W pogoni za zorzą

Od lat marzyła mi się zorza. Czy początek lutego w Tromsø to był dobry plan? Dla mnie tak brzmiał 😉

To see

  • Katedra w Tromsø
  • Psi zaprzęg w Tamokdalen
  • Góra Storsteinen na szczycie kolejki Fjellheisen
  • Tromsø Lapland
  • Tromsøbadet
  • Rejs z widokiem na fiordy
  • Polaria
  • Arctic Cathedral

Tips & tricks

  • Norwegia to drogi kraj, jeśli nie jesteście wybredni, możecie zabrać liofilizowane posiłki z Polski 😉 W razie czego można też kupić pizzę na kawałki, jak głód przyciśnie, a zupki chińskie zbrzydną 😀
  • Poza tym, że warto mieć ciepłe ciuszki (ale koniecznie ubierać się na cebulkę), to też polecam zadbać o dobre podeszwy z solidną przyczepnością, bo w obecnym klimacie na chodnikach więcej lodu niż śniegu
  • Jeśli wykupicie łóżko w pokoju wieloosobowym i nie przeszkadzają Wam zatyczki do uszu, to polecam zabrać 😉
  • Dobrze się ubezpieczcie, bo o wypadek nietrudno, zarówno na oblodzonych chodnikach, jak i na atrakcjach typu prowadzenie zaprzęgów psich
  • Zabierzcie ze sobą żelowy kompres, który chłodzi, jeśli przetrzymywany jest w lodówce, to w razie kontuzji będzie jakiś pierwszy punkt ratunkowy. Jak się wywrócicie, to może się też przydać coś na stłuczenia czy skręcenia. A ceny w Norwegii są, jakie są
  • Aplikacja do komunikacji miejskiej w Tromsø to Svipper
  • Jeśli chcecie dobrych zdjęć zorzy, to zadbajcie o solidny aparat. W telefonach, oczywiście, też mamy już super jakość, ale pamiętajcie o długim czasie naświetlania
  • Zachęcam do chociaż jednej wizyty na ciepłych basenach i saunach, rozgrzać się warto, a i Norwegia kultywuje kulturę saunową
  • Przygotujcie się na to, że atrakcje rejsowe, jak łapanie zorzy czy obserwacja wielorybów, mogą być odwołane ze względu na złe warunki pogodowe (warto mieć backup plan) bądź dawać opcję wzięcia w nich udziału w kolejnym dniu, więc może warto ich nie planować na ostatni dzień wyjazdu, tylko dać sobie zapas w razie „drugiej szansy”

Ceny 2025

ORIENTACYJNE ceny atrakcji, noclegów, lotów itp. za 1 os. przy wycieczce jednoosobowej.

  • cena lotów w obie strony (z Gdańska, bez dodatkowego bagażu) – 270 zł
  • cena noclegu w wieloosobowym pokoju koedukacyjnym poza ścisłym centrum Tromsø (ale niedaleko) – 375 zł/os/noc
  • wieczorny koncert w katedrze w Tromsø – ok. 100 zł
  • wycieczka na zaprzęgi psie wraz z samodzielnym prowadzeniem sań i ciepłym posiłkiem (8h) – ok. 1110 zł
  • wieczorny spacer na Storsteinen w rakietach śnieżnych z wjazdem i zjazdem kolejką Fjellheisen – ~585 zł
  • Tromsø Lapland, czyli wycieczka do obozu Lapończyków z poznaniem kultury Sami, karmieniem reniferów i ciepłym posiłkiem – ok. 535 zł
  • Tromsøbadet, czyli centrum wodne z basenami podgrzewanymi i saunami (bez ograniczeń czasowych, ważny 1 dzień) – 125 zł
  • nocny rejs w poszukiwaniu zorzy – ok. 355 zł
  • Whale Safari, czyli rejs w poszukiwaniu wielorybów (w moim przypadku zamieniony na podziwianie fiordów z pokładu katamaranu) – ~605 zł
  • bilet wstępu do Polarii (akwarium w Tromsø) – ok. 112 zł

Whole Story

Początki, czyli jak do tego doszło

Nie mam tym razem wiele do opowiedzenia w kontekście powodów, dla których podjęłam decyzję o tej podróży. Od lat krążyło mi po głowie Tromsø zimą, ponieważ słyszałam, że to jedno z lepszych miejsc do zobaczenia zorzy na własne oczy. Loty są tanie i nie trwają długo, ale sam pobyt to już cenowo zupełnie inna historia. W całym moim życiu nie zapłaciłam za nocleg tyle, ile na tym wyjeździe 😀 A spałam na piętrowym łóżku w wieloosobowym, koedukacyjnym pokoju! Zabrałam ze sobą zupki chińskie i inne suche jedzonko. Leciałam bez bagażu rejestrowanego, ale wyjazd miał być wyjątkowo krótki, więc uznałam, że wytrwam parę dni na dość śmieciowym żarciu, które zmieszczę w podręcznym 😀 Atrakcje, które sobie zarezerwowałam, również kosztowały krocie. Niemniej nie wiedziałam, czy kiedykolwiek tam wrócę, więc chciałam wykorzystać ten wyjazd do granic możliwości 🙂

Czy zobaczyłam zorzę? Tak! Więcej niż raz. Czy były to najpiękniejsze zorze mojego życia? Do wtedy – jedyne. W maju tego samego roku odwiedziłam ponownie Islandię, kraj, który wcześniej mnie zauroczył (Upały? To ja uciekam! PART 1., Upały? To ja uciekam! PART 2.), i, zupełnie nieplanowanie, stałam się obserwatorem dużo bardziej imponującego tańca kolorów na nocnym niebie <3

Zorza – Islandia 03.05.2025
Zorza – Islandia 03.05.2025

Czy umniejsza to mojej trzydniowej podróży do Tromsø? Zdecydowanie nie! Zapełniłam sobie czas po brzegi, doświadczyłam niesamowitych emocji i obserwowałam przepiękne dzieła natury. Ale nie ma co uprzedzać! Loty kupione, nocleg zaklepany, atrakcje zarezerwowane. Czas ruszać, najdalej na północ, gdzie do tej pory dotarłam <3

Day 0
| czyli podróż do Tromsø, pierwsza zorza i nocny koncert w katedrze

Lot do Tromsø odbywał się z Gdańska i trwał koło trzech godzinek. Miałam lądować po 20, a był luty, więc na miejscu spodziewałam się pełnej ciemności. Polowanie na pierwszą w życiu zorzę przyniosło efekt już na pokładzie samolotu! Piękne, tańczące po niebie, światła oglądałam z powietrza, niedługo przed lądowaniem. Pokaz trwał krótko, ale był intensywny i naprawdę piękny <3 Szkoda tylko, że okienko takie małe!

Po lądowaniu potrzebowałam jakichś dwudziestu minut w autobusie, by znaleźć się w centrum miasteczka, które miało stać się moim domem na najbliższe kilka dni. Do noclegu miałam kawałek pieszo, bo był poza centrum, więc ruszyłam na pierwszy wieczorny spacer 🙂 Ścieżka, którą wybrałam, nie była najlepszym wyborem, bo… średnio istniała, zasypana zlodowaciałym śniegiem 😀 Niemniej towarzyszyły mi lekko podrygujące kolory na niebie, a atmosfera cichej nocy wśród wszędobylskiej bieli działała na mnie kojąco i przynosiła uśmiech 🙂

Na kwaterze panował duch iście schroniskowy. Wspólny pokój i kuchnia, jedna łazienka na piętro, a w pokojach po kilka piętrowych łóżek. Ale od początku wiedziałam, na co się piszę! I tak za ten nocleg dałam więcej niż gdziekolwiek indziej w życiu 😀 Rzuciłam bambetle na łóżko i do wolnej szafki, wymieniłam pozdrowienia z kilkoma napotkanymi turystami, a potem ruszyłam z powrotem do centrum, obierając tym razem drogę bardziej cywilizowaną. Oblodzenie chodnika momentami nie ułatwiało jednak zbytnio sprawy 😀

O 22:45 rozpoczynał się koncert w Katedrze Tromsø, na który wykupiłam uprzednio bilet. W planach była muzyka kościelna i folkowa, specyficzna dla regionu północnej Norwegii oraz kultury Sami. Atmosfera była podniosła, a koncert naprawdę piękny, poczułam się dobrze powitana w Norwegii <3 Bardzo przyjemny koncert, muszę to przyznać. Dostaliśmy nawet poduszeczki do umilenia siedzenia na zimnych, twardych ławkach! Po zakończeniu wydarzenia przeszłam się jeszcze chwilkę po okolicy i wróciłam na nocleg. Czekała mnie ciężka noc, bo musicie wiedzieć, że mam niezmiernie lekki sen, więc pokój wieloosobowy gwarantował mi małą ilość wypoczynku. A to się ktoś kręcił, a to ktoś chrapał. Nie do przeskoczenia dla mnie 😀 Atrakcja kolejnego dnia rozpoczynała się zaś po 9 rano, więc po 8 wypadało wyjść, a poranne kolejki do łazienki mogły utrudnić szykowanie, więc musiałam profilaktycznie wcześniej wstać.

Day 1
| czyli psie zaprzęgi w Tamokdalen i Góra Storsteinen na szczycie kolejki Fjellheisen

Większość tego dnia miała mi zająć zorganizowana wycieczka poza Tromsø w celu doświadczenia czegoś zupełnie nowego w moim życiu – psich zaprzęgów <3 Zainwestowałam w opcję, w której mogłam sama spróbować swoich sił w prowadzeniu sań, więc byłam bardzo podekscytowana 🙂

Ruszyłam do miasta i pierwszy raz miałam okazję obserwować okolice w świetle dnia. Urokliwe zabudowania, piękne fiordy na Morzu Norweskim, góry na horyzoncie, wszechobecna biel… Cudownie <3 Niestety, ze względu na zmianę klimatu, nawet na tak odległym krańcu Norwegii, temperatury nie były drastycznie niskie i jeszcze tuż przed moim przylotem ponoć padał deszcz. Problem w tym taki, że za dnia wilgotno, nocą zimno, a chodniki… skute lodem. Wszyscy tańce odprawiali, próbując przejść jakoś na stromym zejściu, które musiałam pokonywać codziennie. I z każdym dniem, wyprzedzając opowieść, było gorzej, ledwo się człowiek mógł na nogach utrzymać!

Po odnalezieniu miejsca zbiórki, wsiadłam do autokaru i ruszyłam wgłąb natury norweskiej. Po drodze obserwowałam zimowy świat, którego częścią mogę się z Wami podzielić poprzez zdjęcia 🙂

Po dotarciu na miejsce, uprzejma obsługa zaprowadziła nas do szatni, gdzie zostaliśmy zaopatrzeni w sprzęt – kombinezony, buty, rękawice i czapki. Zostawiliśmy swoje rzeczy i ruszyliśmy ku zagrodom psiaków, przed którymi czekało nas szkolenie. Główna zasada? Nigdy nie puszczać ramy sań! Istotne, bo pieseły mogą z nimi pobiec nie wiadomo gdzie i po ptokach. Nawet przy przewrotce nie puszczać, taki los. Ogólnie, tak Wam skrótowo opowiem, stoimy na płozach, na środku mamy gumową matę hamującą z wypustkami, do delikatnego zwalniania, oraz taką kotwicę śnieżną z płozą do zatrzymania sań, która wbija się dość głęboko w podłoże. Obie wersje hamulców wymagają stanięcia na nich jedną bądź obiema nogami. Trochę mnie martwiło, czy trafię nogami na te urządzenia, kontrolując równocześnie, co się dzieje przede mną 😀 To na szczęście dość szybko okazało się intuicyjne 🙂

Po przeszkoleniu zostaliśmy dobrani w pary, poza mną w grupie był tylko jeden singiel, więc naturalnie zostaliśmy połączeni. Część wycieczki każde z nas miało odbyć jako pasażer, siedząc w saniach, a drugą część jako kierowca, stojąc na płozach i sterując zaprzęgiem. Po powitaniu z pieskami (jakież one były urocze! I podekscytowane wycieczką <3) ustawiliśmy się do drogi. Zdecydowałam się kierować pierwsza. Pierwszym zaprzęgiem był nasz przewodnik, a za nim uczestnicy. Szlak prowadził przez wyjeżdżone ścieżki, więc trochę jakby w torze saneczkowym, śnieżne brzegi były nieco podwyższone względem trasy.

Ruszyliśmy! Po jakichś dwóch minutach nastąpiła pierwsza wywrotka jednych z sań przed naszymi. Wtedy zrozumiałam, że przy mojej posturze zatrzymanie rozpędzonych sań nie jest takie proste 😀 Nie wystarczyło stanąć na kotwicy, musiałam włożyć naprawdę dużo siły w to, żeby wryć ją dostatecznie w śnieg, żeby sanie stanęły. Ledwie dałam radę, ale wyhamowałam! Może też problem był aż tak duży, bo psiaki dopiero ruszyły i były skrajnie podekscytowane pierwszą przebieżką tego dnia 😀

Niestety. To, że mnie się udało wyhamować, okazało się jedynie połową sukcesu. Pani, która prowadziła sanie za mną, nie udało się zatrzymać. Zrozumiałam to, gdy psy z zaprzęgu zaczęły wymijać mnie bokiem. Po chwili poczułam przenikliwy ból tuż pod kolanem, kiedy przód jej sań wbił się w moje nogi. Dumna jestem z siebie, bo nie puściłam ramy ani nie dałam zrzucić się z kotwicy. Niemniej aż mnie zamroczyło, ledwie powstrzymałam krzyk. Organizatorów nieco zmroziło, zestresowali się bardzo. Pewnie logicznie by było zsiąść i zaniechać prowadzenia zaprzęgu. Jednak przecież nie co dzień taka okazja. Zdecydowałam się spróbować poprowadzić tę przygodę dalej.

Niczego nie żałuję! Prowadzenie zaprzęgu okazało się być aktywnością, do której poczułam się stworzona. Wszystko przyszło mi naturalnie i cieszyłam się radosną przejażdżką, wśród imponujących widoków i energicznych poszczekiwań psiaków. W połowie drogi doszło do zamiany w parach i rozsiadłam się w saniach, pod ciepłym kocykiem. Mój nowy znajomy, niestety, średnio pilnował zasady dwóch rąk na ramie, bo ciągle nagrywał albo robił zdjęcia 😀 Nie bardzo miałam coś do powiedzenia, więc starałam się czerpać z przejażdżki. Oczywiście dość szybko doszło do wywrotki naszych sań i przygniotło mi nieco dłoń, wypadłam z sań. Nic strasznego, na szczęście, się nie stało. Pozbierałam się i ruszyliśmy dalej. Trochę pecha miałam podczas tej wycieczki 😀

Po powrocie mieliśmy nieco czasu na pożegnanie ze zwierzakami, po czym ruszyliśmy do ciepłego namiotu, gdzie ugoszczono nas ciepłym posiłkiem i napojami. Na tym etapie, niestety, adrenalina już zeszła, więc poczułam, co stało się z moją łydką. Ledwo doczłapałam z powrotem do obozu i nie bardzo mogłam zginać nogę. Trochę mnie to stresowało, bo na wieczór miałam w planach pierwsze w życiu doświadczenie z rakietami śnieżnymi. Wędrowanie po ośnieżonej górze nie brzmiało realistycznie w tamtym momencie… Nadal – niczego nie żałowałam!

Podróż powrotna do Tromsø przebiegła bez zakłóceń, światło słoneczne zaczynało już znikać, mimo, że było po 14-stej, kiedy ruszaliśmy. Tak to już bywa na dalekiej północy 😀 Po powrocie do miasta ruszyłam powolutku na kwaterę, szczęśliwa, że (z zupełnie innych przyczyn, związanych z zapaleniem rozcięgna podeszwowego) zostawiłam w lodówce kompres żelowy i będę mogła ulżyć cierpieniu mojej obitej, zgniecionej nogi. Do tego zafundowałam sobie zupkę chińską, których kilka zabrałam z Polski, żeby nie wydawać za dużo na posiłki 😀

O 19:00 miałam zbiórkę na wycieczkę na Górę Storsteinen, gdzie dostać się mieliśmy kolejką Fjellheisen i spacerować po szczycie, obserwując nocną panoramę miasta i szukając zorzy. Po krótkiej serii fotek – opowiem Wam tę przygodę 🙂

Już przy dolnej stacji kolejki udało się zaobserwować trochę zorzy <3 Na górze zaś podzieliliśmy się na grupy – jedna zdecydowała się na krótki spacerek, a druga (w tym, oczywiście, ja) ruszyła na nieco większą wyprawę. Zimno i adrenalina pozwoliły mi zapomnieć na jakiś czas o bólu w nodze. Poruszanie się w rakietach śnieżnych wymagało nieco przyzwyczajenia, ale bardzo mi się spodobało! Nasz przewodnik wykonał kilka zdjęć na tle nocnego miasta. Jak się okazało, przegapiliśmy robienie zdjęć uczestników na tle zorzy polarnej. Chociaż w sumie to ja trochę przegapiłam, bo przechodziliśmy później koło tej większej grupki, która robiła mniejszą przechadzkę, akurat podczas sesji z zorzą, ale nasz przewodnik szedł dalej, bez zatrzymania, więc założyłam, że my zrobimy takie zdjęcia w innym punkcie. Myliłam się 😀 Mogłam się zatrzymać i skorzystać, ale wyszło inaczej. W tej sytuacji wstawię Wam zdjęcie jednej z obcych osób, które uczestniczyły w wycieczce, by pokazać Wam możliwości aparatu. Piszę konkretnie o fotografii, ponieważ na szczycie zorza była, ale nawet mniej widoczna niż wcześniej. Gołym okiem absolutnie nie dało się dostrzec aż takiego efektu, jak uzyskany na zdjęciach. Profesjonalny aparat przewodnika wyciągnął nawet czerwień! Ale nieco tańczącej zieleni widziałam i swoje amatorskie fotki porobiłam 🙂

Day 2
| czyli Tromsø Lapland (renifery i Sami) oraz sauna Tromsøbadet

Ten dzień miał być dla mnie również wyjątkowy! Pierwszy punkt planu zakładał moje pierwsze w życiu spotkanie z reniferami <3 Wycieczka do obozu Lapończyków rozpoczęła się, oczywiście, w Tromsø, skąd ruszyliśmy autokarem. Na miejscu powitali nas gospodarze i opowiedzieli nieco o kulturze Sami. Zaraz potem mieliśmy okazję zapoznać się z reniferami, a nawet je nakarmić 🙂 Spodziewałam się, że te zwierzaki są znacznie większe (ah, te filmy i bajki!), ale i tak trzeba było uważać na poroże. Niemniej obcowanie z nimi było cudownym doświadczeniem i dostarczyło mi ogrom radości. Po cudownym czasie, spędzonym z reniferami, ponownie zaproszono nas do ciepłej chaty, żebyśmy mogli się ogrzać przy ciepłym posiłku (była nawet opcja wegetariańska!), rozmawiając o Lapończykach. Cała wycieczka zakończyła się powrotem do Tromsø. Zawsze z uśmiechem będę wspominać te maluchy – renifery <3

Z ciekawostek, globalna zmiana pogody znacząco wpływa na renifery. Wędrujące stada zawsze wykopywały sobie pożywienie spod śniegu. Aktualnie, z powodu ocieplenia, warstwy śniegu skute są lodem, którego zwierzaki nie są w stanie rozbić, więc nie mają jak jeść i coraz więcej ich umiera 🙁 Strasznie przykra konsekwencja zmiany klimatu, która w ogóle by mi do głowy nie przyszła…

Następnym punktem planu tego dnia był kompleks saunowy Tromsøbadet, z zewnętrznym basenem z ciepłą wodą na balkonie, skąd podziwiać można piękne niebo, a może i zorzę. Miałam przy tym pewien dysonans. Z krwiakiem na pół łydki gorąca woda i saunowanie nie wydawały się dobrym pomysłem, ale wizyta była opłacona, a do tego jestem fanką saunowania i miałam ochotę ogrzać się po kilku godzinach na powietrzu z reniferami, a przed wieczornym rejsem (o tym później). Zatem uznałam, że może tragedii nie będzie i ruszyłam na autobus.

Przyznam, że rozważałam też saunę z dostępem do morza, w której schładzać się można w lodowatej wodzie pod gołym niebem, ale jakoś tak wyszło mi, że wolę kompleks nieco poza miastem, bo liczyłam na mniej świateł i szansę na zorzę, oglądaną prosto z gorącej wody 😀 Tromsøbadet to bardzo przyjemny ośrodek, rozgrzewałam się podczas saunowania i w basenach, schładzałam pod zimnymi prysznicami, a nawet raz zjechałam ze zjeżdżalni wodnej, bo czemu nie 😀 Na zorzę co prawda nie trafiłam, ale i tak doceniłam możliwość przebywania na balkonie, w basenie, obserwując ciemne niebo nade mną. Relaks jak się patrzy <3 Tylko ludzie się za mną oglądali ze względu na wygląd mojej posiniaczonej nogi.

A! W budynku Tromsøbadet trafiłam też na imponującą ściankę wspinaczkową! Nie miałam ze sobą sprzętu, a i nogi nie chciałam nadwyrężać, ale poobserwowałam chwilę wspinaczy, nieco im zazdroszcząc 😉 Wspinaczka to świetny sport, polecam każdemu!

Po wyjściu z wodnego ogrzewania zdecydowałam się na spokojny spacer nocną porą. Do kwatery miałam jakieś 3,5km, trzy kwadranse pieszo, więc czemu nie! Mogłam przy okazji pozwiedzać. Część trasy pokonałam parkiem z trasami do narciarstwa biegowego, a nawet krótkich zjazdów, gdzie to piesi musieli iść bokiem, ustępując narciarzom. Po oblodzonej powierzchni nie było łatwo się poruszać, ale wywróciłam się tylko raz 😀 Obiłam kolano o twardą nawierzchnię, jeszcze tylko tego mi brakowało! Nie żałuję jednak spaceru, był niesamowicie przyjemny i pozwolił mi na obserwowanie miasteczka z perspektywy lokalsa, co zawsze jest dla mnie pozytywnym doświadczeniem 🙂

Późnym wieczorem przyszedł czas na rejs z polowaniem na zorzę. Z portu w Tromsø ruszyliśmy na wodę. Wewnątrz kabiny nie było wybitnie zimno i można było skorzystać z ciepłych napojów. Czy odnaleźliśmy zorzę? Odrobinę, ale mało imponującą, niestety. Na żywo śledziliśmy jej aktywność na ekranach w środku, ale tej nocy się nie popisała. Co prawda wycieczka przewidywała drugą szansę i pozwolono nam na kolejny rejs, niemniej ja opuszczałam Norwegię następnego dnia, więc nie miałam możliwości z niej skorzystać. Spędziłam na deskach pokładu zewnętrznego dużo czasu i muszę przyznać, że aż mnie telepało z zimna, gdy stałam nieruchomo przy barierkach, wypatrując zorzy. Ubrałam się co prawda ciepło, ale widocznie niewystarczająco. Może to jednak było dobre dla moich krwiaków i siniaków 😀 Niemniej rejs był przyjemny, nocne niebo piękne, a rozmowy z napotkanymi podróżnikami wesołe 🙂 Tak oto zakończył się mój przedostatni dzień wycieczki.

Zorza na nocnym niebie nad Tromsø

Day 3
| czyli podziwianie fiordów podczas rejsu, Polaria i wylot z Tromsø

Kolejny, już ostatni, dzień w Tromsø miał zacząć się od tzw. Whale Safari, czyli obserwowania wielorybów na pełnym morzu. Byłam bardzo podekscytowana z tej okazji, bo jeszcze nigdy nie widziałam na żywo wieloryba (to również, na szczęście dla mnie, odmieniła kolejna wizyta na mojej ukochanej Islandii <3). Niestety, warunki pogodowe nie umożliwiały wypłynięcia poza fiordy, o czym poinformowano nas przed wejściem na pokład katamaranu. Wszyscy uczestnicy wycieczki mogli podjąć decyzję, czy wybierają rejs po fiordach, z podziwianiem krajobrazów, czy przekładają oglądanie wielorybów na kolejny dzień. Dla mnie ta opcja była z oczywistych względów niemożliwa, jako że lot powrotny miałam już tego wieczora. Zdecydowałam się więc na fiordy, bo co poradzić, zwrot pieniędzy mało mnie interesował, jeśli miałam zmarnować moje ostatnie chwile w Tromsø, a rejs pośród fiordów brzmiał bardziej kusząco niż spacerowanie po miasteczku, które już dość dobrze poznałam.

I miałam rację! Wycieczka okazała się fantastyczna, a widoki zapierające dech w piersiach <3 Faktycznie wiało paskudnie, więc czas spędzony na otwartym pokładzie nie było długi, ale wychodziłam z krytego pomieszczenia wielokrotnie, delektując się krajobrazem 🙂 Rozmawiałam sporo z naszym przewodnikiem, który, mimo wszystko, opowiedział nam o wielorybach, a później towarzyszył podczas rejsu. Opowiedział mi o możliwościach campingowych w górach okolic Tromsø latem (co znacząco by zmniejszyło kosztowność wyjazdu) i przyznam, że spodobała mi się ta opcja 🙂

Po ponad pięciu godzinach na morzu, zeszłam w końcu na ląd. Zostało mi jeszcze sporo czasu do lotu i skierowałam swoje kroki do Polarii, czyli akwarium i centrum nauki, żeby spędzić nieco czasu ze zwierzakami, których zabrakło mi podczas rejsu (wciąż imponującego, mimo braku wielorybów!). Trafiłam na pokazowe karmienie fok, urocze widowisko <3 O akwarium wiele nie ma co opowiadać, więc tylko wrzucam Wam kilka fotek z ostatniej atrakcji 🙂

Na mieście chwyciłam jeszcze kawałek pizzy (jak dobrze, że sprzedają na kawałki!) i ruszyłam autobusem na lotnisko. Na miejscu pozwoliłam sobie na jeden większy wydatek spożywczy, czyli piwko pożegnalne 😀 Z ostatnich zaskoczeń wycieczki – przed odlotem samolot był poddany procedurze usuwania i zabezpieczania przed lodem. Czegoś takiego wcześniej nie doświadczyłam. Skrzydła samolotu (a siedziałam przy oknie zaraz za nimi) polewane były specjalnymi mieszankami. Taka ot, ciekawostka 🙂

Fajny kufel na piwo z mapką (na lotnisku)
Procedura „odladzania” samolotu
Widoki nocne z samolotu

Ostatecznie wyprawa do Tromsø była fantastyczna <3 Zorzy mi było mało (co odrobiłam w maju na Islandii, jak wspomniałam), ale doświadczeń pod korek! Cudownie! Krwiak spod kolana, rozlany po całej łydce, doskwierał mi dość długo, ale nie doprowadził do żadnego trwałego uszczerbku, na szczęście 🙂 Nigdy nie zapomnę swojej pierwszej zorzy, kierowania zaprzęgiem psim, karmienia reniferów, a także wędrówki w rakietach śnieżnych czy widoku fiordów <3 Polecam każdemu!

Odkryj więcej z Za lisim ogonem

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej