przeżyć przygodę z większą swobodą przestrzenną, to jeszcze tam się tyle działo, że nie dało się wszystkiego zaobserwować za jednym razem. Doświadczenie polegało na wejściu do kabiny, która imitowała coś w rodzaju batyskafu, opuszczanego do wody. Na wszystkich ścianach wyświetlane były widoki z takiego podmorskiego doświadczenia (dodatkowo generowane były wstrząsy i dźwięki) od rozpoczęcia na powierzchni, poprzez opuszczenie i zanurzenia, wraz z sytuacjami „awaryjnymi”, gdy „potrącały” nas wielkie stworzenia. Świetna zabawa i naprawdę profesjonalnie zaprojektowania i zrealizowana przygoda!

Cała wizyta w Narodowym Akwarium Malty sprawiła, że szczerze zatęskniłam za nurkowaniem. Ta tęsknota pozostaje ze mną do dziś i mam nadzieję, że wrócę kiedyś do tego pięknego sportu <3

Wizyta w akwarium zajęła mi ok. 1,5h, z akwarium wyszłam przed 17. Czas było ruszać w kierunku Ċirkewwy, by o przyzwoitej porze znaleźć się już na Gozo. Zaczynało się powoli ściemniać, ale oczekiwanie na autobus uprzyjemniło mi obserwowanie morza… 🙂

Na prom zdążyłam idealnie czasowo, żeby w ogóle nie musieć czekać, weszłam na pokład w sam raz jako jeden z ostatnich pasażerów na tę godzinę. Rozpoczęła się kolejna część mojej podróży!

Ciekawy sposób dokowania promu pieszo-samochodowego na linii Malta – Gozo

No dobrze, to co z ciekawostek podróży promem, poza powyższym dokowaniem? Zwróciłam uwagę na to, że ze statkiem, płynącym w przeciwnym kierunku, minęliśmy się jakby ruchem prawostronnym, mimo, iż na Malcie obowiązuje ruch lewostronny. Teraz już pogłębiłam swoją wiedzę o informację, że na morzach i wodach śródlądowych na całym świecie obowiązuje zasada ruchu prawostronnego, ale przed tą obserwacją nie miałam o tym pojęcia i w ogóle nie przyszło mi do głowy, żeby się nad tym zastanawiać 😀

Na Gozo trafiłam o godzinie 18:30, zostało mi jeszcze dotarcie z miejscowości Mġarr do Xagħra, gdzie miałam zarezerwowany nocleg. Potrzebowałam też zrobić jakieś zakupy, a okazało się, że trafiłam na Dzień Republiki na Malcie, kiedy to większość sklepów jest zamknięta. Musiałam wierzyć jednak w swoje szczęście, bo przyznam, że byłam nieco głodna 😀

Dzień i pora mojego dotarcia na Gozo nie udostępniała mi możliwości skorzystania z bezpośredniego środka komunikacji, ale przesiadki nigdy nie były mi straszne. W centrum Gozo, w stolicy, Victorii (historycznie i przez niektórych mieszkańców zwanej Rabatem), załapałam się na docelowy transport. Podczas tej nocnej przejażdżki nieco martwiłam się jednak o swoje życie, bo wąskie uliczki z licznymi zakrętami kierowca pokonywał z prędkością zdecydowanie do tych warunków nieprzystosowaną. Nie wiem sama, czy bezkolizyjność kursu zawdzięczałam wieczornym pustkom czy umiejętnościom kierowcy 😀

Po zakończeniu przejazdu pozostało mi jakieś pół godzinki z buta na kwaterę. Trafiłam na mieścinkę absolutnie daleką od tętniącej cywilizacją metropolii, więc moje nadzieje na sklep malały, ale… Okazało się, że mam w pobliżu kwatery jeden, lokalny sklepik, który był jeszcze otwarty! Mimo święta! Nie da się tego nazwać inaczej niż szczęściem <3 Zaopatrzyłam się w najpotrzebniejsze produkty i już niebawem byłam na mojej uroczej kwaterce, której położenie jeszcze bardziej miałam docenić o poranku 😉

Day 3
| czyli wycieczka rowerowa po Gozo

Widok na Gozo z mojej kwatery w miejscowości Xagħra
Widok na Gozo z mojej kwatery w miejscowości Xagħra

A nie mówiłam?! To widoczki z tarasu mojej kwatery! <3

Mam nadzieję, że jesteście gotowi, bo przed nami nieprawdopodobnie śliczna podróż po wyjątkowo urokliwiej wysepce 😉 Po porannej kawie (z kawiarki!) i śniadanku na tarasie, zajęłam się szukaniem wypożyczalni rowerów, do której mogłabym dotrzeć pieszo i dorwać rowerek na dobę, bym mogła zjechać te cuda, które rano obserwowałam z oddali. W końcu ruszyłam raźno do miejscowości Marsalforn, oddalonej od mojej kwaterki o około 3km. Ale czy taki spacerek z rana mogłabym określić inaczej niż „przyjemny”? Przy takich okolicznościach przyrody? Otóż nie 🙂

Omawiany dzień był sobotą. Po wczorajszym święcie miasteczko wydawało się dość ciche, wręcz opuszczone. Może wszyscy spali?

Szczęśliwie udało mi się znaleźć jedną wypożyczalnię, która w pewnym sensie była otwarta (po pogadaniu z lokalsami i zadzwonieniu do właścicieli). Zdobyłam rower elektryczny, bo klasycznych nie było, i miał być to mój pierwszy raz z takim sprzętem 😀 Po krótkim przeszkoleniu została jeszcze jedna kwestia. Oddanie roweru. Nie chciałam zabierać go do pokoju, ponadto następnego dnia wracałam z Gozo na Maltę, więc rano musiałam się wymeldować z kwatery, a do tego niedziela nie oznaczała otwartej z rana wypożyczalni. Na szczęście właściciel był przygotowany na tę ewentualność, dostałam linkę do przypięcia roweru i zalecenie, by wieczorem (gdy, oczywiście, będzie już zamknięte) odstawić rower pod płotem naprzeciwko, zapiąć i kluczyk wrzucić do skrzynki. Proste? Proste! Czas więc najwyższy, bym ruszyła w drogę <3 Wzdłuż wybrzeża, na północny-zachód…

Mijając Baterię Qolla l-Bajda i skałę Xwejni Rock, zrobiłam postój na piesze zwiedzanie tych pięknych okolic, bogatych również w panwie solne. Co to panwie solne? Otóż płytkie baseny solankowe, używane do pozyskiwania soli z wody morskiej. Nie da się ukryć, że stanowią ciekawy, miły dla oka widok. Są one zaliczane do największych i najbardziej fotogenicznych atrakcji Malty. Czy ja je tak oceniam? Nie wiem. Cały ten dzień objazdu Gozo rowerem natomiast zdecydowanie tak. Polecam wszystkim taką wycieczkę 😉 Panwie prezentowały się atrakcyjnie i na pewno warto zajrzeć w te okolice.

Rowerkując dalej w kierunku kolejnego punktu wycieczki, Wied il-Mielaħ Window, czyli naturalnego łuku wapiennego, będącego imponującym punktem widokowym i fotograficznym, skierowałam się nieco dalej od głównej drogi i napotkałam, zupełnie przypadkowo, genialne miejsce!

Jak widać na powyższych zdjęciach – zabawy z formacjami z żółtego piaskowca i wapienia, kształtem przypominającymi fale lub wydmy (określanymi nawet jako Sand Waves) miałam co nie miara 😉 Gigantyczne kształty zapewniły mi fotograficzną frajdę i czułam się względem nich jeszcze niższa niż zazwyczaj 😀 Ale jakże to było przyjemne uczucie! Bez szans na doskoczenie do szczytów „fal”, mieściłam się z bezapelacyjnym zapasem pod „wydmami”, nawet z rowerem! Chociaż przeżyłam tam też jeden, krótki stresik. Podczas odkładania mojego mustanga na ziemię, wypadła mu bateria. A że nie miałam żadnego doświadczenia z rowerami elektrycznymi, przez chwilę serducho mi stanęło i już widziałam siebie, dreptającą z powrotem do Marsalforn po pomoc. Na szczęście jednak szybko wykombinowałam, jak umieścić ją z powrotem i mogłam ze spokojną głową wrócić do podziwiania piaskowych fal i pobliskich klifów. Przepiękne miejsce, z całego serca polecam! <3

Następny cel? Pobliski punkt widokowy na Wied il-Mielaħ Window. Zaparkowałam rowerek (nawet go przypięłam!) i najpierw zerknęłam w przepaść z klifu, na którym się znalazłam, by później ruszyć w dół ścieżką, która miała zapewnić mi „okno” z widokiem na morze.

Jakie to Gozo piękne! Klify imponujące, „okno” ze skał fantastyczne i nawet sama ścieżka urokliwa! Na schodkach napotkałam na grupę polskich turystów, którzy zwrócili na mnie uwagę, bo wcześniej widzieli mnie na rowerze, mijając mnie samochodem. Porobiłam im zdjęcia, porozmawiałam. Nie pierwszy raz w życiu natknęłam się na zaskoczenie, że podróżuję solo, ale byli pełni serdeczności i chętnie spędziłam z nimi te nieco czasu. Jak miało się okazać później, nie ostatni raz tego dnia 😉

Z fascynacją zauważyłam, że klify zatoki Xwejni Bay służą również wspinaczom! Jako osoba, która sama wspina się zarówno sportowo, jak i skałkowo, poczułam przypływ ekscytacji 😉 Nie mam pojęcia, skąd dokładnie jest wejście na te trasy, ale zapisałam z tyłu głowy, że przy dłuższej wizycie można by było skorzystać z tej atrakcji. Szacun dla wspinaczy na klifach Xwejni Bay!

Azymut dalszej drogi wyznaczało mi wzgórze Ta’ Għammar z Bazyliką Ta’ Pinu. A taki punkt widoczny z daleka był mi potrzebny, bo moja bryka nie posiadała uchwytu na telefon, który ułatwiałby nawigowanie 😀 Wsiadłam więc na mój zielony dwukołowiec i ruszyłam. Niebawem widok na mój kolejny cel okazał się dostatecznie śliczny, bym zatrzymała się na chwilkę na zdjęcia. W tym oto momencie zatrzymał się przy mnie samochód i moi nowi znajomi dołączyli do „fotopunktu”, gdzie wzajemnie fotografowaliśmy siebie na tle wzgórza i bazyliki, do których, nawiasem mówiąc, grupka turystów również właśnie zmierzała.

Rozstaliśmy się z uśmiechami na twarzy, moi nowi znajomi ruszyli samochodem, więc przodem, a ja ponownie wsiadłam na mojego rumaczka i popedałowałam w kierunku miasteczka Għarb, skąd już prosta droga na wzgórze i do bazyliki.

Czy ta „prosta droga” była taka prosta? Otóż w miasteczku natrafiliśmy na prace renowacyjne. Panowie zablokowali uliczkę pojazdem z podnośnikiem. Jak już wspomniałam, szerokość dróg na Gozo w większości miejsc mogła pomieścić maksymalnie jeden pojazd, więc za robotnikami ustawiła się kolejka aut. Łącznie z grupką Polaków, z którymi się zapoznałam. Niestety, ale nie było innej drogi przejazdu z tego kierunku. Tutaj moja forma podróżowania wygrała na loterii, gdyż rowerkiem przejechałam ostrożnie obok panów i ich sprzętu i już niebawem pięłam się pod górę, błogosławiąc elektryczną wersję mojego pojazdu 😀 Robotnicy deklarowali, że niebawem kończą, więc spodziewałam się, że w bazylice mogę ponownie napotkać znajomych turystów, ale w danym momencie skupiłam się na pedałowaniu i… podziwianiu 🙂

Kiedy odjeżdżałam z bazyliki, moi znajomi parkowani właśnie przed nią. Tu nasza wspólna przygoda się zakończyła. Moim kolejnym celem była zatoka Dwejra Bay, z formacjami skalnymi znanymi wcześniej jako Azure Window. Nieistniejący już most skalny był niegdyś jedną z największych atrakcji Malty, która stopniowo jednak się zawalała. Są różne teorie, opowiadające o sztucznym jego poszerzaniu w celu umożliwienia przepływania większych łodzi, jak również dotyczące używanych nieopodal, na Dwejra Inland Sea, materiałów wybuchowych czy po prostu osuwaniu się płyt skalnych w wyniku warunków na morzu. Ja nie wnikam w prawdziwość przypuszczeń, faktem jednak jest, iż w 2017 r., po okresie silnych sztormów, most, znacząco już uszczuplony, zawalił się całkowicie i atrakcja upadła. Czy to oznaczało, że miejsce nie jest już turystycznie interesujące? Na pewno nie dla mnie 🙂

Po drodze pustymi drogami złapałam się na tym, że z ruchu lewostronnego coś mnie „ściąga” na prawą 😀 Czasem dopiero, kiedy w zasięgu wzroku pojawiał się samochód, orientowałam się, że poruszam się złą stroną ulicy. Nie były to sytuacje niebezpieczne, ponieważ, szczęśliwie, ruch był znikomy. Niemniej z czasem w końcu załapałam zasady ruchu, z czego jestem dumna!

W stronę formacji skalnych ruszyłam polną drogą, która jednakowoż okazała się ślepa i zakończyła się jeszcze przed skałami, które mnie interesowały. Prowadziła tylko do pobliskich kopalni. Czy zawróciłam? Otóż nie. Zsiadłam z mojego rydwanu i zaczęłam prowadzić rower. Okazało się to znacznie trudniejsze, niż przypuszczałam, podłoże było nierówne i występowało w nim wiele wysokich, naturalnych progów. Ostatecznie tuż przed dotarciem do punktu docelowego zmuszona byłam spuścić rower o jakiś metr w dół wzdłuż pionowej ścianki skalnej. Z moim miejskim bryczkiem nie byłoby problemu, ale elektryczna bestia jednak sporo cięższa. Szczęśliwie, pomimo perturbacji, udało mi się sprowadzić rower i nie dać mu się pociągnąć w dół na główkę, więc znalazłam się w końcu w kolejnym miejscu, które mnie zachwyciło…

Tzw. Blue Hole Viewpoint w zatoce Dwejra, Kappella Sant’ Anna (kaplica), Fungus Rock, Crocodile Rock, a przede wszystim po prostu malownicza, skalista zatoka, otoczona imponującymi klifami. Ponownie – jakże pięknie! <3

Osiągnąwszy zachodni kraniec wyspy Gozo, skierowałam się do jej wnętrza, ku stolicy – Victorii (zwanej Rabatem). Z zatoki ruszałam koło 15:30, więc nieco zaczynał mi doskwierać głód, wzmagany przez wysiłek rowerowy, w stolicy więc zamierzałam się posilić 🙂 Sama Victoria okazała się dla mnie nawigacyjnie wybitnie problematyczna. Jak wspomniałam, nie miałam ze sobą uchwytu na telefon, więc zapamiętywałam najbliższą trasę, by, po jej pokonaniu, ponownie zerknąć w ekran po podpowiedź. Rabat nie był dla mnie jednak łaskawy. Większość małych uliczek w centrum była jednokierunkowa, niejednokrotnie zaplanowane przeze mnie zakręty były niemożliwe do wykonania, zaczęłam kręcić się w kółko. Ostatecznie, w ciasnocie malowniczych budyneczków, zsiadłam z roweru i poprowadziłam go dalej ku knajpkom.

Pogoda nieco zaczęła się psuć, słońce zbliżało się do nieboskłonu, a ja, najedzona i napojona, ruszyłam w dalszy etap podróży. Główne ulice miasta były zdecydowanie prostsze w obsłudze, dwukierunkowe, szersze. Niebawem wyjechałam z miasta. Co prawda planowałam zwiedzić również Cytadelę (Cittadella), ale tę atrakcję zostawiłam sobie na kolejny dzień, by nie marnować czasu rowerowego na dłuższe spacery. Miałam jeszcze dwa punkty w planie, chociaż trasę ustalałam na bieżąco i dość spontanicznie. W końcu – maltański relaks 😉

Przejażdżka rowerkiem po Gozo

Gdzie właśnie dotarłam? Otóż do miejscowości Xagħra, w obrębie której była moja kwatera, jednak sporo na północny-zachód od centrum. Kierowałam się do muzeum archeologicznego Ġgantija. Jest to stanowisko archeologiczne na wyspie Gozo, wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Znaczy – będzie imponująco! Okazało się jednakowoż, że wcale nie było łatwo dotrzeć do wejścia muzeum, które okazało się być przeniesione i spędziłam sporo czasu, błądząc po miasteczku, wypytując mieszkańców i zderzając się z ogrodzeniem. Pojawiła się presja czasu, ponieważ miejsce to tego dnia otwarte było do 17:00, a dochodziła już 16:30, gdy w końcu odnalazłam wejście. Obsługa powiadomiła mnie o tym, że nie mam dość czasu, jednak przekonałam ich, że szybciutko pozwiedzam i nie będzie problemu. Tak oto dostałam się na kompleks megalitycznych świątyń, starszych niż Stonehenge czy piramidy, datowanych na starsze niż 3200 r p.n.e. <3

Nadeszła godzina zamknięcia muzeum. Pamiętajcie, że był grudzień, więc po 17 już się ściemniało. W tym właśnie momencie odkryłam, że mój rower nie ma żadnego oświetlenia. Jako doświadczony podróżnik, miałam ze sobą czołówkę, niemniej mój pojazd nie miał nawet żadnych odblasków, ani z tyłu, ani z przodu. Wiedziałam już, że na wyjeździe z miasteczka będę musiała podjąć ważną decyzję. Oświetlać sobie drogę, czy przekręcić latarkę na tył głowy, żeby widziały mnie z daleka nadjeżdżające samochody. Faktem było, że dużego ruchu na ulicach nie było, więc napotkanie auta było rzadkim zjawiskiem. Ale co ryzyko, to ryzyko… Niemniej absolutny brak oświetlenia dróg nie pozostawiły mi wyboru.

Wyruszyłam w kierunku Jaskini Kalipso i plaży Ramla. Nie wyobrażałam sobie, żebym mogła nie zejść do linii wody tego dnia, mimo ciemności 😀 Jeszcze w miasteczku zdarzyła mi się jedna niebezpieczna sytuacja i tutaj muszę trochę więcej Wam powiedzieć o moich doświadczeniach z elektrycznym rumakiem. Otóż w Polsce nierzadko jeżdżę na rowerze, ale miejskim. Jestem przyzwyczajona do tego, że nogę mogę, podczas wsiadania bądź zsiadania, przerzucić przodem. I tak, jak, podczas wskakiwania na bestię, nie dało się zapomnieć, że druga noga musi pójść tyłem dwukołowca, tak podczas zsiadania przyzwyczajenie czasem brało górę, co skutkowało poważnym zachwianiem. Nie doświadczyłam jednak do tej pory żadnego upadku! Sytuacja w miasteczku wyszła zaś taka, że nagle, z bocznej uliczki, wyjechał samochód. Udało mi się w czas zahamować, jednak dostatecznie gwałtownie, żebym zsunęła się z siodełka wprzód. Poskutkowało to bolesnym uderzeniem mojego międzynoża o ramę roweru… Ale nie przeleciałam przez kierownicę, nie przewróciłam się, nic się nie stało! Dumna z siebie, ruszyłam w dalszą drogę 🙂

Na miejscu, w jaskini, okazało się, że odbywa się jakaś maleńka, lokalna uroczystość, może rytuał. W grocie dwie osoby rozstawiały świeczki, nie chciałam zakłócać podniosłej, spokojnej atmosfery, więc po krótkiej chwili zachwytu tym klimatem, ruszyłam ścieżką w kierunku plaży Ramla Bay. Natrafiwszy na jakiś opuszczony kompleks, totalny urbex, zapisałam go sobie od razu w głowie jako punkt do zwiedzenia kolejnego dnia, gdyż w tamtym momencie nie tylko było już ciemno, ale… tam byli ludzie! Okazało się, że kilka osób kręciło się po opuszczonej, zniszczonej budowli, popijając piwka, rozmawiając i rozkładając namioty. Nie mam zielonego pojęcia, czy byli to bezdomni, czy fani urbexu, czy turyści, czy jeszcze inna grupa, ale również im, tak jak uprzednio w jaskini, nie chciałam zakłócać wieczoru. Chociaż teraz trochę żałuję, że nie spytałam, czy mogę na trochę dołączyć, coby poznać lokalsów bądź ciekawą grupę społeczną, która decyduje się spędzać noc w takim miejscu.

Nie obeszło się jednak bez jakiegokolwiek kontaktu z nimi, gdyż zupełnie nie mogłam odnaleźć ścieżki na plażę, mimo czołówki. Zapytani, bez wahania wskazali mi maleńką dróżkę między krzakami. Okazało się, że trafiłam w dziesiątkę, znajdując się tam tego wieczoru, bo kolejnego dnia ani bym nie znalazła urbexu, ani bym nie odszukała tej ścieżki z plaży do niego, gdybym właśnie u schyłku tej soboty nie napotkała tego miejsca i tych ludzi.

Z dużą dozą ostrożności, z rękami w pogotowiu w razie upadku, zaczęłam przemieszczać się powoli w dół, stromą ścieżką, rozgarniając splątaną roślinność, unikając śliskiej gliny i bacznie wybierając drogę po skalnych płatach. W końcu znalazłam się na plaży, w nocnej atmosferze spokoju, wśród dźwięków huczącego morza.

Cały ten wieczór, pedałowanie w ciemności bez odblasków, przedzieranie się przez chaszcze, napotykanie nietuzinkowych ludzi – magiczna sprawa!

Gdy dojechałam z powrotem do Marsalforn, było po 18:30. I wtedy to zaliczyłam jedyną wywrotkę na rowerze 😀 Ostry zakręt, ostre hamowanie i próba przerzucenia nogi przodem poskutkowały zdartymi kolanami, no niestety. Na samym finishu! Dammit. Niemniej nie ma płaczu, odstawiłam bestię, przypięłam, wrzuciłam kluczyk do skrzynki. Spacerek 3km z powrotem na kwaterkę i… Mamy to! Dzień zakończony sukcesem 🙂

Day 4
| czyli Ramla Bay, urbex Ulysses Lodge, Cittadella i powrót na Maltę, do Valletty

Kolejny zachwycający poranek przy kawce na tarasie. Czułam ogrom spokoju wyspy, na której się znalazłam. Mogę szczerze powiedzieć, że zakochałam się w Gozo 😉

Ruszyłam na autobus, by ponownie spotkać się z Ramla Bay, tym razem w świetle dnia. Uśpione miasteczko, puste uliczki. Podróż nie zajęła długo. W planie miałam zostawić plecak w jakiejś knajpce przy plaży i zrobić sobie spacer w górę do Mixta Cave, niestety, przeliczyłam się z założeniami, że miejsce to będzie żyło w grudniu, o 10 rano w niedzielę 😀 Zatem sytuacja zmusiła mnie do wędrowania z pełnym bagażem. No nic, nie miałam zamiaru narzekać! 🙂

Jak widzicie powyżej, napotkałam na swojej drodze zakaz wstępu, ale nie mogłam się już wycofać. Wdrapywałam się dalej polną ścieżką, aż trafiłam na miejsce, gdzie wędrówka zmieniła się we wspinaczkę. Tak blisko, a tak daleko! Dałam jakoś radę, mimo plecaka 🙂

Co wyjątkowego oferuje Mixta Cave? Jest to otwarta z dwóch stron jaskinia, z „oknem” na morze <3 Właśnie przez ten otwór dostałam się do środka 😀 W urokliwej jaskini byłam sama. Widok? Pierwsza klasa!

Zgodnie z założeniem, nie wracałam na plażę tą samą drogą. I chwała temu pomysłowi, bo wspinaczka w górę z bagażem była trudna, a w dół musiałabym się chyba zsuwać 😀 A, w ogóle, to byłam z dwoma plecakami. Jak wspomniałam, planowałam zostawić główne obciążenie na plaży, więc miałam osobno mały plecaczek, z którym chciałam zwiedzać. Przepakowanie całości, by zmieścić się w jednym egzemplarzu bambetli, było możliwe, ale wolałam rozwiązać sprawę inaczej, więc mikro wersja wisiała na moim korpusie z przodu, a plecak zajmował swoje miejsce na grzbiecie. Tym sposobem podręczne rzeczy, jak selfie stick, chusteczki itp., wciąż były pod ręką 🙂

Zatem droga powrotna na plażę. Łagodniejsza ścieżka, nieco dłuższa, ale bardzo przyjemna. Wciąż otoczona naturą, pustką i relaksującą ciszą, wędrowałam z uśmiechem na twarzy.

Tak oto, w przepięknych okolicznościach przyrody, dotarłam z powrotem na plażę. Miałam ją całą do przejścia, na drugą stronę, by wdrapać się do opuszczonego kompleksu i zaliczyć swój wyjazdowy urbex 😀 Jakże jednak mogłabym przejść po plaży bez zamoczenia stóp w morzu? 😉

Dużo więcej zdjęć niż tekstu z tego dnia, ale mam nadzieję, że nie macie mi tego za złe! Opowiadam, kiedy jest co opowiadać. Resztę robią za mnie obrazy.

Czy morze było zimne? Bardzo. Czy cieszyłam się jak dziecko, mogąc zanurzyć w nim stópki? Totalnie 😀

Ruszyłam pod górę poznaną poprzedniego wieczoru ścieżką. Gdybym o niej nie wiedziała, na pewno bym jej nie znalazła. Znałam już jednak ślady, którymi należało podążać, więc wspinałam się w kierunku opuszczonego kompleksu wypoczynkowego, z lekkim niepokojem, czy nie zastanę w nim pomieszkujących bezdomnych. Eksplorowanie tzw. urbexów nie jest moim regularnym hobby, niemniej jestem z natury osobą ciekawską, więc czasem korzystam z okazji. Czułam, że nie pożałuję. Wciąż panowały pustki, śpiąca niedziela oddała mi Ramla Bay na własność. Przyszedł czas, by podziwiać zatokę z innej perspektywy <3 Gotowi na całą serię fotek?

Opuszczony hotel Ulysses Lodge z widokiem na Zatokę Ramla. Jakie na Was zrobił wrażenie? Dla mnie atmosfera tajemniczości w środku, przeplatana różnej treści i nastawienia grafitti, okraszona wpadającym słońcem i podsumowana ciszą, była elektryzująca. Badałam obiekt ostrożnie, sprawdzając każdy krok, podekscytowana i zafascynowana. Bardzo cieszę się, że znalazłam ten kompleks, było to doświadczenie jedyne w swoim rodzaju.

Z urbexu ruszyłam pod górę, w stronę Jaskini Calypso, która okazała się niestety zamknięta. Niemniej podejście nie było nadaremne, bo umożliwiło mi skorzystanie z punktu widokowego 😉

Poczułam, że zgłębiłam już wszystkie zakamarki, oferowane przez Ramla Bay. Byłam w pełni usatysfakcjonowana i zachwycona tym porankiem. Spędziłam w zatoce ponad dwie godziny, niespiesznie korzystając z jej uroków. Nadszedł czas, by wrócić na przystanek i ruszyć do stolicy Gozo. Plaża pożegnała mnie jeszcze towarzystwem sympatycznego kociaka, który odprowadził mnie do drogi, powoli wypełnianej przez pierwszych, porannych turystów.

Czas ruszyć do Cytadeli, rozglądając się uważnie po wąskich uliczkach Victorii. Zabudowa całej Malty wciąż robiła na mnie wrażenie i muszę przyznać, że po całym tym czasie, nadal niezmiennie robi. Zapewnia uczucie cofnięcia się w czasie 😉

Cała moja uważność się opłaciła. Zaczęłam dostrzegać drobne oznaczenia domostw, nacechowane religijnie. Początkowo raczej kojarzyłam to z maleńkimi tabliczkami, ale w końcu poczułam bardziej, że są to nazwy budynków. Po powrocie doczytałam, że zarówno na Gozo, jak i Malcie, takie oznaczenia są głęboko zakorzenioną tradycją, która łączy religijność z tożsamością mieszkańców. Tabliczka przedstawiająca Świętą Rodzinę (Sagra Familja) jest zaś jednym z najpopularniejszych motywów. Taka ot, ciekawostka.

W końcu dotarłam do wejścia do Cittadelli. Jest to to małe, ufortyfikowane miasteczko, leżące w centrum stolicy Gozo, datowane na ok. 1500 r p.n.e. Samo wejście na teren fortyfikacji nie jest biletowane, a nie szukałam tego dnia wrażeń stricte muzealnych, więc ruszyłam na swój kolejny spacer, tym razem wewnątrz średniowiecznych murów.

Dochodziła 14, więc nadszedł najwyższy czas na odrobinę odpoczynku przy posiłku, po którym ruszyłam w stronę portu, by zakończyć swoją przygodę z Gozo, którym byłam absolutnie zauroczona. Wcześniej zdecydowałam się jeszcze nieco pozwiedzać tę niesamowitą wysepkę. Trochę bez planu, po prostu „poszlajać się” klimatycznymi uliczkami <3 Poza Victorią, wybrałam się również na spacer po Xewkii, mieście znanym z pięknej rotundy 🙂 Ostatecznie zaś skierowałam się do portu, by wrócić na główną wyspę kraju, tym razem celując w szybki prom, prosto do Valletty.

Ponownie w stolicy Malty, Valletcie wylądowałam koło 16:30. Jakże mogłabym odmówić sobie wieczornej przechadzki? Pierwszy raz znalazłam się poniżej murów starego miasta, przy porcie, odkrywałam więc nowe szlaki!

Po dwóch godzinkach chłonięcia atmosfery starych murów, trafiłam pod drzwi mojej ostatniej, tego wyjazdu, kwatery. Najadłam się tam nieco stresu, przyznaję. W wiadomości od właścicieli dostałam szyfr do skrzyneczki z kluczem, ale zupełnie nie działał. Spędziłam sporo czasu, próbując go wpisywać i otworzyć maleńki drzwiczki, skrywające mój bilet do spokoju, martwiło mnie już nie tylko to, że będę musiała szybko szukać innego noclegu, ale również to, że mieszkańcy tej okolicy mogą zacząć podejrzewać, że próbuję się włamać. Sytuacja rozwiązała się w końcu, gdy odnalazłam inną skrzyneczkę po boku, nisko, przy samym krawężniku 😀 Zupełnie nie patrzyłam w tę stronę, w końcu kto szuka pod nogami, gdy potencjalne rozwiązanie ma przed twarzą i zasadniczo stoi naprzeciwko drzwi, za którymi chce się znaleźć? 😀

Co do mojego samopoczucia – byłam naprawdę zachwycona dotychczasowymi doświadczeniami podróży maltańskiej. Tylko jedno „ale”, a mianowicie stan moich stóp. Skóra była już zdarta do krwi… No, cóż, zdarza się najlepszym! Czas na ostatnie kadry tego dnia 🙂

Day 5
| czyli Mdina i Rabat

Założenie „maltański relaks” żadnego dnia nie było przeze mnie tak silnie respektowane, jak tego. Nie nastawiłam budzika, wyspałam się <3 Poranne ulewy zaś sprawiły, że zdecydowałam się poodpoczywać dłużej w łóżeczku, zanim ruszę w dalszą przygodę. Pogoda była naprawdę dość szalona, ale w moim standardowym trybie podróżniczym nie byłoby to dostateczną przeszkodą 😀

Na co więc zdecydowałam się tego dnia? Na Mdinę. Zarówno średniowieczne miasteczko, położone na wzgórzu, skąd roztacza się widok na wyspę, jak i katakumby sąsiadującego Rabatu. Zależnie, jak czas i siły by pozwoliły, oczywiście. Miałam zatem ruszyć wgłąb wyspy, ku jej centrum. Z mieszkanka wyszłam jakoś po 11:30, gdy zaświeciło słońce. Uliczki Malty mają spore przewyższenia i uwierzcie mi, że realnie w niektórych miejscach płynęły rzeki 😀 Pogoda okazała się zmienna, jak to na małych wysepkach, słońce przeplatało się z deszczem. Nie przeszkadzało mi to na tym etapie, byłam na tropie kolejnych atrakcji 🙂 Ruszyłam spacerowym tempem w kierunku dość odległego przystanku, by zanurzyć się w inne oblicze Valletty, z dala od Starego Miasta.

Rzeki na uliczkach Valletty

Czas na Mdinę, moi Drodzy! Pierwsze kroki skierowałam od razu do ufortyfikowanego, Starego Miasta na wzgórzu. Przeszłam przez barokową Bramę Miejską i zagłębiłam się w wąskie uliczki „Miasta Ciszy”, historycznej stolicy Malty.

Czy Was to miejsce również zachwyciło? Klimat średniowiecznych murów na Malcie tak bardzo do mnie przemawia chyba głównie ze względu na ich kolorystykę i monumentalność. Wszystko w Mdinie, jak i w Valletcie, a w zasadzie w całej Malcie, jest takie spójne!

Nie mam z tego dnia fascynujących historii dla Was. Spacerowałam, zwiedzałam. Poza powyższym, ufortyfikowanym miasteczkiem, odwiedziłam jeszcze katakumby, które nie leżą w samej Mdinie, tylko w Rabacie, który z nią sąsiaduje. Niepotrzebny był żaden przejazd, wystarczyła przechadzka, by znaleźć się u wejścia do Katakumb św. Pawła. Jeśli kogoś nie interesują fotki z podziemi, to mało dla siebie znajdą w poniższych zdjęciach, od razu ostrzegam 😉

Tego dnia nie miałam już więcej planów. Czekał mnie jeszcze spacer z przystanku autobusowego do mojej kwatery, którym delektowałam się spokojnie, szykując się na mój ostatni dzień na Malcie 🙂 Podczas drogi odkryłam jednak ciekawostkę w postaci gigantycznego skate parku umieszczonego w środku wielkiego ronda, zdobionego artystycznym graffiti. Podoba mi się takie wykorzystanie przestrzeni 😉

Day 6
| czyli Popeye Village i Comino

Na ostatni dzień wyjazdu wymyśliłam sobie odwiedziny na pobliskiej wyspie Comino, więc wykupiłam wycieczkę w postaci rejsu <3 Co prawda początek przygody zaplanowany był na godzinę 12, jednak musiałam jeszcze dojechać na miejsce zbiórki, czyli ponownie do portu w miejscowości Ċirkewwa. Jednakże jak mogłabym odbyć taką drogę bez przystanków na zwiedzanie? 😀

Czytałam o ciekawym miejscu, zwanym Popeye Village. Zdecydowanie bardziej jest to atrakcja familijna, niż dla solo podróżnika, niemniej nie zamierzałam wchodzić na teren parku rozrywki, tylko spojrzeć na niego z punktu widokowego. Jest to wioska zbudowana w 1980 r. na potrzeby filmu Popeye, więc niesamowicie klimatyczna. Ponadto, umieszczona między pięknymi klifami Anchor Bay, dawała w mojej głowie potencjał na iście bajkowe widoki. Czy miałam rację?

Od mojego przystanku autobusowego wioskę dzielił dystans do pokonania w czasie spokojnego, półgodzinnego spaceru, wiejskimi drogami, w pięknym słońcu. Jedyny problem stanowiły obolałe stopy, niemniej nie gonił mnie czas, więc starałam się cieszyć przechadzką 🙂

I jak wrażenia? Ślicznie, prawda? Jakby się człowiek cofnął w czasie, ale w trochę inny sposób niż wśród typowych zabudowań Malty. Doświadczeniu towarzyszyła również nieustanna muzyczka, płynąca z parku rozrywki. Pasuje Wam ta wioska do klimatu Popeye’a? Bo mnie totalnie! Okoliczne klify były imponujące, a kolor wody w samej zatoce tańczył pięknymi odcieniami <3

Całość pieszej wycieczki to ok. 1,5h, łącznie z czasem na zdjęcia, podziwianie i przemykanie po skałkach na klifach, coby złapać różne perspektywy miejsca. Jeśli mielibyście czas – totalnie polecam. Jeśli planujecie wypad na Maltę z dziećmi? Koniecznie! Tylko wykupcie bilet zawczasu, bo wybierają się tam wycieczki (na własne oczy widziałam autokar!), więc może być pewnie różnie z dostępnością skoro jednak wioseczka jest naprawdę mała.

Do portu Ċirkewwa nie miałam już dalekiej drogi, więc na spokojnie rozejrzałam się za autobusem, by z zapasem czasu dotrzeć na miejsce zbiórki i powylegiwać się chwilę w słoneczku, czekając na czas rejsu. O wysepce Comino czytałam już przed wyjazdem, zapowiadał się więc śliczny dzień 🙂

Wycieczki na Comino odbywają się zarówno z Malty, jak i z Gozo, wyspa ta bowiem leży pomiędzy nimi. Plan obejmował kilka ciekawych punktów, nie mogłam się więc doczekać! Wsiadanie na naszą łajbę przysporzyło niektórym pewnych trudności, ale wspólnymi siłami udało nam się bezpiecznie wszystkich zaparkować na pokładzie. Łódź nie była duża, mieściła nas kilkanaście osób, jeśli dobrze pamiętam, chociaż według aplikacji maksymalna liczba uczestników to 24. Usadowieni na ławeczkach, ruszyliśmy w słoneczny rejs 🙂

Pierwszy przystanek mieliśmy na Kryształowej Lagunie. Wpłynęliśmy na jej obszar, chowając się w cieniu otaczających ją klifów, zdumieni brakiem innych łodzi, pełnych turystów. Przewodnik dał nam dwie opcje – wysiąść i przespacerować się na klify, bądź zanurzyć się w wodzie (lub też wypożyczyć SUPa, by podryfować na jej powierzchni). Ze względu na porę roku i temperaturę, większość ekipy wybrała się na wycieczkę pieszą. Ja miałam ogromną ochotę na pływanie, więc zostałam na dole, a dobry kontakt z panem przewodnikiem zapewnił mi darmową maskę do snorkelingu 😉

To było moje drugie podejście w życiu do snorkelingu i przyznam Wam, że nieco się obawiałam. Pierwszą próbę miałam lata wcześniej, podczas safari nurkowego w Egipcie. I tak, jak nurkowanie z butlą było dla mnie obeznanym sportem, tak powierzchniowe pływanie z maską miało być jedynie dodatkową atrakcją podczas jednego z postojów. Niestety – nikt nie wytłumaczył mi, jak to działa 😀 Safari nurkowe oznaczało, że mieszkaliśmy na łódce i nie wpływaliśmy do portów, więc nie wchodziliśmy do wody z plaży. Wszyscy zainteresowani zdecydowali się na skok do wody prosto z pokładu, zamiast zejścia po schodkach. Nie bałam się skoku, umiem pływać i lubię adrenalinę. Problemem dla mnie okazał się mechanizm maski, którego nie przeanalizowałam, więc gdy, unosząc się w pionie jak bojka, założyłam ją na głowę, zaczęłam gwałtownie łykać słoną wodę, zamiast oddychać. Czemu? Bo rurka jest przyczepiona do maski mniej więcej pod kątem prostym, więc mając głowę w pionie, zanurzona jest ona w wodzie. Oddychanie przez rurkę ma sens, gdy kładziesz się na powierzchni, zanurzając twarz, bo wtedy wystaje ona pionowo w górę. Cała sytuacja zestresowała mnie dostatecznie, żeby koledzy holowali mnie z powrotem na łódź, bo opiłam się morskiej wody niemiłosiernie.

Wróćmy więc na Maltę. Otrzymawszy maskę do snorkelingu, z bijącym mocno sercem zanurzyłam się w wodzie, ale nie zakładałam jej, póki nie byłam gotowa się położyć. Kiedy w końcu wykonałam te czynności poprawnie i w odpowiedniej kolejności, morski świat stanął przede mną otworem <3 Oddychając spokojnie, dryfowałam po powierzchni Kryształowej Zatoki i podglądałam wodne życie, zauroczona lokalną fauną malutkich stworzeń 🙂 Udało mi się nawet opanować odchylanie rurki odpowiednio, by nie dławić się wodą podczas wynurzeń 😀 Nie miałam jak zrobić jakichkolwiek zdjęć, więc nie miałabym z tej przygody żadnych pamiątek, gdyby jedna z uczestniczek wycieczki nie zrobiła mi, przypadkiem, zdjęcia z góry, gdy fotografowała zatokę podczas spaceru. Podzieliła się ze mną, szczęśliwie, tym obrazkiem, więc mam moją upragnioną migawkę z pierwszego pozytywnego doświadczenia ze snorkelingiem <3 Ponadto, gdy wycieczka wróciła ze spaceru, zrobiono mi również zdjęcie z łódki, więc mam cudowne pamiątki! Poza mną, w wodzie nie było nikogo, tylko dwie uczestniczki rejsu zdecydowały się na dryfowanie na deskach, na kąpiel nie znaleźli się chętni. Tym bardziej wyjątkowe jest pamiątkowe zdjęcie, gdzie widać tylko moją osobę na wodzie <3

Widok z góry na Kryształową Lagunę i Ewę podczas snorkelingu

Doświadczenia z tego postoju na Kryształowej Lagunie pozostają ze mną do dziś. Piękne barwy wody, imponujące klify, wspaniałe uczucia podczas snorkelingu… Pełnia szczęścia <3

Następnym punktem wycieczki była Błękitna Laguna, która już okazała się pełna turystów. Postój przy plaży z możliwością łagodnego zejścia do wody zachęcił znacznie więcej osób do kąpieli lub chociaż zamoczenia stóp. Przybrzeże obfitowało również w stragany z napojami, owocami i innymi formami jedzonka. Na skałach pełno było ludzi, wygrzewających się w słońcu na ręcznikach. Liczba osób w wodzie niestety miała wpływ na obfitość podmorskiej fauny, wystraszonej hałasem. Zdecydowanie bardziej do serca przypadł mi poprzedni punkt, niemniej popływałam, pospacerowałam, a nawet skusiłam się na zakupienie ananaska 🙂

Po godzinnym postoju ruszyliśmy w dalszą drogę. Poza podziwianiem skał i klifów z łódki, w planach było jeszcze jedno zejście na ląd, w San Niklaw Bay (Zatoka Świętego Mikołaja), przy starym kompleksie hotelowym, który był już zamknięty. Generalnie na wyspie nie działały już żadne hotele i jedyną opcją nocowania były kempingi. Na tym etapie wycieczki jako jedyna zdecydowałam się oddalić od Hotelu Comino, zwiedzając dziksze ostępy okolic. Zapraszam Was zatem na ostatnią serię zdjęć z wycieczki, już bez dalszych przemów 🙂

Mój ostatni dzień na Malcie powoli dobiegał końca. Czekała mnie jeszcze droga autobusem z przesiadkami. Zostało kilka ostatnich fotek i będziemy kończyć tę historię dniem wylotu. Zostańcie ze mną 😉

Day 7
| czyli powrót

Podróż kończy się, niestety, z rana. Rozkład lotów nie był dla mnie łaskawy, więc ten dzień nie umożliwiał mi żadnego zwiedzania. Czułam się jednak usatysfakcjonowana moją wyprawą i… zrelaksowana 😀 A taki przecież był plan!

Malta pozostanie w moim serduszku, bo zachwyciła mnie spokojem (pewnie dzięki temu, że byłam poza sezonem), architekturą i naturą. Przez cały wyjazd chłonęłam atmosferę tego miejsca i naprawdę chętnie tam kiedyś wrócę <3

Odkryj więcej z Za lisim ogonem

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej